Recenzja. "LANCE". Część 1

Stacja "ESPN" z pewnością chciałaby, żeby dokument poświęcony Lance’owi Armstrongowi był tak samo popularny jak netflixowy film o Michaelu Jordanie i Bullsach. Szczerze? Będzie ciężko ten plan zrealizować. Z błahego powodu – nie dowiadujemy się praktycznie niczego nowego.

Pierwsza myśl, jaka przychodzi do głowy oglądając początek półtoragodzinnego „LANCE”, to: "jasny gwint, ale oni się wszyscy postarzeli". Armstrong szpakowaty, Jaksche szpakowaty, Hamilton ze swoją klasyczną już niemal i charakterystyczną czupryną. Ludzie, którzy wywarli na ciebie w drugiej połowie lat 90. niesamowity wpływ. Ludzie, którzy towarzyszyli ci na drodze dorastania.

Kiedy Armstrong zdobywał tęczową koszulkę w Oslo, z resztą gówniarzy kręciłeś na Wigry po osiedlu. Kiedy Ullrich, twój idol, wygrywał Tour de France, przesiadałeś się na MTB. Kiedy Teksańczyk pędził po maillot jaune w 1999 roku, byłeś zakochany w szosie po uszy. Tak, ta dopingowa generacja była twoją generacją. I co? Czujesz się zawiedziony, oszukany, wyrzuciłeś wszystkie biografie Lance’a za okno? Wcale. W dalszym ciągu nosisz na prawym nadgarstku Livestronga.

Czy najświeższy dokument z espnowej stajni jest przeznaczony dla armstrongowych kibiców? Nie tylko. Odbiorcami są wszyscy zainteresowani sportem jako takim, kolarstwem w szczególności czy po prostu mi(s)tyczną wręcz historią rodem z amerykańskiego snu o karierze od zera do bohatera. Za Atlantykiem takiego rodzaju historie uwielbiają. Jest coś przecież niesamowitego, magicznego w człowieku, który pokonał nowotwór, wrócił na rower i siedem razy triumfował w najbardziej komercyjnym ze wszystkich komercyjnych wyścigów.

Pierwsza część filmu chronologicznie, z elementami retrospekcji, opowiada historię Lance’a wychowywanego przez nastoletnią matkę, Lance’a szukającego szczęścia w sporcie, Lance’a triatlonisty, Lance’a najmłodszego mistrza świata w dziejach, Lance’a próbującego zwojować Europę, Lance’a nierozumiejącego Starego Kontynentu, Lance’a chorego, Lance’a zakładającego fundację, Lance’a comeback, Lance’a wiktorię. Nihil novi. To wszystko już było, zostało przewałkowane milion razy. Czym więc może nas zaskoczyć pierwsza część dokumentu „LANCE”?

Z perspektywy technicznej realizacji, film bazuje na prostej, ale tym samym najuczciwszej i najbardziej autentycznej w swoim przekazie, rozmowie. Dialogu między Mariną Zenovich a gościem, o którym wiesz – tak ci się przynajmniej wydaje – wszystko, który stał się poniekąd częścią ciebie. To nie trywialny, melodramatyczny wywiad Oprah Winfrey, tylko dobrze wykonana dziennikarska robota.

Zenovich rozmawia z byłymi kolegami (nie tylko) drużynowymi, z dziennikarzami, z eks-żoną, osobami stojącymi za Armstrongiem. Brakuje Landisa – wiadomo dlaczego, brakuje Ullricha – nie wiadomo dlaczego, ale być może przez jego problemy z alkoholem. Jest nawet McQuaid i Bassons, prawdopodobnie jedyny czysty w Festinie.

Zenovich więc rozmawia, rozmawia, rozmawia. I dobrze. Cały czas jednak, gdzieś w tle, przebijają się bezpośrednio czy też nie pytania na temat dopingu. Twarzą w twarz z Armstrongiem oczywiście nie można z nich zrezygnować, przecież jego zwycięstwa w Grand Boucle uznaje się za największy oszustwo w dziejach. „Kiedy pierwszy raz sięgnąłeś po doping?” „W moim pierwszym zawodowym sezonie” – odpowiada Lance.

Brał, bo chciał, bo to była jego decyzja. Nie zasłaniał się tłumaczeniem, że nie wiedział, co mu podawano. Wiedział doskonale. Widział doskonale, co wyprawia się w Gewiss, postanowił więc z niskooktanowego dopingu przerzucić się na wysokooktanowe „paliwo rakietowe”. Pomógł mu w tym Eddy Merckx, kontaktując go z Michele Ferrarim. Ferrarim, który de facto nigdy nie krył się ze swoją filozofią. Wspomaganie a’la Michele było słodką tajemnicą poliszynela. Dziennikarze byli ślepi, my byliśmy ślepi. Byliśmy ślepi, albo nie chcieliśmy widzieć.

„Nie obawialiśmy się skutków dopingu. Przecież i tak dzień w dzień ryzykowaliśmy naszym życiem jeżdżąc na rowerach” – oświadczył Michael Rasmussen, który również gościł w filmie. „Kurczak” pozostaje sobie wierny. Tak samo jak Lance. „Opowiem ci moją prawdę. Nie moją wersję prawdy, tylko moją prawdę, jak ją zapamiętałem” – mówi Armstrong.

Można go oceniać negatywnie, można go nie lubić, można uznawać go za największego szulera w historii sportu. To wszystko prawda. Wasza prawda, ich prawda. Można też mu w pewnym sensie podziękować. Podziękować za to, co uczynił wraz ze swoją fundacją na rzecz walki z rakiem. Podziękować za to, że był w twoim kolarstwie. Że co? Tak, kolarstwo to było brudne. Tak, nie miało nic wspólnego z olimpijskim duchem równorzędnej rywalizacji. Tak, to było kolarstwo, które nigdy nie powinno mieć miejsca. Kolarstwo, które stało się synonimem szprycowania. Tak rzeczywiście było. Ale było to też twoje kolarstwo, od którego się nie odwróciłeś. Mimo lance’owych machinacji, mimo Fuentesa, mimo "Oil for Drugs" i wszystkich innych afer. To jest moja prawda.

Reasumując: Zenovich nie pudruje biografii Armstronga, nie gra w afirmacyjną gierkę, nie uprawia apologii. Oddaje głos facetowi, który kolarstwo zmienił na dobre, jak i na złe, i się mu przysłuchuje. Koniec końców osąd należy do nas. Jego wyrokiem Lance raczej się nie przejmie, znając go, rzuciłby tylko: fuck all of them.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając błędny fragment tekstu i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

2 Comments

  1. JJ

    26 maja 2020, 10:13 o 10:13

    Akurat Last Dance który zostaje przywołany na początku artykułu byl współprodukowany przez espn 😉

  2. Ryszard Duława

    26 maja 2020, 10:30 o 10:30

    Dobre patrzenie na ten temat autora tekstu, także mi bliskie. Gratuluję.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this:

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: