Magia Giro d'Italia. O jeden tunel za daleko

Renesans kariery Francesco Mosera, znikające z trasy podjazdy, przeszkadzające helikoptery wszystkie te rzeczy ubarwiły Giro d'Italia w 1984 roku.

Układanie tras wyścigów pod konkretnego zawodnika nie jest w kolarstwie niczym nowym. Być może nie mówi się o tym oficjalnie, ale wiadomo przecież, że dołożenie kilometrów jazdy na czas lub więcej stromych podjazdów ma zazwyczaj zwiększyć szanse na wygraną jednego kolarza lub utrudnić życie innemu. Innymi słowy: ubarwić rywalizację.

Gdy wszyscy znają trasę z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, to nie ma w tym procederze nic nikczemnego. W 1984 roku dyrekcja Giro d'Italia z pomocą konkretnemu zawodnikowi trochę jednak przesadziła...

Ojciec chrzestny i Szeryf

W tamtym czasie szefem Giro był od 35 lat Vincenzo Torriani. Pionier, który przez lata rewolucjonizował włoski wyścig i kształtował go ku formie najpiękniejszego wyścigu świata. Wiedział, że odpowiednie sportowe emocje zmieszane z przepiękną scenerią Włoch są najlepszym produktem. Wprowadzał na trasę legendarne już dzisiaj podjazdy, a mety i starty umieszczał w miejscach tak nieprawdopodobnych jak Plac św. Marka w Wenecji. Z przyklejonym do dolnej wargi papierosem był prawdziwym ojcem chrzestnym wyścigu.

I jak wszyscy prawdziwi ojcowie chrzestni zwykł robić to, co najlepiej służy jego interesom. Już kilka lat wcześniej wprowadził system bonifikat, który miał pomóc Giuseppe Saronniemu odnieść zwycięstwo w Giro d'Italia. Czy mógł zachować się inaczej, gdy Francesco Moser, drugi wielki ulubieniec włoskiej publiczności, wkroczył w renesans swojej wieloletniej kariery?

Moser specjalizował się w klasykach i czasówkach, a 273 odniesione w karierze zwycięstwa plasują go w klasyfikacji wszech czasów tylko za wielkimi Belgami: Merckxem, Van Looyem, Van Steenbergenem i De Vlaeminckiem. Z jego postawną aparycją szanse na odniesienie zwycięstwa w górach miał raczej marne. To, co inni zyskali nad nim na drogach prowadzących pod górę, odrabiał na etapach jazdy indywidualnej na czas.

Nazywany "Szeryfem" w wieku 33 lat, wydawałoby się, odnalazł w sobie nowe pokłady energii i motywacji. W styczniu 1984 roku pobił należący do Eddy'ego Merckxa rekord w jeździe godzinnej na czas, w marcu zwyciężył w Mediolan-San Remo. Moser tego cudownego odrodzenia u schyłku swojej kariery nie osiągnął jednak sam. Jego trenerem był, cieszący się obecnie nie najlepszą opinią, Francesco Conconi, naukowiec, któremu przypisuje się m.in. rozpowszechnienie dopingu krwi i wprowadzenie erytropoetyny (EPO) do zawodowego peletonu.

Giro Tuneli

Maj również wyglądał dla Mosera obiecująco. Poza wyznaczonym na etap 18. podjazdem pod Stelvio, zaplanowana przez Torrianiego trasa nie obfitowała w podjazdy. Na trasie znalazło się za to 140 kilometrów jazdy na czas i pewnie tyle samo tuneli pozwalających uniknąć tych wszystkich tak niebezpiecznych dla Mosera czy Saronniego wspinaczek.

Głównym rywalem Mosera miał być Laurent Fignon. 24-latek, który rok wcześniej na trasie Tour de France utarł nosa samemu "Borsukowi" – Bernardowi Hinault. Francuz wiedział, że w jeździe na czas będzie tracił do Mosera, a szans na zwycięstwo upatrywał w etapach, na których szosa wiodła pod górę.

Na szosie wszystko rozgrywało się tak, jak zostało to przewidziane. Na czasówkach Moser dokładał rywalom, a oni odjeżdżali mu gdy tylko droga przez dłuższy czas wiodła pod górę. Nikt nie przewidział jednak, że "Szeryf" dostanie dodatkowe wsparcie.

Inny Włoch, Roberto Visentini, otwarcie wyrażał zniesmaczenie faktem, że gdy tylko Moser zostawał za grupą liderów na podjeździe, to od razu otaczało go mnóstwo samochodów i motocykli. Tam, gdzie asysta kolumny wyścigu na nic się zdawała, z pomocą przychodzili ustawieni wzdłuż trasy kibica popychając jeden za drugim walczącego o wymarzony tryumf rodaka.

Skala tego procederu była tak duża, że nawet przymykający na wszystko oczy organizatorzy musieli zareagować i wlepić "Szeryfowi" symboliczne 5 sekund kary. Nie zapomnieli też o Fignonie i dla równowagi zaaplikowali mu karę za pobranie jedzenia poza regulaminową strefą.

Ostatni tydzień Giro d'Italia miał jeszcze bardziej rozgrzać i tak już rozpaloną do czerwoności publiczność. Fignon liczył, że zaplanowany na 18. etapie podjazd pod legendarne Passo di Stelvio pozwoli mu wreszcie na dobre urwać Mosera i zyskać odpowiednią przewagę przed ostatnim etapem wyścigu, jazdą indywidualną na czas do Werony.

Tędy nie pojedziecie

Na mecie 17. etapu kolarze dowiedzieli się, że droga na Stelvio jest wciąż nieprzejezdna i trasa kolejnego etapu zostanie zmieniona. Visentini i Fignon nie kryli swojego oburzenia. Informacje o śniegu zalegającym na przełęczy pojawiały się już od co najmniej kilku dni. Torriani zarzekał się, że robił wszystko, żeby wyścig przejechał zaplanowaną trasą. Szybko pojawiły się plotki, że to jeden z lokalnych polityków w geście pomocy Moserowi sabotował przejazd wyścigu przez przełęcz.

Przebieg 18. etapu został jednak zmieniony. Zamiast ciężkiego podjazdu pod Stelvio kolarze musieli pokonać o wiele łatwiejsze przełęcze Tonale i Palade. Opublikowane następnego dnia we francuskiej prasie świeże zdjęcia za szczytu Passo di Stelvio przedstawiały przejezdną drogę i dolały jeszcze więcej oliwy do ognia.

Nawet bez przejazdu przez Stelvio Fignon ciągle wierzył, że na trasie zostało wystarczająco dużo podjazdów, by ostatecznie rozprawić się z Moserem. Wygrał etap do Arabby i na dwa dni przed zakończeniem wyścigu założył różową koszulkę lidera.

Pomoc z nieba

Kontrowersje w tej edycji Giro miały trwać do samego końca. Na czasówce prowadzącej do rzymskiego amfiteatru w centrum Werony Fignon musiał obronić 81 sekund przewagi nad żądnym sukcesu Moserem. Włoch na trasę wyruszył na przystosowanej do jazdy po zwykłych szosach maszynie, która kilka miesięcy wcześniej pomogła mu pobić rekord w jeździe godzinnej. Francuz z czasem i kilometrami walczył an archaicznej "kozie".

W rzymskim amfiteatrze tifosi szaleli, a wraz z nimi radości nie krył Moser. Na liczącej 42 kilometry trasie, nie tylko odrobił ponad minutę straty do Fignona, ale i dołożył mu jeszcze jedną. Francuz był zdruzgotany i winą za swój słaby wynik obarczył... helikopter. Ten miał lecieć nisko za Moserem w taki sposób, że podmuchy powietrza spod wirnika popychały go do przodu. Te same podmuchy miały jadącemu za Moserem i helikopterem Francuzowi utrudniać jazdę.

Moser wyśmiał te zarzuty, stwierdzając, że helikopter nie mógłby latać tak nisko na miastem. Belgijski sędzia, który jechał za Włochem, stwierdził, że nigdy nie widział nikogo jadącego czasówkę tak mocno. Nie da się ukryć, że na wcześniejszym etapie jazdy na czas Moser wyprzedził Fignona o 88 sekund.

Z drugiej strony, zniesmaczenia wyścigiem nie ukrywali też niektórzy Włosi. Visentini przyznał po latach, że po zakończeniu wyścigu był tak zdenerwowany, że pociął swój rower na kawałki i odesłał go dyrektorowi drużyny w torbie.

35 lat później debata nadal trwa, będąc najlepszym potwierdzeniem niesamowitej magii Giro d'Italia.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając błędny fragment tekstu i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: