Mistrzostwa Polski 2018. Łukasz Michalski mistrzem juniorskich szachów

UKS Copernicus i Jelcz Laskowice obstawiały odjazdy, GKS Cartusia liczyła na finisz z grupki. W tych taktycznych rozgrywkach chłodną głową i mocą wykazał się Łukasz Michalski.

Wyścigi juniorów to, co do zasady, nieustający festiwal ataków, a wyścig o mistrzostwo Polski to momentami kompletny chaos. Sytuacja zmienia się tak szybko, że często spisanie numerów kolarzy jadących w ucieczce jest dłuższe niż żywot całej akcji, minuta przewagi stopnieć może w nieprawdopodobnym tempie, a spora liczba klubów i sprzeczne interesy czynią koszulkę mistrza Polski trofeum niezwykle trudnym do zdobycia.

By przełożyć te realia na znane kibicom z ekranu telewizora scenariusze, nadużyć trzeba porównania do największych wyścigów świata. Przy zachowaniu wszelkich proporcji, wyścig juniorów to jak pierwsze 10 kilometrów górskiego etapu Tour de France - w odjeździe chce być większość, ale wszystko zależy od konfiguracji osobowej w składzie akcji. I tak przez 120 kilometrów, młodych zawodników nosi na wszystkie strony.

W tych realiach w sobotnie popołudnie najlepiej poradził sobie Łukasz Michalski z klubu UKS Moto Agbud Stelweld Jelcz Laskowice. W ucieczce dnia znalazł się w połowie dystansu i czujnie jechał do samego końca, wspierany przez drużynowego kolegę, Szymona Stelczyka. W finale, gdy czołówka naciągnęła się, a peleton miał ją w zasięgu wzroku, kolarz Jelcza Laskowice odpowiednio wyczuł moment w chaotycznym finiszu okazał się najlepszy.

Wyścig był bardzo nerwowy, od startu dużo się działo, cały czas skoki. Trasa była ciężka, techniczna, po zakrętach, wiał mocny wiatr. Trzeba było być czujnym, jeszcze do tego padał deszcz. Po trzeciej rundzie bodajże odskoczyliśmy z kolega z Pacificu i goniliśmy ucieczkę. Jak już dojechaliśmy, to trochę w sześciu pracowaliśmy, potem dojechał do mnie kolega z zespołu z kolejną grupką, zrobiło się nas tam z 20 osób. Łatwiej było pracować, kolega przejął na siebie większość pracy, a ja mogłem spokojnie oszczędzać siły i czekać a finisz. Bardzo mu za to dziękuję, udało się

- mówił na mecie Michalski w krótkiej rozmowie z "Rowery.org".

Każdy z nas miał skakać, zabierać się w ucieczki, jak któraś by poszła, to peleton hamować i żeby ten jeden dojechał

- tłumaczył obraną taktykę.

Drugi na mecie Paweł Kasprzyk był jednym z pierwszych atakujących i na mecie odebrał srebro. Kolarz klubu UKS Copernicus także miał obstawiać odjazdy i liczyć na to, że akcja taka zdoła utrzymać się na czele.

Trasa mi bardzo odpowiadała, a wiatr nie przeszkadzał tak bardzo. Jestem zadowolony, to mój najważniejszy sukces do tej pory

- powiedział po zakończeniu zmagań.

Plan był taki że od początku łapiemy się we wszystkie odjazdy. Na pierwszej rundzie zaatakowałem, pojechał ze mną Adrian Marzec z Pacificu. Tak odjeżdżaliśmy chyba przez dwie rundy. Dojechała do nas grupa trochę większa, było nas chyba z 10. Dojechał do nas trener, kazał mi jechać bez zmian. Odpoczywałem dużo, potem dojechała następna grupa, też nie dawałem wielu zmian

- tłumaczył.

Jak grupa miała nas na 15 sekund na ostatniej rundzie, to Nikodem [Grzenkowicz] dojechał i zaatakował. Zrobiło się rozluźnienie, ja zaatakowałem 800 metrów przed metą, zabrakło mi 75 metrów do zwycięstwa

- opisywał.

Atak Nikodema Grzenkowicza okazał się momentem zwrotnym. Lider Pucharu Polski juniorów był nominalnym liderem zespołu z Kartuz, ale mimo silnego ataku w końcówce kreskę przeciął jako piąty, tuż za swoim drużynowym kolegą i atakującym wcześniej Marcelem Modlińskim.

Brązowy medalista na mecie cieszył się z medalu, ale w jego głosie słychać było zawód, że taktyczny plan zespołu nie wypalił.

Plan był taki, żeby pojechać na kolegę, na Nikodema, który był wczoraj czwarty na czasówce i ustaliliśmy, że będzie liderem na dziś, bo jest w dobrej dyspozycji. Chodziło nam o finisz z grupy, no ale ułożyło się tak, że dojechała ucieczka, w której byłem jedynym zawodnikiem z klubu. Sam profil trasy ciężki, dużo pagórków, mocny wiatr, niska temperatura, mnie to akurat odpowiadało, nie lubię upałów. Skończyło się to na brązowym medalu

- tłumaczył Modliński.

Jestem zadowolony, ale był taki moment, 1,5 kilometra przed metą, kiedy Nikodem sam z peletonu, przeskoczył do naszej ucieczki i dojechał do nas z taką prędkością, że gdyby nie hamował i się nie spojrzał na nas, to dojechałby na pewno na pierwszym miejscu

- podkreślił zawodnik ze Szczecina.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: