Odcinki specjalne Grand Tourów – 14. etap Tour de France 2014

14. etap Tour de France 2014 – Grenoble – Risoul

Kolejny wyspiarski start bez prologu. Powrót bruków na bogato. Wszystkie możliwe pasma górskie na francuskiej ziemi. Mocny akcent na Wogezy i Pireneje. Łatwiej w Alpach. Na deser ponad 50-kilometrowa czasówka, jedyna w całym wyścigu. Tour najdłuższy od siedmiu lat.

Wstęp

Na prawdziwie górskie odcinki specjalne w tegorocznym Tour de France długo się naczekamy. Za pierwszy z trzech najważniejszych uznałem etap czternasty z Grenoble do Risoul. Nie oznacza to bynajmniej, iż to oczekiwanie będzie monotonne. Nie musimy się obawiać tygodnia albo i dłuższego okresu wyłącznie dla sprinterów jak to bywało za czasów dyrektora Jean-Marie Leblanca. Zespół jego następcy czyli Christophe’a Prudhomme’a lubi kombinować z materiałem, który ma do obróbki, czyli z piękną i mocno zróżnicowaną pod względem geograficznym ziemią francuską.

Prudhomme stara się nadać większe znaczenie górom średniej wielkości. Nie stroni też od przetestowania kolarzy na nawierzchni, z którą tylko nieliczni pośród nich są dobrze zaznajomieni. To wszystko sprawia, że kolarz chcący wygrać kolejny Tour de France będzie musiał być nie tylko najlepszy (lub wśród najlepszych) w dwóch podstawowych elementach grandtourowego rzemiosła, czyli w górach i na czasówkach, ale też czujny na bardziej „otwartych” etapach średniogórskich, niebezpiecznych brukach czy nawet – jak pokazał ubiegłoroczny etap do Saint-Amand-Montrond – na zdradliwych płaskich etapach podczas wietrznej aury.

Po raz drugi z rzędu Tour rozpocznie się poza Kontynentem. Tym razem jednak uczestnicy wyścigu i miliony widzów przed telewizorami nie mogą liczyć na bajkowe obrazki z ciepłej śródziemnomorskiej wyspy. Podczas dwóch pierwszych dni czekają nas bardziej surowe klimaty północnej Anglii, a dokładnie drogi dawnego hrabstwa Yorkshire. Będzie to czwarta w ostatnich 40 latach wizyta TdF i zarazem drugi start w Zjednoczonym Królestwie. Londyński „Grand Depart” z roku 2007 okazał się wielkim sukcesem. Zapewne nie inaczej będzie w tym roku. Wszak Wielka Brytania po sukcesach na torze i wielkich triumfach Bradley’a Wigginsa i Christophera Froome’a żyje teraz kolarstwem. Podobnie jak na Korsyce rozegrane tu zostaną trzy etapy ze startu wspólnego. Wszystkie o umiarkowanej, jak na zawodowy peleton, długości od 161 do 198 kilometrów. Ogólnie rzecz biorąc, nie tak trudne jak odcinki korsykańskie.


Na pierwszy rzut pójdzie przeznaczony dla sprinterów etap z Leeds do Harrogate. Najtrudniejszy z trojga wydaje się być lekko górzysty etap drugi z York do Sheffield, na którym będzie kilka niedużych podjazdów, w tym najtrudniejszy Holme Moss, liczący 4,7 kilometra o średnim nachyleniu 7 % na 55 kilometrów przed metą. Niełatwy teren będzie okazją do zgubienia większości sprinterów, którzy zapewne powrócą do gry już trzeciego dnia na etapie z Cambridge do Londynu.

Wyścig wkroczy do Francji we wtorek, 8 lipca. Z plaż nad Kanałem La Manche peleton skieruje się ku belgijskiej granicy. Etap z Le Touquet-Paris-Plage do Lille, które gościło start całego Touru przed dwudziestoma laty, zapowiada się na szybki i łatwy odcinek, który padnie łupem sprinterów. Znacznie ciekawiej powinno być na etapie piątym z belgijskiego Ypres do Arenberg Porte du Hainaut. Tour wkroczy tu na tereny „Piekła Północy”. Podobnie było ostatnio w latach 2004 i 2010, lecz tym razem dawka wstrząsów będzie większa i mocniejsza jakościowo. Na ostatnich 70 kilometrach tego etapu kolarze będą musieli pokonać w sumie 9 odcinków, o łącznej długości 16,4 kilometra.

Jednym słowem trzeba będzie „przeżyć” trzecią część brukowanych sektorów rodem z Paryż – Roubaix. Przy czym na Tourze peleton pojedzie pod prąd słynnego klasyka, bo cała zabawa zacznie się od Grusson au Carrefour de l’Arbre a skończy na Helesmes a Wallers, ledwie 7 kilometrów przed metą etapu. Organizatorzy rozważnie nie poszli jednak na całość i oszczędzili wszystkim wizyty w owianym złą sławą Lasku Arenberg. Z pewnością będzie to pierwszy z tych dni, na których można pożegnać się z marzeniami o generalnym zwycięstwie czy miejscu na podium w Paryżu. Następnie swą szansę numer cztery i pięć otrzymają sprinterzy na etapach z Arras do Reims i Epernay do Nancy. Ten drugi może się jednak okazać dla nich niełatwy – dystans delikatnie mówiąc niemały (233 km), zaś w Lotaryngii pagórków nie brak.

Na ósmym etapie kolarze wjadą w Wogezy i to aż na trzy dni. Na etapie z Tomblaine do Gerardmer-La Mauselaine góry pojawią się w samej końcówce. Na ostatnich 27 kilometrach znajdą się trzy górskie premie. Najpierw regularna Croix de Moinats (7,6 km przy średniej 6 %), potem krotka acz stroma Grosse Pierre (3 km przy średniej 7,5 % i max. 16 %) oraz finałowa La Mauselaine (1,8 km przy średniej 10,3 % i max. 13 %). W Gerardmer ostatni raz finiszowano w 2005 roku, gdy po bardzo zaciętym finiszu zwycięzca ostatniego Tour de Pologne Holender Pieter Wenning pokonał Niemca Andreasa Klodena. Wtedy jednak dojechano do miasta od wschodniej strony przez przełęcz Schlucht, zaś w samym miasteczku zaoszczędzono kolarzom finałowej wspinaczki.

Dziewiąty etap zawiedzie peleton z Gerardmer do Miluzy, leżącej na styku granic Francji, Niemiec i Szwajcarii. Na dystansie 170 kilometrów trzeba będzie pokonać sześć premii górskich, w tym trzy drugiej i jedną pierwszej kategorii – Le Markstein (1183 m. n.p.m.) dokładnie 50 kilometrów przed metą. Poprzednie odcinki tego rodzaju przeszły do historii za sprawą solowych rajdów Francuza Laurenta Fignona (1992) i Duńczyka Michaela Rasmussena (2005).

Na zakończenie pierwszej fazy wyścigu przygotowano prawdziwie królewski odcinek jak na „możliwości” gór średniej wielkości. Na dziesiątym etapie ze startem w Miluzie trzeba będzie pokonać kolejnych sześć podjazdów, w tym trudne: Petit Ballon (9,3 km przy 8,1 %) i Platzerwasel (7,1 % przy 8,4 %) oraz znany z 2012 roku finał pod La Planche Belles Filles (5,9 km przy 8,5 %), gdzie na pierwszych 5 kilometrach maksymalne nachylenie wynosi 13 %, zaś w samej końcówce nawet 20 %. To właśnie w tym miejscu Froome po raz pierwszy na Tourze pokazał plecy wszystkim rywalom.

15 lipca przyjdzie pora na pierwszy dzień przerwy. Po dniu względnego odpoczynku kolarze obiorą kierunek prosto na południe. Na dojeździe do Alp czekać ich będą dwa nieco łatwiejsze etapy, które jednak niekoniecznie muszą paść łupem sprinterów. Najpierw odcinek jedenasty z Besancon do Oyonnax w jurajskim departamencie Ain. Na końcowych 50 kilometrach tego etapu trzeba będzie pokonać cztery premie górskie, z czego trzy trzeciej kategorii. Ostatnia z nich czyli Cote d’Echallon znajdować się będzie 19,5 kilometra przed metą.

Na kolejnym, dwunastym etapie z Bourg-en-Bresse do Saint-Etienne peleton zahaczy o północno-wschodni skraj Masywu Centralnego. Znów do pokonania będą cztery premie górskie pośledniejszej klasy. Tym razem jednak nie wszystkie skupią się w ostatniej ćwiartce dystansu i tylko dwie będą miały status trzeciej kategorii. Podobnie jak dzień wcześniej ostatni podjazd tzn. Cote de Grammond znajdzie się 21,5 kilometra przed finiszem. Miasto św. Stefana już po raz 25 ugości uczestników „Wielkiej Pętli”. Ostatni raz Tour finiszował tu w 2008 roku, gdy po dwójkowym finiszu zwyciężył Niemiec Marcus Burghardt.

W Alpy wyścig wjedzie dopiero na trzynastym etapie. Dawno już kibice nie musieli tak długo czekać na wjazd peletonu w pierwszy z dwóch podstawowych łańcuchów górskich w historii tego wyścigu. Etap z Saint-Etienne do Chamrousse liczył będzie 197,5 kilometra, lecz „cała górska zabawa” zacznie się dopiero na 136 kilometrze po wyjechaniu z miasteczka Saint-Egreve. Tu kolarze skręcą na północ w kierunku Masywu Chartreuse. Górskiego rejonu na zachodnim skraju Alp, który był sceną wielu sławnych akcji w dziejach Touru, w tym legendarnego rajdu Charly Gaula podczas TdF z roku 1958. W tych stronach rozgrywano też w latach 1991-2004 górski semi-klasyk pod nazwą Classique des Alpes, tradycyjnie poprzedzający Criterium du Dauphine Libere (dziś Criterium du Dauphine).

Tym razem jednak peleton nie przemknie przez dobrze znane temu wyścigowi przełęcze: Porte, Cucheron, Granier czy Coq, lecz wspinał się będzie na Col de Palaquit (1154 m. n.p.m.). To podjazd pierwszej kategorii o długości 15,3 kilometra i średnim nachyleniu 6 %. Niemniej jest on nierówny więc nie zabraknie tu trudniejszych odcinków. W sumie aż 4,5 kilometra wznosi się na poziomie powyżej 10 %. Następnie trzeba będzie się zmierzyć z 13,5 kilometrowym zjazdem do Grenoble via La Tronche (ta droga to jedna z opcji podjazdu pod Col de Porte) i podobnym odcinkiem na płaskim terenie, który doprowadzi kolarzy do miasteczka Uriage-les-Bains. Tu zacznie się finałowy podjazd najwyższej klasy do stacji narciarskiej Chamrousse (1730 m. n.p.m.).

W sumie 17,6 kilometra o budzącej respekt średniej 7,4 % i max. 11 %. Na trasie z Grenoble do Chamrousse via Uriage-les-Bains w 2001 roku rozegrano górską czasówkę. Tym razem przyjdzie się wszystkim ścigać bark w bark.

Etap 14: Grenoble – Risoul (177 km)

Etap trzynasty, mimo trudnej końcówki, będzie tylko odcinkiem zapoznawczym z Alpami. Następnego dnia na dystansie 177 kilometrów trzeba będzie pokonać prawdziwy odcinek specjalny. Trzy premie górskie, z czego dwie pierwszej i jedna najwyższej kategorii. Nie będzie tu prawie ani metra płaskiego terenu.

Delikatny podjazd zacznie się niemal od startu. Na pierwszych 41 kilometrach prowadzących z Grenoble do Bourg d’Oisans, leżącego u podnóża słynnego podjazdu pod L’Alpe d’Huez, trzeba będzie pokonać przewyższenie 409 metrów. Kilka kilometrów dalej w Clapier już na dobre zacznie się niezbyt stromy, lecz bardzo długi podjazd pod Col du Lautaret (2068 m. n.p.m.). Ta wspinaczka prowadząca przez dolinę Romanche liczy sobie aż 34 kilometry o średnim nachyleniu 3,9 % i max. 8,5 %. Przez Lautaret wyścig przejeżdżał wielokrotnie, acz z reguły niejako przy okazji tzn. w drodze na jej wyższą sąsiadkę Col du Galibier lub przemykał tędy na zjedzie z tej ostatniej pędząc ku mecie w Briancon lub w kierunku finałowej wspinaczki na L’Alpe d’Huez (raz również do Les Deux Alpes). Dlatego też w ostatnim ćwierćwieczu jedynie dwa razy wyznaczano tu premię górską. Natomiast od testowanej w tym roku zachodniej strony po raz ostatni podjeżdżano w 2006 roku, lecz po punkty na przełęczy Galibier w trakcie etapu do La Toussuire.

www.climbbybike.com

Tym razem za przełęczą peleton skręci na południe i rozpocznie przeszło 24 kilometrowy zjazd do Briancon, najwyżej położonego miasta we Francji. Pierwsza połowa zjazdu jest łatwa technicznie i upłynie bardzo szybko. Za Monetier-les-Bains trzeba będzie już trochę popedałować. Kilka kilometrów przed znanym ze swych XVII-wiecznych fortyfikacji Briancon peleton przemknie przez Chantemerle (Serre-Chevalier). We wiosce tej zakończył się pierwszy z alpejskich etapów TdF 1993, wygrany przez Szwajcara Toni Romingera, lecz miły także dla polskich kibiców z racji awansu Zenona Jaskuły na trzecie miejsce w „generalce”.

W Briancon mety etapów Tour de France organizowano już 33 razy, lecz tym razem do zakończenia zmagań pozostanie jeszcze 70 kilometrów. Na dobrą sprawę prawdziwa walka zacznie się dopiero w tym miejscu. Zaraz za miastem na drodze kolarzy wyrośnie podjazd pod Col d‘Izoard (2360 m. n.p.m.), jedną z najsłynniejszych przełęczy w historii „Wielkiej Pętli”. Należało będzie pokonać 19,1 kilometra o średnim nachyleniu 6 %. Niemniej należy pamiętać, iż ostatnie 10 kilometrów tego wzniesienia (po minięciu wioski Cervieres) ma średnio 7,6 %.

www.climbbybike.com

Począwszy od roku 1922 gdy zdobył ją trzykrotny triumfator TdF Belg Philippe Thys uczestnicy tego wyścigu wspinali się na nią aż 33 razy. Tym niemniej zazwyczaj od strony południowej na etapach do Briancon. Od strony północnej czyli szlakiem turystycznej drogi Route des Grandes Alpes wyścig jechał tylko sześciokrotnie. Ostatni raz w 2003 roku gdy pierwszy na górskiej premii był Bask Aitor Garmendia. Działo się to na dramatycznym etapie do Gap lepiej zapamiętanym z ciężkiego upadku Joseby Belokiego oraz przełajowego wyczynu Lance’a Armstronga. Tym razem jednak z przełęczy Izoard do mety etapu będzie znacznie bliżej czyli 44,5 kilometra. Najpierw blisko 15 kilometrów szybkiego zjazdu do Combe du Queyras, za wyjątkiem małej hopki w okolicy La Casse Deserte. Po zjechaniu do przepięknego kanionu Queyras kolejne 16 kilometrów delikatnie w dół na zachód ku Guillestre.

www.climbbybike.com

Właśnie w tym miasteczku pomiędzy słynnymi przełęczami Izoard i Vars rozpocznie się finałowa wspinaczka. Podjazd do stacji narciarskiej Risoul (1850 m. n.p.m.) nie jest jakoś szczególnie wymagający, lecz spokojnie zasługuje na przyznaną mu pierwszą kategorię. Liczy on sobie 12,9 kilometra o średnim nachyleniu 6,7 % i max. 8,4 %. Niemal cały czas podjazd trzyma na poziomie powyżej 5 %. Cztery z trzynastu kilometrów mają średnio około 8 %. Wspinaczka ta po raz pierwszy znajdzie się na trasie Tour de France. Niemniej organizatorzy „Wielkiej Pętli” w minionych latach bardzo dokładnie się do tego debiutu przygotowali.

Najpierw w 2010 roku dwukrotnie musieli się z nią uporać młodzi kolarze uczestniczący w Tour de l’Avenir. Na przedostatnim etapie ze startu wspólnego oraz na finałowej górskiej jeździe indywidualnej na czas. Cały wyścig jak i oba decydujące etapy „Wyścigu przyszłości” wygrał, będący już teraz wielką gwiazdą seniorskiego peletonu, Kolumbijczyk Nairo Quintana. Na drugim miejscu tak wyścig jak i oba finałowe odcinki ukończył Amerykanin Andrew Talansky. Na czołowych pozycjach meldowali się także tacy zawodnicy jak: Mikel Landa, Darwin Atapuma, Tom-Jelte Slagter, Wilco Keldermann, a nawet uchodzący dziś za wszechstronnego sprintera Michael Matthews.

Przed rokiem w tym samym miejscu kończyła się próba generalna przez Tourem czyli Criterium du Dauphine. Etap wygrał dzielny uciekinier Włoch Alessandro De Marchi, zaś rozbitą na ostatnim kilometrze grupę asów przyprowadził zwycięzca całego wyścigu czyli Froome, przed dobrze znającym ten podjazd Talanskym.

Niewykluczone, że na tegorocznej „Wielkiej Pętli” podobnie jak przed rokiem w Dauphine po dłuższej ucieczce wygra ktoś z drugiego szeregu. Okazją do zorganizowania większej grupy harcowników będzie z pewnością długi podjazd pod Lautaret. Selekcję w gronie uciekinierów przeprowadzi Izoard. Natomiast Risoul da odpowiedź na to czy któryś z nich zachował zapas sił potrzebny do umknięcia przed walczącymi o czołowe lokaty w cały wyścigu liderami. To najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Jedno jest pewne w przeciwieństwie do Tour de l’Avenir 2010 i Criterium du Dauphine 2013 nie poznamy tu jeszcze zwycięzcy całego wyścigu, lecz po przejechaniu trudniejszego z alpejskich odcinków będziemy już wiedzieć kto liczy się w walce o podium i jak mocny jest aktualny lider 101. Tour de France.

mapki: ASO
profile: www.climbbybike.com

banner