"Degradacja" Tour de Pologne, czyli "WorldTour dla małych"

Co Tour de Pologne ma wspólnego z Dubai Tour, Tour of Qatar czy Tour of Oman? Piękne dziewczyny? Ściganie na wysokim c? Urocze krajobrazy? Niewykluczone. Jednak w oczach Międzynarodowej Unii Kolarskiej te trzy wyścigi łączyć będzie jeden fakt. Od 2015 roku znajdą się w drugiej dywizji WorldTour.

Pod przewodnictwem nowego gościa za sterami Unii Briana Cooksona panowie w Aigle postanowili wziąć się za reformę kalendarza startowego. Dotychczasowy terminarz worldtourowy, jeżeli założenia zostaną przyjęte, zostanie podzielony na dwa rozkłady jazdy. W tym pierwszym oczywiście pojawią się grand toury, ważne wielodniówki, klasyki oraz inne monumenty. W tym drugim reszta wyścigów, które okazały się za „smukłe” na pierwszy garnitur bądź które mają dopiero aspiracje, by wejść do kolarskiej ekstraklasy.

Jakimi kryteriami kierowała się UCI ustalając nowe rozpiski, nie wiadomo, można się tego jedynie domyślać. Obok aspektów marketingowo-telewizyjnych oraz czysto historycznych, federacja zapewne wzięła pod uwagę kategorie globalizacyjne. Bo niby dlaczego postawiono na dwie stosunkowo młode kanadyjskie jednodniówki oraz chiński Tour of Beijing? Te trzy imprezy plus australijski Tour Down Under stanowią frakcję międzynarodową europejskiego kalendarza. Zabrakło za to miejsca dla Vuelta al Pais Vasco oraz Tour de Romandie. Kto mi powie, że nie zasługują na elitę? O zgrozo zarządzono też skrócenie Tour de Suisse zaledwie do sześciu etapów, czyli szwajcarski wyścig będzie liczył tyle odcinków, co nasz Tour de Pologne.

Mimo tych dziwnych na pierwszy rzut oka decyzji, modyfikacje i zmiany zapowiedziane przez UCI, łącznie z nowym podziałem zespołów worldtourowych na dwie ligi oraz zespojenie teamów prokontynentalnych i kontynentalnych, wydaje się być ciekawym pomysłem. Kolarska liga mistrzów zostanie uczłowieczona, drużynom przyjdzie zaliczyć znacznie mniej obligatoryjnych wyścigów niż obecnie. W sumie: spoko. Ale czy nadchodzące rewolucje przyniosą Tour de Pologne coś dobrego?

Hmm, Czesław Lang nie będzie mógł więcej nieść dobrej nowiny o tym, że jesteśmy wspomnianą „kolarską ligą mistrzów”. Wyścig zostanie umieszczony w ostatnim tygodniu lipca, zaraz po finiszu Tour de France na Polach Elizejskich, dlatego żaden z czołowych zawodników Grand Boucle po prostu do nas nie zawita. Do Polski ewentualnie mogą przyjechać kolarze, którzy przygotowywaliby się do Vuelta a Espana. Haczyk kryje się w słówku „przygotowywaliby”, bo do rozpoczęcia Vuelty będzie jeszcze prawie miesiąc czasu, więc wątpliwe, by któryś z bohaterów szosy znajdował się w top dyspozycji.

Ciężko powiedzieć, co się stanie z formułą Race Appeal, którą UCI wymusiła na nas w tym sezonie. Za rządów Pata McQuaida mówiono, że w przyszłości w tym modusie powinna być rozgrywana znaczna część kolarskich eventów. Cookson może jednak Race Appel znieść i narzucić powrót do przeszłości. Mniej znane wyścigi, które starają się zbudować swój wizerunek, są zdane na pastwę losu i muszą przyjąć każdą, nawet najbardziej absurdalną decyzję kierownictwa. Nie mają własnego zdania, tak jak nasz Tour i tylko modlą się, by wydrzeć sobie kawałek z tego wielkiego tortu w myśl zasady „byle tylko nas UCI nie pominęła”.

Holendrzy czy Belgowie mają za to jaja i potrafią się przeciwstawić dyrektywom UCI. Już w tym roku Eneco Tour było przeciwko Race Appeal, a teraz szefowie zasygnalizowali kolejną akcję protestacyjną. Ciekawe, co z tego wyjdzie...

Tymczasem coraz to więcej informacji przenika do mediów w sprawie trasy przyszłorocznego Tour de Pologne. Zacznie się na Pomorzu, by przez Toruń, Warszawę, Rzeszów, Katowice, Zakopane, Bukowinę Tatrzańską i prawdopodobnie etap przez Słowację zakończyć się czasówką w Krakowie. Co, znowu Gród Kraka? Tak, znowu i osobiście nie widzę w tym nic niepokojącego. Była stolica Polski od 2008 organizuje etap TdP i będzie go nadal organizowała do 2018 roku. A robi to dobrze. Pewnie, w grę wchodzą spore pieniądze, jakie Tour de Pologne dostaje od rady miasta, ale w jakim wyścigu jest inaczej? Czy „Wielka Pętla” kończy się w Paryżu tylko ze względu na tradycję? Zapytajcie, ile mer zarabia w tych dniach na samych turystach. Mamy do czynienia z czystym biznesem. Możemy ten stan rzeczy krytykować czy też chwalić, lecz tak po prostu jest.

Również idea odcinka na Słowację wydaje się całkiem, całkiem. Katowice, jak Katowice. Być może wizualnie nieciekawy etap, ale ściganie po rundach ma coś w sobie. Nutkę emocji, nutkę szybkości, nutkę nieprzewidywalności. Martwi mnie jedynie inna sprawa, że w dalszym ciągu Tour de Pologne pomija inne części kraju. Wiadomo, nie można zaspokoić wszystkich, jednak w obecnej formie wyścig można by równie dobrze ochrzcić jako Tour of Małopolska II, bowiem impreza znowu skoncentruje się na południu Polski (plus oczywiście „dojazd”). Nie ma niestety urozmaicenia, jest schemat. Sprawdzający się schemat, lecz zawsze schemat. Potrzeba trochę myślenia wspak, myślenia nieszablonowego. Co powiecie na Tour de Pologne ze Szczecina do Krakowa przez Poznań czy  Wrocław, przez Karpacz i Opole? Nie da się wszystkiego wpakować w sześć etapów, można jedynie spróbować.

Ostatnie cztery zdania: możemy psioczyć na ilość balonów czy na transmisję TV. Jednak, jak niedawno napisał kolega Miłosz S., Tour de Pologne jest najlepszym wyścigiem w tej części Europy. Racja. Oby też takim pozostał z jednej strony i by się dalej rozwijał z drugiej. Lecz do rozwoju nie dochodzi wtedy, kiedy się tupie w miejscu. Trzeba coś zaproponować, zaserwować jakiś nowy produkt. Od Czesława Langa i jego drużyny będzie teraz zależało, jak się uporają z „degradacją” do „WorldTouru dla małych” i co nam przedstawią...