Między Boels Dolmans i Trek-Segafredo. Podróż Anny Plichty po zawodowym peletonie

Anna Plichta w roku 2019 trasy wyścigów przemierza pod banderą amerykańskiej grupy Trek-Segafredo. O tej podróży i prowadzących do niej doświadczeniach rozmawialiśmy podczas sezonu wiosennych klasyków.

Dla kibica praca Anny Plichty w peletonie często jest niezauważalna. Raz, że wyścigi kobiet transmitowane są rzadko, dwa, że fragmenty relacji, które można śledzić, zwykle są tą częścią wyścigu, w której główne role przejmują jej drużynowe koleżanki.

Polka w ostatnich trzech sezonach wyrobiła sobie markę zawodniczki solidnej, zdolnej pomóc w niemal każdym terenie. Dziś reprezentuje barwy Trek-Segafredo, powstałej niedawno ekipy, która już zdążyła wyrosnąć na jedną z najsilniejszych w peletonie elity kobiet.

Dla wychowanej w małopolskim klubie Sokół Kęty zawodniczki z Krzywaczki to czwarta grupa w ostatnich czterech sezonach. Tym razem zmiana przyniosła ze sobą jednak sporo nowości i możliwość pracy w środowisku budowanym w ramach projektu znacząco przerastającego skale tych, które Plichta już znała.

Europejska podróż

Plichta podróż po europejskich zespołach zaczęła w 2016 roku słoweńskiej BTC City Ljubljana, w jej barwach notując m.in. 2. miejsce w czeskim Tour de Feminin czy wicemistrzostwo Polski. Dwa kolejne sezony spędziła w holenderskich grupach WM3 oraz Boels Dolmans. W tej pierwszej wspierała Marianne Vos i Katarzynę Niewiadomą, natomiast jako zawodniczka Boels Dolmans pracowała na rzecz najsilniejszego zespołu w peletonie. Widoczna była także w narodowych barwach, na trasach mistrzostw Europy, świata czy igrzysk olimpijskich, ponownie budując markę nieocenionego wsparcia liderek.

Taka rola rzecz jasna oznaczała mniej okazji na powalczenie o indywidualny wynik. Plichta, oprócz krajowych mistrzostw, w ostatnich dwóch sezonach nie miała wielu możliwości by rywalizować z myślą o własnych palmares.

W męskim kolarstwie to jest oczywiste, że są zawodnicy, którzy pracują i są zawodnicy, którzy wykończają. W naszych wyścigach to jeszcze nie jest takie oczywiste, nie dla wszystkich jest to jasne. Dopiero się ludzie uczą kobiecego kolarstwa, dopiero zaczynają rozumieć, że to działa tak jak w męskim peletonie. Co prawda brakuje mega dużo, żebyśmy mogły się porównywać do nich i do tego jak jest, ale to i tak idzie powoli do przodu

– przyznała w rozmowie z "Rowery.org".

O ile historie kolarzy, którzy poświęcali się dla zespołu, a po sezonie zostawali bez kontraktu i wyników, nie są w peletonie zjawiskiem nowym, o tyle w peletonie kobiet sytuację dodatkowo komplikują mniejsza stabilność finansowa ekip i kontrakty podpisywane często tylko na rok.

Plichta do ekipy Boels Dolmans trafiła późno, po tym jak rozpadł się zespół Lensworld-Kuota, z którym wiązała nadzieje na rok 2018.

To było bardzo ważne, że oni wyciągnęli do mnie rękę w momencie, w którym ja straciłam ekipę pod koniec 2017 roku. Miałam podpisany kontrakt z Lensworld, nagle okazało się, że sponsor się wycofał i zostałam bez drużyny pod koniec października. Danny [Stam] wyciągnął do mnie rękę. Nie musiał mi pomóc, ale jednak jakoś tak się stało, że mi pomógł. Przez cały sezon chciałam się za to odwdzięczyć i bardzo dużo się nauczyłam

– tłumaczyła.

Polka w ten sposób znalazła się w najlepszym kobiecym zespole świata. Rok 2018 spędziła pracując na mistrzynię olimpijską Annę van der Breggen i Megan Guarnier na trasach wyścigów klasycznych, etapówek oraz Giro Rosa.

Jeżdżenie z takimi zawodniczkami, z najlepszymi dziewczynami na świecie… to jest niesamowite. Mimo że one są na takim poziomie, że są już bardziej znane, to są też nadal normalnymi ludźmi. Można z nimi być jak z koleżankami, nigdy nie myślisz o nich jako o mistrzyniach świata czy mistrzyniach olimpijskich.

Trek-Segafredo. Mail na lotnisku

Przygoda z holenderską ekipą, o ile obfita w doświadczenia, trwała jednak dość krótko. Mając w perspektywie odejście Lizzie Deignan i zakończenie kariery przez Guarnier, grupa rozpoczęła przemodelowanie 11-osobowego składu. W drugiej połowie roku transferowe negocjacje pozwoliły pozyskać świetną sprinterkę Jolien D'Hoore, mistrzynię świata MTB z 2016 roku Annikę Langvad oraz Katie Hall i Evę Buurman.

Plichta, pomna doświadczeń z roku 2017, nie chciała czekać do końca sezonu na rozmowę o przyszłości.

Nie byłam pewna co dalej z Boels Dolmans, bo miałam umowę podpisaną tylko na jeden sezon. I nie miałam od nich żadnej konkretnej informacji jeszcze w lipcu czy zostaję czy nie. Oni rozmawiali też z [Jolien] D’Hoore, z innymi dziewczynami… nie było wiadomo co dalej. Postanowiłam, że spróbuję zapytać w jakiejś innej ekipie

– wspominała.

No i byłam kiedyś na lotnisku z Megan Guarnier, a ona zasugerowała: „a może powinnaś spróbować do Treka”. Moja odpowiedź: „ja do Treka? Na pewno by mnie nie wzięli!” Ale wysłałam maila z lotniska i jak wylądowałam w Krakowie, to miałam już od nich odpowiedź, że chcieliby ze mną porozmawiać. Zadzwonił do mnie ich manadżer, tego samego wieczora zadzwoniła Ina Teutenberg, a kolejnego dnia już mi powiedzieli, że chcą podpisać ze mną kontrakt. Tak jakoś to szybko poszło

– wyjaśniała.

Transfer do zespołu Trek-Segafredo wiązał się z większą ilością zmian niż w przypadku poprzednich przeprowadzek. Grupa powstawała przy worldtourowym zespole męskim, mając już zatem spore zaplecze logistyczne, szkoleniowe i pewne wsparcie sponsorów. Na tym fundamencie o zbudowanie sportowej struktury poproszono dwie byłe zawodniczki – Giorgię Bronzini oraz Inę-Yoko Teutenberg. Włoszka, która ścigała się jeszcze w 2018 roku, miała sporo do powiedzenia w kwestii rekrutacji, natomiast Niemka, niegdyś najlepsza sprinterka w peletonie, przygotować miała struktury nowego zespołu.

fot. Lapresse/Fabio Ferrari

Duetowi dość szybko udało się zgromadzić grupę zawodniczek z najwyższej półki, którym na rękę była zmiana ekipy lub postawienie sobie nowych celów. W składzie szybko miejsce znalazły Włoszka Elisa Longo Borghini, Holenderka Ellen van Dijk, Finka Lotta Lepistö oraz Brytyjka Elizabeth Deignan. Amerykański rys podkreśliła obecność Ruth Winder i Tayler Wiles, ale kontrakty podpisały również zawodniczki mniej doświadczone jak Lauretta Hanson, Abigail van Twisk czy świetnie zapowiadająca się Letizia Paternoster.

Formująca szyki ekipa, budująca strukturę z kilkoma liderkami, potrzebowała także zawodniczek potrafiących nawigować w peletonie i opiekować się liderkami, zarówno na brukowanych ścieżkach, jak i na górskich przełęczach. Potęga doświadczenia Niemki Trixi Worrack w połączeniu z mocą Ellen van Dijk miały być odpowiedzią na to zapotrzebowanie. Zawodniczki znane natomiast z umiejętności radzenia sobie w każdym terenie, jak Plichta i Audrey Cordon-Ragot, po rekomendacji Bronzini, dopełniły skład, w zamyśle mający rzucić wyzwanie ekipom Boels Dolmans czy Sunweb.

Właśnie tak sobie myślę, że czasem człowiek w siebie nie wierzy, a jednak osoby stojące z boku widzą jak się starasz, pracujesz, ile z siebie dajesz. To mi dało do myślenia i taka zmotywowana później pojechałam na to pierwsze zgrupowanie. Super, że ktoś docenia twoją pracę

– podkreśliła Plichta.

Trek-Segafredo i przyszłość kobiecego peletonu

Powstanie zespołu Trek-Segafredo Women odzwierciedla procesy zachodzące w kolarskim świecie w ostatnich kilku sezonach. Wśród kobiecych ekip zarejestrowanych przez Międzynarodową Unię Kolarską jest osiem mających swoich odpowiedników w peletonie WorldTour. Grupy te związane ze sobą mogą być ściśle, jak w przypadku Team Sunweb czy Movistar Team lub luźniej, jak CCC-Liv czy Astana.

Zespół Trek-Segafredo postawił na spójność i ekipę żeńską zbudował w oparciu o istniejące już struktury logistyczne i szkoleniowe. Dla Plichty, wcześniej reprezentującej najmocniejszą ekipę w peletonie, był to spory przeskok.

Klimat jest zupełnie inny, ale ja nie wiem czy to przez to, że to jest drużyna amerykańska czy przez to, że to była drużyna męska. To jest przeskok jeśli chodzi o liczbę osób, które tam pracują. W Boles Dolmans było to 10-12 zawodniczek, może 5 osób obsługi, to wszystko. Tu przyjeżdżamy na zgrupowanie, zobaczyłam listę i zaniemówiłam. 12 dziewczyn, 24 facetów i 54 osób z obsługi

– wyliczała.

Małgorzata Jasińska: "wygrać po walce z najlepszymi"

Wrażenia zawodniczki z Małopolski są w tym sensie podobne do odczuć jej koleżanki z reprezentacji, Małgorzaty Jasińskiej. Wielokrotna mistrzyni Polski, od sezonu 2018 w kobiecym Movistarze, mówiła rok temu o zupełnie innym wymiarze profesjonalizmu w warunkach tworzenia ekipy kobiet przy zespole męskim. Profesjonalizmu, który poparły zasoby i możliwości o wiele większe niż te dostępne dla istniejących w izolacji zespołów kobiecych, ale także uczciwe podejście, w ramach którego zespół kobiet nie stanowi tylko przystawki do bardziej znanej grupy WorldTour.

Z jednej strony jest więc bardzo profesjonalnie, z drugiej jest taka niezwykle rodzinna atmosfera. Czuję się znowu jakbym jechała na zgrupowanie z Sokołem Kęty. Tam zawsze od rana do wieczora było śmianie i wygłupy… nie czuło się, że trzeba trenować, bo byli tak fajni ludzie wokół, że aż dodawało to skrzydeł

– wspominała pierwsze grupowanie z ekipą Plichta.

Teraz w Treku jest podobnie. Może to też robi różnicę, że jesteśmy z chłopakami na zgrupowaniach. Zawsze to jest też większy luz. Jakoś łatwo się rozmawia, dobrze się dogadujemy. To samo z obsługą, wszyscy ludzie, którzy tam pracują, są w tej ekipie albo od jej początku albo 4-5 lat. Są tak ze sobą zżyci, że to czuć. Taka ekipa jest jak rodzina.

Procesy od kilku lat wpływające na rosnące zainteresowanie kobiecym peletonem i ekipami w nim rywalizującymi bardziej instytucjonalny wymiar przybrały ostatnio w przepisach UCI. Unia postawiła na kolarstwo kobiet i na 2020 rok przygotowuje reformę, która sprofesjonalizuje działanie ekip, a zawodniczkom stopniowo zacznie zapewniać godziwe zarobki i lepsze warunki pracy. Budowanie zespołów żeńskich w ramach struktur już istniejących lub razem z męskimi powinno stanowić ułatwienie, szczególnie pod kątem obciążeń finansowych.

David Lappartient. Krok po kroku na ścieżce budowania kolarstwa kobiet

Wszystkie zgrupowania mamy z męską drużyną. Mamy tych samych mechaników, masażystów, tę samą dietetyczkę, lekarzy, wszystko. To robi mega różnicę. Masz kilka osób, które zajmują się social media, kilka osób które zajmują się sponsoringiem, kilka osób zajmuje się logistyką i tak dalej. Ja jako zawodniczka nie muszę się o nic martwić. Czasem kiedy jedna osoba robi wszystko to nie zawsze jest idealnie. A teraz już dwa tygodnie przed zgrupowaniem dostałam pełną rozpiskę ze szczegółami logistyki na zgrupowaniu

– tłumaczyła Plichta.

Grupa Trek-Segafredo nie traciła czasu – w marcu na koncie ma już pięć zwycięstw, a jej ostatnim dodatkiem do palmares jest wygrana Audrey Cordon-Ragot w holenderskim wyścigu Drentse Acht van Westerveld (1.2).

Na pewno będziemy w tym roku bardzo aktywnie jeździć na wyścigach. To wprowadzi coś nowego, bo będzie kolejna mocna ekipa, nie tylko Boels Dolmans, ewentualnie Sunweb i Canyon-SRAM. Dochodzą kolejne ekipy, które reprezentują podobny poziom. Jest Movistar, teraz Trek, myślę, że będzie coraz ciekawiej.

Plichta, która dotychczas startowała w sześciu wyścigach, w kolejnych dniach wystąpi na trasie WorldTourowego Trofeo Alfredo Binda, a w kwietniu Ronde van Vlaanderen. Polka w rozkładzie ma także ardeńskie klasyki, Tour de Yorkshire i Tour of Britain, a w lipcu jest brana pod uwagę w ustalaniu składu zespołu na Giro Rosa.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: