Torowe sześciodniówki z polskim akcentem

Teatr na welodromie? Wyścigi z tradycjami zaadaptowane na potrzeby współczesnego kolarstwa? Czym są torowe sześciodniówki, jak wyglądają od wnętrza toru i co dają startującym w nich Polakom?

Tor w Pruszkowie to w pewnym sensie zarówno symbol polskiego kolarstwa jak i zarazem jego największy balast. Symbol, bo przywodzi na myśl olbrzymi potencjał dyscypliny i pracujących w jej ramach ludzi. Balast, bo przez ostatnią dekadę jego istnienie stało się jedną z największych bolączek środowiska, któremu nie udało się zbudować sprawnie działającego systemu, i które in perpetuum nieprzygotowane jest na sukces.

Obecność welodromu w okolicach stolicy Polski nie zapoczątkowała natłoku organizacji międzynarodowych imprez, które pomagałyby w rozwoju kadry torowej, przyciągałyby gwiazdy toru czy sprzedawały torowe ściganie jako atrakcyjny sposób spędzania czasu. Tor był i jest natomiast nieodzownym elementem sukcesów kadry torowej, która, często przeciwko sporym przeciwnościom, sprawiała, że biało-czerwone flagi widniały na czele tabel najważniejszych imprez globu.

Kibicom kolarstwa w takiej sytuacji format torowych wyścigów jest znany, natomiast torowe sześciodniówki pozostają nadal nieco w cieniu, nawet jeśli relacja z ich przebiegu pojawia się w telewizji. Czy byłoby inaczej, gdyby zawody tego typu odbywały się w Pruszkowie? Trudno powiedzieć, pewne jest natomiast to, że już dziś, mimo wielu zawirowań, Polska może pochwalić się kilkoma zawodnikami i zawodniczkami, którzy potrafią radzić sobie w tym formacie zmagań i którzy za ich pomocą przygotowują się do kluczowych imprez w kalendarzu.

Na deskach welodromów w ostatnich sezonach regularnie pojawiają się Wojciech Pszczolarski i Daniel Staniszewski. W gronie kobiet przed kilkoma laty szlaki przecierała Małgorzata Wojtyra, a dziś w tym formacie ścigają się m.in. siostry Daria i Wiktoria Pikulik.

fot. Six Days Cycling

Na czym to polega?

W najprostszych słowach – sześciodniówka to zawody kolarstwa torowego rozplanowane na sześć dni. Rywalizacja toczy się w dwuosobowych zespołach – przez sześć dni dla panów, przez trzy dla pań. Główną konkurencją jest wyścig amerykański – madison – ale pary rywalizują też w scratchu, wyścigu eliminacyjnym czy w okrążeniach ze startu lotnego. Punkty zbierane w kolejnych wyścigach wliczane są do klasyfikacji ogólnej. Zmagania uświetniają rywalizacja sprinterów.

Torowe sześciodniówki to zawody specyficzne. Rozgrywane są od drugiej połowy XIX wieku, wtedy jako zmagania trwające niemal bez przerwy przez sześć dni i nocy. Dziś elementy budowanej przez niemal 150 lat tradycji wpasowują w format współczesnej rywalizacji torowej. Z jednej strony łączą sportowe zmagania z teatrem, z drugiej przybliżenie publiczności jego technicznych kulisów przy pomocy najnowszych nowinek technologicznych z tradycjami czasów dawno minionych. Cała impreza to rozrywka obliczona na duże grupy ludzi, rodziny, którzy na welodromie spędzają długie wieczory.

Tak jest też w Londynie, który w parku olimpijskim, na Lee Valley Park, regularnie gości imprezy torowe wszystkich szczebli, służy jako obiekt treningowy, powierzchnia dla wystaw i imprez oraz pomaga funkcjonować szkółkom kolarskim czy innym, luźno z torem związanych zawodom kolarskim.

Z perspektywy startujących w nich zawodników jest to pewna odmiana od formatu, w jakim rywalizują na co dzień.

Sześciodniówki wyglądają tak, że podpisany jest kontrakt na konkretne zawody, dostajemy za to konkretne gaże, w zależności od tego jak się kto dogada. Wszystko jest zapewniane, mamy tu robić show, mamy się dobrze bawić, ale też się ścigać. To ma być ciekawe, to nie są zawody, które są ustawiane, tak jak niektórzy mogą sądzić. To jest naprawdę kilka ciężkich dni na torze, niejedna etapówka na szosie jest lżejsza. Tym bardziej, że chociażby tu w Londynie mamy ograniczone przełożenia, na zawodach Pucharu Świata ścigamy się z dużo cięższych obrotów, o 5-6 zębów mamy więcej na tarczy niż tutaj

– tłumaczy Wojciech Pszczolarski, który w kadrze Polski posiada największy staż w tego typu startach.

Pszczolarski w parze z Danielem Staniszewskim w Londynie ścigał się pod koniec października, a para zajęła w madisonie 5. lokatę. W styczniu brał udział w sześciodniówkach w Rotterdamie (4. miejsce w parze z Belgiem Robbe Ghysem) oraz w Berlinie (5. miejsce ze Staniszewskim), a przed tygodniem polski duet występował w Kopenhadze, gdzie z rywalizacji Pszczolarskiego wyeliminował, niezagrażający jednak dalszym przygotowaniom, upadek.

fot. Six Days Cycling

Duet Pszczolarski-Staniszewski z madisonem wiąże spore nadzieje – wyścig wrócił do programu olimpijskiego, a zajmowane miejsca pozwalają myśleć o włączeniu się do walki w najważniejszych imprezach globu. W 2017 roku wywalczyli brąz mistrzostw Europy w tej konkurencji, wysoko plasowali się także w zawodach Pucharu Świata.

Biorąc pod uwagę, że madison w programie Pucharów Świata to tylko jeden wyścig (od niedawna także dla kobiet), sześciodniówki to jedyne w formacie torowych zmagań zawody tak nakierowane na tę konkurencję. Sześć wieczorów ścigania, których główną konkurencją jest madison, to wciąż dość wyjątkowe elementy krajobrazu torowej rywalizacji.

Jest to etap przygotowań, trening, ale przede wszystkim trening techniczny. Tak naprawdę na torze nie trenujemy tak wiele, trenujemy przed ważnymi zawodami, szkolimy technikę, ale tego typowego madisona to ciężko jest trenować. Nawet za motorem to nie jest to, co w grupie. Tu jedziemy cały czas w tym tłoku, który panuje też na mistrzostwach świata czy Pucharach Świata i to jest super trening techniki. Tego się nie da nigdzie wytrenować tak, jak na zawodach

– zaznacza "Pszczoła".

Dla reprezentantów Polski starty w wyścigach sześciodniowych lub mniejszych zawodach torowych to nie tylko punkty w rankingach Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI), ale także alternatywa programowa w kontekście przygotowań do mistrzostw świata, Pucharów Świata czy, w dłuższej perspektywie, igrzysk olimpijskich. Trudności Polskiego Związku Kolarskiego, brak strategii i pieniędzy dla kadry torowej powodują, że zawodnicy i zawodniczki szukać muszą sobie możliwości – czasem na własną rękę, czasem w porozumieniu z funkcjonującymi jeszcze zrębami struktur.

Taką możliwością są właśnie sześciodniówki. Obecnie największy cykl to seria sześciu wyścigów, znanych jako Six Days Racing i odbywająca się co roku w Londynie, Berlinie, Kopenhadze, Melbourne, Brisbane i Manchesterze. Zmagania kobiet, w ramach cyklu pod nazwą Sony Xperia Elite Women, rozłożone są na trzy dni i składają się z wyścigów omnium, madisonu, okrążenia ze startu lotnego i scratcha, wszystkich rozgrywanych w parach.

Jak to wygląda?

Typowy dzień na welodromie zaczyna się po południu, około godziny 16:00, a wyścigi par męskich, par żeńskich oraz konkurencje sprinterów trwają niemal bez przerwy do 23:00.

Na welodromie w Londynie połowę areny zajmuje strefa boksów. Pary zawodników zajmują niewielkie kabiny ustawione w kształt półkola, wewnątrz którego wyznaczono sektory dla zespołów żeńskich. Rozlokowani w boksach na olimpijskim welodromie Lee Valley Park zawodniczki i zawodnicy nie są otoczeni sztabami mechaników i masażystów. Obsługę techniczną zapewnia organizator, ale zawodnicy, a przede wszystkim zawodniczki, w dużej mierze organizują się sami lub w niewielkich grupkach. Pstrokate stroje – mieszanki barw narodowych, koszulek retro i tych promujących sponsorów cyklu Six Days – dodają kolorytu rozgrywanym w dość luźnej atmosferze zawodom.

My tu jesteśmy akurat w grupie belgijskiej, to [obsługa] jest już od razu potrącane z kontraktu, nie martwimy się o to. Kiedyś to wyglądało inaczej... i wciąż wygląda inaczej na sześciodniówkach np. w Rotterdamie, która nie jest częścią tego cyklu. Tam w kontrakcie mamy hotel, wyżywienie, ale musimy sobie już sami dogadać masażystę i mechanika

– tłumaczy „Pszczoła”.

W Londynie Daniel i Wojtek okupują boks mniej więcej na szczycie półkola, do dyspozycji mając coś co przypomina niewielką kozetkę. Daria i Wiktoria zajmują wyznaczony barierkami boks pomiędzy dwoma szeregami niewielkich kabin, w którym miejsca wystarcza na rolkę, dwa rowery, dwa krzesła i najbardziej potrzebne rzeczy. Całość starannie odgrodzona od terenu zarezerwowanego dla VIP-ów, wśród których kręci się o świeżo-upieczony komentator i właściciel zasłużenie przybranych kilogramów Bradley Wiggins, a autografy rozdaje, niezbyt uradowany, Mark Cavendish.

W tamtym roku byliśmy z naszym Sebastianem Małeckim z kadry, a masażystę mieliśmy... taką legendę sześciodniówek. Szkot, [nazywa się] Angus Fraser, który z nami w Rotterdamie jechał 420. sześciodniówkę w życiu. On zaczynał gdzieś w latach 70., ja już nawet nie pamiętam, bo opowiadał nam to… no człowiek legenda. Pamięta sześciodniówki w Los Angeles, pamięta sześciodniówki w Madison Square Garden, także ma pojęcie

– wspomina Pszczolarski.

O ile dla Pszczolarskiego i Staniszewskiego wyjazd na tego typu zawody to nie pierwszyzna (policzenie wspólnych startów odbyło się wspólnym wysiłkiem), dla sióstr Pikulik dopiero druga po Kopenhadze wspólnie przejechana sześciodniówka.

W Kopenhadze byłyśmy z trenerem, a teraz jesteśmy same. Trochę się stresowałyśmy na początku jak to wszystko będzie ogarnięte, ale tu jest wszystko perfecto. Nie trzeba nad niczym główkować, ani bać się, że coś jest nie tak. Jak się żyje? Śpi się do 10 rano, je się śniadanie, przyjeżdża się na tor i się ściga [śmiech]

– mówi Daria.

W programie sześciodniówki znajdują się wyścigi zaliczane do kalendarza UCI, za wyniki w których zawodnicy i zawodniczki otrzymują punkty zliczane do rankingu UCI. Jak bardzo dogadane są takie imprezy?

Pierwsze trzy dni są naprawdę typowe ściganie bez żadnych koalicji, nikt nie chce się dogadać, wszystko jest otwarte. Ja już z doświadczenia wiem, że najważniejszy jest pierwszy dzień. Jeśli się pokażesz z dobrej strony, ustawisz z przodu w klasyfikacji, to będą się z tobą liczyć, będą z tobą chętnie nadrabiali okrążenia. A jak będziesz w drugiej połowie stawki, to będą gonić, nie będą chcieli z tobą w ucieczce jeździć

– tłumaczy „Pszczoła”.

Czy wyścigi są ustawiane?

Co do dogadywania, to nie ma takiego typowego scenariusza, bo to jednak ciężko ustawić wyścig na takiej prędkości. Ale pojawiają się koalicje. Mogą przyjść Holendrzy czy Belgowie i powiedzieć „słuchajcie, jeździmy razem, wiadomo, razem się lepiej jeździ w odjazdach, będziemy próbować nadrabiać okrążenia...” albo „poczekajmy, po tym finiszu czy po tym zaatakujmy”.

Polski akcent

Polscy torowcy na przestrzeni lat dość sporadycznie startowali w tego typu zawodach. W ostatniej dekadzie na deskach welodromów pojawiać się zaczęła się Małgorzata Wojtyra, a także Pszczolarski, jeżdżący najpierw z Adrianem Teklińskim, a ostatnio ze Staniszewskim. W ostatnim sezonie na listach startowych pojawiać się zaczęli także Damian Sławek i Filip Prokopyszyn.

Jak pojawiły się pierwsze wyniki, to sam się starałem to wszystko ogarnąć, ale było ciężko bardzo. Była taka jeszcze śmietanka sześciodniówek się ścigała, trudno się było dostać. Pojawiły się jeszcze lepsze wyniki, mistrzostwa świata w Grenchen czy też medal w Hong Kongu, to też się pojawił koło nas manager z Niemiec. Zainteresował się Polakami, jako nowym epizodem w tych sześciodniówkach. Tak naprawdę nie było polskich zawodników na sześciodniówkach, z tego co pamiętam to jest tam gdzieś pojedyncze występy…

– wspomina Pszczolarski.

Daria i Wiktoria, które na torze notowały świetne wyniki jako juniorki, w zmaganiach młodzieżowych i w wyścigach elity szybko stały się motorami kadry narodowej, a wyniki w wyścigach drużynowych na dochodzenie czy w scratchu nie pozostały niezauważone.

Zaczęło się od tego, że napisał do nas taki manager, zapytał czy chciałybyśmy wystartować i potem nas zgłosił. A później poszło samo z siebie

– mówi Wiktoria.

Zapraszają nas. Już w Kopenhadze jechałyśmy dobrze i organizatorzy widzieli, że fajnie to wygląda, że startują dwie siostry, to zaprosili nas później na Majorkę i na Londyn

– dodaje Daria.

Sześciodniówki jako trening i doskonalenie umiejętności procentować mają nie tylko w madisonie. O ile wyścig amerykański ważny jest w kontekście mistrzostw świata, Pucharów Świata, a także w kontekście igrzysk olimpijskich, dla startujących w nim Polaków jest tylko jedną z konkurencji, na które stawiają. Pszczolarski skupia się na swoim koronnym wyścigu punktowym, Staniszewski oraz siostry Pikulik w perspektywie mają wyścigi drużynowe na dochodzenie, a Daria także omnium.

Kryzys PZKol i jego skutki. "Błędne koło" torowej kadry

Rozumienie się

Madison to w torowych zmaganiach konkurencja dość wyjątkowa. Nie jedyna drużynowa, ale jedyna rozgrywana w warunkach wyścigu grupowego, w którym zmiana walczącego zawodnika czy zawodniczki odbywa się przez trwający może sekundę, specyficzny uchwyt rąk.

W takich warunkach rozumienie się z partnerem czy partnerką jest zatem kluczowe.

Niby wydaje się, że jesteśmy siostrami i że powinno nam być łatwiej, ale...

– zaczyna Daria.

… ale jest ciężej…

– kończy za nią Wiktoria.

madison to jest tak trudna konkurencja, że nie ważne, że jesteśmy siostrami, trzeba jak najwięcej jeździć. Fajne jest to, że możemy sobie powiedzieć wszystko, co myślimy i jak jedna na drugą nakrzyczy, to nie ma takiego zgrzytu, bo się wybacza. Ale z drugiej strony jeszcze nam bardzo dużo brakuje, bo my tego praktycznie nie jeździłyśmy

– tłumaczy Daria.


A co było najtrudniejszym elementem nauki?

Zmiany, ale bardziej takie rzeczy typu: jeździć z przodu, nie bać się. Bo my jednak się boimy i to widać po nas, że jak jest duży gaz, jest dużo dziewczyn zmieniających się, to nie wiadomo właśnie kiedy co zrobić. Czy pojechać dołem, górą, przyspieszyć, zwolnić? Takich rzeczy trzeba się nauczyć. U nas, w Polsce, takich wyścigów nigdy nie było, więc my nie mamy się tego od kogo nauczyć.

Pszczolarski i Staniszewski nie są wprawdzie związani rodzinną więzią, ale rozumieją się niemal bez słów.

Niby się wydaje, że to wszystko łatwo i pięknie, ale trochę się nacierpieliśmy, trochę kraks przeżyliśmy

– zaczyna Staniszewski.

[Najtrudniejsze było to] Żeby mnie Wojtek mocniej wypychał...

– śmieje się.

(Stojący obok Pszczolarski skrzywia się w komicznym uśmiechu, macha ręką z dezaprobatą i znika z pola widzenia)

… no i odnaleźć się w tej grupie. Na zawodach, przy zmęczeniu, oddać zmianę. To jest dużo myślenia, gdzie dobrze zrobić zmianę, żeby dobrze zafiniszować. Gdzie się odnaleźć żeby odskoczyć…

– kontynuuje swój wywód Staniszewski.

Przed wyścigiem ciężko zaplanować, że to czy owo pojedziemy. W trakcie wyścigu wychodzi. Wiadomo, podczas wyścigu dużo do siebie nie powiemy, ale przy tych zmianach to zawsze coś usłyszymy. „Ty finiszujesz”, „Ty skaczesz”, Ty poczekaj”, czy po prostu „szybciej!”

O ile śmiałość Staniszewskiego często zadziwia rywali („nie chcą z nim jeździć w odjazdy”), Pszczolarski, który na przestrzeni lat zdobywał już medale mistrzostw Europy (2015 i 2018 złoto; 2017 brąz) i świata (2017; brąz) w wyścigu punktowym, na torze przypomina pułkownika kierującego wojskową operacją.

On [Staniszewski] tu ma naprawdę mocne nogi. Ma moc i technikę. Ja tutaj może jestem mniej silny, staram się nadrabiać techniką, wytrzymałością no i bardziej taktycznie też inicjować jakieś ataki, żeby ten zespół jak najlepiej działał

– wyjaśnia.

Spytany o oglądanie się i czuwanie nad rozwojem wypadków, uśmiecha się.

Oczy dookoła głowy, nie?

Jak w wirze walki wygląda zatem myślenie i planowanie kolejnych posunięć?

Ja akurat nie mam z tym problemu. Jak jestem świeży to podejmuję złe decyzje, ale jak jestem na zmęczeniu to szukam takiego sposobu, który będzie najłatwiejszy, żeby mnie jak najmniej kosztował. Naprawdę

– zarzeka się Staniszewski.

 

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając błędny fragment tekstu i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

1 Comment

  1. Ed

    14 lutego 2019, 14:12 o 14:12

    Dlaczego w ramach tej samej konkurencji zawodnicy stosują różne koła?

%d bloggers like this:

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: