MŚ Innsbruck 2018. Nietykalna Anna van der Breggen

Po brakujący w kolekcji tytuł, po marzenie. Przeciwko presji mediów i otoczenia, po sezonie pełnym poświęceń i prób utrzymania sportowej motywacji. Anna van der Breggen tęczową koszulkę w Austrii odebrała z ulgą.

Anna van der Breggen z Innsbrucku wyjedzie jako nie tylko aktualna mistrzyni olimpijska, ale i mistrzyni świata w wyścigu ze startu wspólnego i wicemistrzyni w jeździe indywidualnej na czas. Holenderka w wieku zaledwie 28 lat ma na koncie wygrane we wszystkich najważniejszych szosowych imprezach globu, a rajd po złoto w stolicy Tyrolu był pieczęcią na budowanych od 2015 roku palmares.

Spokojna zazwyczaj Holenderka, której twarz rzadko wyraża jakiekolwiek emocje, na mecie w centrum Innsbrucku płakała ze szczęścia. Przede wszystkim jednak, z ulgi, że tytuł, który wygrać próbowała od 2012 roku i któremu podporządkowała cały sezon, wreszcie stał się jej udziałem.

Na co dzień jeżdżąca w ekipie Boels Dolmans zawodniczka, od trzech sezonów najlepsza kolarka globu, w wyścigach mistrzowskich czterokrotnie finiszowała w czołówce, ale dotychczas jej najlepszym wynikiem pozostawało srebro z 2015 roku. Wczoraj, na rundzie wokół alpejskiego Innsbrucku, dopięła swego.

Wiem, że trudno jest być mistrzynią świata. Widziałam rundę kilka razy, podobała mi się, wiedziałam, że mi odpowiada. Pracowałyśmy przez cały sezon na tej sukces, zorganizowałam swój plan startów tak, by być tu świeższą niż normalnie w tej części sezonu. Mistrzostwa świata są zawsze na końcu sezonu, zwykle odbija się już zmęczenie. Próbowaliśmy tego uniknąć, wprowadzając do programu wyścigi MTB, starty w imprezach, w których jeszcze nie startowałam

 - powiedziała na rozpoczęcie konferencji prasowej w Innsbrucku.

Van der Breggen po raz kolejny odniosła się do spoczywającej na niej presji i zmęczenia psychicznego, jakim okupione jest przygotowanie do największych wyścigów. Holenderka, która w ostatnich trzech sezonach wygrała w zasadzie wszystkie najważniejsze wyścigi w kalendarzu, podkreślała już kilkukrotnie, że presja osiągania dobrych wyników, a przez ich osiąganie - status najlepszej zawodniczki w peletonie - nie pomagał jej w cieszeniu się sportem.

Musze powiedzieć, że naprawdę czułam wzrastającą presję w miarę zbliżania się mistrzostw. To nie był najłatwiejszy okres w mojej zawodowej karierze... wychodzić na trening i mieć świadomość, że powinnam być w dobrej dyspozycji tego dnia. To był długi okres przygotowań i dziś rano byłam szczęśliwa, wiedziałam, że dziś wieczorem, bez względu na wynik, to jest koniec. Wiedziałam, że mogę się znowu zrelaksować i na nowo cieszyć się jazdą rowerem

 - tłumaczyła.


Świeżo upieczona mistrzyni świata pytana była także o współpracę w holenderskiej kadrze i o podział ról z Annemiek van Vleuten. Obie Holenderki w przedwyścigowych ocenach znajdowały się na czele listy faworytek, jednak powszechna świadomość, że obie zainteresowane są złotym medalem, sprawiała, że ich współpraca nie była traktowana była jako pewny element sobotniego wyścigu.

Miałam za sobą świetny zespół. To coś specjalnego, kiedy koleżanki mówią, że jadą na ciebie - na mnie i na Annemiek. Annemiek miała nieprzyjemna kraksę w pierwszej części wyścigu, co było dość niefortunne. Powiedziała mi, że odczuwa ból. Potem Amanda Spratt była w ucieczce, wiemy, że ona jest dobrą góralką i nie możemy jej dać paru minut. Musiałyśmy coś zrobić już wtedy. Annemiek przycisnęła i ja mogłam poprawić

 - wyjaśniała, odnosząc się do sytuacji na drugiej rundzie.

Holenderka wyprowadziła atak z grupy faworytek na 42 kilometry przed metą wobec powiększającej się przewagi grupki Spratt oraz problemów van Vleuten, która, choć wyścig ukończyła na 7. miejscu, większość wyścigu przejechała z uszkodzonym kolanem. Trzy kilometry później 28-latka na czele jechała już tylko ze Spratt, a na 39 kilometrów przed meta przyspieszeniem na ostatniej części pojazdu zdołała złamać Australijkę i samotnie ruszyła na metę.

Wybór był łatwy, miałyśmy dwie liderki - mnie i Annemiek. Jeśli jedziesz z taka mocna ekipa, szanse na wygrana są większe. Musiałyśmy uzgodnić, że jeśli jedna z nas ruszy, to druga poczeka. Czasem trzeba się umieć dzielić. Dogadałyśmy się, że chcemy wygrać ten tytuł, bez względu na to, która z nas tego dokona. Myślę, że media nałożyły na nas presję, więc uzgodniłyśmy, że zrobimy to razem, nie przeciwko sobie

 - podkreśliła.

To kolejne zwycięstwo Van der Breggen po solowym ataku na kilkanaście lub więcej kilometrów przed metą. Holenderka w ten sposób rozstrzygała na swoją korzyść m.in. wyścigi ardeńskiego tryptyku, a pytana o zmysł wyczuwania momentu do ataku odpowiedziała dość skromnie.

Myślę, że to zależy od tego, jak układa się wyścig. W tym wypadku Amanda Spratt miała przewagę, widziałyśmy, że musimy coś zrobić od razu, nie na kolejnym okrążeniu. Jasne, mogłyśmy ruszyć wcześniej, ale to była sytuacja bez dużego wyboru. Ale muszę przyznać, że kiedy jechałam już sama, miałam nadzieję, że nie było za wcześnie. Do mety daleko, miałem nogę, ale próbowałam rozłożyć siły tak, żeby zachować jeszcze trochę sił na ostatnią wspinaczkę

 - odparła na pytanie o zdolność wyczuwania momentu do ataku.

Atak z daleka, atak z niezdecydowanej grupki faworytek to w ostatnich dwóch sezonach znak firmowy holenderskiej zawodniczki. Van der Breggen to kolarka fantastycznie radząca sobie w jeździe indywidualnej na czas, a jej ataki, choć jest jedną z najbardziej pilnowanych zawodniczek w peletonie, nie łatwo odeprzeć. W przypadku mistrzostw świata, w okrojonej grupce żadna z ekip nie chciała wziąć na siebie ciężaru pogoni, a wysokie tempo narzucone przez Van Vleuten nie pozwoliło rywalkom na podczepienie się pod akcję mistrzyni olimpijskiej.

Na takiej rundzie nie ma drugich szans. Nie znałam różnic, na szczycie ostatniego podjazdu wiedziałam, że jest coś koło 2 minut, ale już kilka razy było tak, że wyścig poszedł mi źle w końcówce, bo albo mi nie wyszło, albo grupa mnie dogoniła. Skupiałam się na tym by jechać jak najszybciej, pić i jeść. Na mecie czułem ulgę, że to w końcu wyszło.

Van der Breggen w tym sezonie opuściła sporo szosowych startów. Sezon zaczęła w marcu, na przestrzeni pięciu miesięcy wystąpiła w trzech wyścigach etapowych, a w lipcu zrezygnowała z obrony tytułu w Giro Rosa, decydując się na skupieniu się na przygotowaniach do mistrzostw świata. To w dość nietypowej sytuacji postawiło holenderski zespół Boels Dolmans, który zaufał jednak swojej najlepszej zawodniczce i pozwolił jej na indywidualny tok przygotowań.

Ekipa wiedziała, że mistrzostwa są dla mnie celem. To nie było dla nich łatwe, nie mamy wielu zawodniczek, w jednym punkcie brakowało nam składu na wyścigi. Nie było im łatwe, wiedzieli, że mają dobrą zawodniczkę, mogą ją wystawić, ale nie zrobią tego, bo wiedzą, że ona szykuje się do mistrzostw świata. Mam tę wolność w zespole, oni patrzą na to, jak mogę się najlepiej przygotować. Tak samo było ze startami w wyścigach MTB, oni dają mi tę opcję. To niesamowite w takiej ekipie, jestem im za to bardzo wdzięczna

 - tłumaczyła.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: