Strade Bianche 2018. Van Aert szosowcem, Bardet po swojemu, faworyci z niczym

Wout van Aert

Van Avermaet, Sagan i Kwiatkowski z pustymi rękami, Bardet pozytywnie zaskoczony, Van Aert jechał w trupa. Wszyscy faworyci są zgodni - to było najtrudniejsze Strade Bianche od lat.

Wyścig Strade Bianche w tym roku zamienił się w zmagania prawie przełajowe. Pogoda po raz kolejny udowodniła, że taktyki i plany to jedno, a warunki na trasie i tak są w stanie napisać swój własny scenariusz.

Od kilku tygodni okolice Florencji były zasypane śniegiem, mówiono nawet o możliwości skrócenia trasy. Z początkiem marca przyszła jednak odwilż i kolarze musieli stoczyć walkę nie tylko z rywalami ale także z bardzo miękkim i trzymającym podłożem. Sektory piasku i szutru zmieniły się w błotniste trakty.

W tych błotnistych warunkach najlepiej poradził sobie młody Tiesj Benoot (Lotto-Soudal), na mecie wyprzedzając Romaina Bardeta (AG2R La Mondiale) oraz Wouta van Aerta (Veranda's Willems - Crelan).

Obok Benoota największym objawieniem dnia był właśnie trzykrotny mistrz świata w przełajach - Wout van Aert. Dla 23-latka, który rozważa przejście z przełajów na szosę, był to debiut w tak dużej imprezie szosowej. Debiut możliwy dzięki dodatkowej "dzikiej karcie", przyznanej przez organizatorów w ostatniej chwili.

Van Aert był bardzo aktywny i świetnie radził sobie na błotnistych odcinkach. Do ataku z grupy faworytów ruszył już na 50 kilometrów do mety wraz z Bardetem i zdołał wywalczyć podium.

Zwycięstwo było bliżej niż zakładałem przed wyścigiem. W końcówce wyścigu jednak bardzo cierpiałem. Uważam, że decyzja o ataku z Bardetem była dobra - choć było daleko do mety. Na ostatnich 50 kilometrach zwyczajnie brakowało mi cukru w organizmie. Byłem dosłownie "martwy"

- mówił młody Belg.

Znany z aren przełajowych van Aert na ostatnich metrach przeżywał prawdziwy kryzys. Na podjeździe do Piazza del Campo zaczęła łapać go skurcze tak silne, że spadł z roweru. Do mety dojechał, a po zejściu z roweru omdlał na mokrej kostce brukowej.

Jedyne co miałem w głowie to podium, więc cieszę się, że się udało. Szczególnie pod przyszłe lata, to świetny początek mojej szosowej kariery. Mój cel został osiągnięty, nie spodziewałem się tak dobrego wyniku, to jest podium na wyścigu najwyższej klasy! Już jest super, następne klasyki będą tylko dodatkiem

- zapewniał.

Podium wyścigu zaiste przedstawiało się dziwnie. Zwycięzca wygrał swój pierwszy wyścig w karierze, trzeci kolarz po raz pierwszy w zasadzie startował w tak poważnej imprezie na szosie, a drugi zawodnik w klasykach tego typu nie miał żadnego doświadczenia.

fot. Lapresse / Fabio Ferrari

Romain Bardet na trasach Grand Tourów pokazywał już, że nie boi się śmiałych posunięć i ataków, którymi stawia na jedną kartę cały wynik w wyścigu. Na drodze do Sieny 27-latek nie bawił się w taktyczne gierki i ruszył na metę, po cichu licząc, że rywale nie potraktują go poważnie w kontekście wyścigu, w którym nie miał doświadczenia.

To było moje pierwsze doświadczenie z klasykami innymi niż Liège-Bastogne-Liège i Amstel Gold Race. Powiedziałem ekipie jeszcze zimą, że chcę w nich wystartować, w tym we flamandzkich imprezach, ale także, że najpierw chcę spróbować Strade Bianche. To jest kolarstwo, jakie kocham. Lubię jechać z przodu, ale tu się wszystko może zdarzyć. Tiesj był najmocniejszy

- relacjonował Francuz.

Nie można się poddawać. Miałem problem z rowerem na najtrudniejszym odcinku szutru i powrót sporo mnie kosztował. Udało nam się odjechać z van Aertem i utrzymać tempo. To był dobry dzień - przez chwilę myślałem nawet o wygranej, ale podium to też dobry wynik. Dałem z siebie wszystko, lubię wyścigi, na trasach których igramy z granicami swoich możliwości.

Z limitem możliwości zderzył się mistrz olimpijski Greg van Avermaet. Belg z BMC Racing wyścig skończył na 34. miejscu i nie potrafił wyjaśnić, w czym leżał problem.

Nie mam wiele do powiedzenia. To nie była moja pogoda. Mam nadzieję, że w tym leży przyczyna. To moje najgorsze Strade w karierze. Nie liczyłem na zwycięstwo, ale chciałem przyjechać z pierwszą grupą. Początkowo czułem się dobrze i byłem tam, gdzie powinienem, ale od Monte Sante Marie, aż do mety już tylko umierałem. Nie byłem na tyle dobry by podążyć za dużą grupą, nie potrafiłem zmusić się do cierpienia. Ducha jednak nie tracę

- powiedział.

fot. LaPresse - Fabio Ferrari

W finale do walki o czołowe pozycje nie włączyli się dwaj faworyci - Michał Kwiatkowski (Team Sky) i Peter Sagan (Bora-hansgrohe). Polak i Słowak, którzy wyścig między sobą rozgrywali w 2014 roku, w sobotę zostali za atakującymi. Sagan na koniec załapał się do czołowej dziesiątki, Kwiatkowski na metę dojechał za to 10 minut po zwycięzcy.

Było niesamowicie ciężko i błotniście, bardzo ryzykownie. To na pewno jeden z najtrudniejszych wyścigów, jakie przejechałem. Wydaje mi się, że byłem w dobrej pozycji i pojechałem dobry wyścig, ale w końcówce zabrakło mi mocy by odjechać i rozegrać swój wyścig. Szkoda. Cieszę się natomiast, że nie leżałem, że przetrwałem

- zaznaczył Polak.

Dwukrotny zwycięzca Strade Bianche nie wydawał się być zmartwiony wynikiem, a jego oczy powoli zwracają się na Mediolan-San Remo (17 marca).

Próbowaliśmy atakować, próbowali Peter, Alejandro, ale potem pojechała grupka. W takich wyścigach trzeba wiedzieć jak pojechać, zagrać to z głową. Wygrał najsilniejszy

- podsumował był mistrz świata.

Ósmy na mecie Sagan po raz pierwszy w tym roku wystartował w europejskim wyścigu. Mistrz świata nie rozpaczał i spokojnie odhaczył sprawdzian przed najważniejszymi imprezami na brukach Beneluksu.

Nie ma wątpliwości, że Strade Bianche dorósł do swojej reputacji. Wyścig był bardzo trudny, w trudnych warunkach. To mój pierwszy start po miesiącu obozu wysokogórskiego. Czułem się dobrze, pokazaliśmy się na czele wyścigu z Danielem Ossem, Marcusem Burghardtem i Gregorem Mühlbergerem. Jestem zadowolony, ale mogliśmy liczyć na więcej. To jest dopiero początek startów w Europie, dużo jeszcze przed nami

- wyjaśnił.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

4 Comments

  1. Apollo

    4 marca 2018, 14:25 o 14:25

    Wspaniały wyścig !!! Kolarstwo w najczystszej postaci, bez osłaniania lidera, bez jazdy na kole, ciężka mordercza indywidualna praca przez każdy przejechany kilometr !!! Dla mnie bohaterem był van Aert , ale najbardzej podobała mi się jazda zwycięscy Benoota i Valverde !!!

  2. Wilinski

    4 marca 2018, 21:06 o 21:06

    Mi bardzo zaimponował Bardet. Bardzo lubię styl jazdy tego kolarza i od dłuższego czasu mu kibicuję 🙂

  3. reko

    4 marca 2018, 22:10 o 22:10

    fenomenalny wyścig-dla mnie już monument, piękne, romantyczne kolarstwo. Czysta walka bez rachowania jak w tourach, wielka woli walki zwycięscy, tryb zombie na ostatnim podjeździe w wykonaniu van aerta....i tylko niedosyt jeśli chodzi o Kwiata bo poprostu bardzo liczyłem na jego wysokie miejsce. Mam nadzieję, że to układ wyścigu sprawił , że stracił 10min, a nie spadek formy po super mocnym lutym. Tirrene pokaże...

  4. Grzegorz

    6 marca 2018, 13:20 o 13:20

    Pomyślcie jakie kolarstwo byłoby piękne, gdy tak wyglądałby każdy wyścig! Jazda solo na siebie, ataki, kontrataki, kasowania...No i niespodzewane zwycięstwa.

%d bloggers like this:

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: