Kolarze lubią brąz…

… i Rio o tym wie. Rafał Majka jest wielki. Rafał Majka jest jednym z najlepszych górali na świecie. Rafał Majka jest brązowym medalistą olimpijskim.

Było ich czterech. I czwórka wystarczyła, by rozwalić system oraz zagrać na nosie Hiszpanom czy Brytyjczykom. Fenomenalna akcja Michała Kwiatkowskiego na początek, czyli rozwiązanie klasyczne, jak w podręczniku: nasz w ucieczce, reszta powinna pracować. Reszta nie miała też wyjścia i pracować musiała, by skasować odjazd. Z tyłu grzecznie pozostali biało-czerwoni. A niech się rywale spinają, niech się pocą. My mamy Rafałka.

„Kwiatek” przeszedł sam siebie. Krytykowany ze wszech stron za brak formy, prawdopodobnie i w Brazylii nie posiadał jej w pełni, lecz kręcił serduchem i głową, bo była szansa jedna na milion. Na demonicznej trasie w Rio, gdzie górale należeli do głównych faworytów, mogliśmy zdobyć złoto. Konkretnie Majka mógł po nie sięgnąć, dlatego Kwiatkowski dwoił się i troił tak, jak kiedyś w Ponferradzie dwoili i troili się jego koledzy z reprezentacji.

Michał pokazał klasę, ponieważ gdy znalazł się z powrotem w grupce, dalej kręcił dla kumpla z Tinkoffu. A ten, kiedy tempo wzrosło, na ostatnim podjeździe, doskoczył do Nibalego i Henao. Tercet z przodu. Medale z przodu. Tylko jeszcze ten zjazd, szybki, z zakrętami, ryzykowny.

Rekin, ten sam Rekin, który zjeżdżać mógłby z każdej górki wywołany o pierwszej nocy ze snu, i Sergio na jednym z zakrętów nie wyrobili i się położyli. Majeczka na czele. Jedziesz! Jedziesz! Jedziesz! Będzie złoto. Ponad dwadzieścia sekund przewagi.

Pewnie, że szkoda Włocha i Kolumbijczyka. Można gdybać, co byłoby, gdyby dwójka nie wywinęła orła i gdyby pedałowała dalej zgodnie razem przynajmniej do ostatnich kilometrów, czy wtedy Rafał nie byłby wyżej, bo mógłby zaoszczędzić nieco sił, których w finale ewidentnie zabrakło. Kraksy są kolarską codziennością. Na leżących się nie czeka, taki los. Ty masz pecha, ja mam szczęście, i trzeba z niego skorzystać.

Majka gnał do mety na Copacabanie. 120%, 140%, 150%. Więcej, niż Bozia dała. Oddech goniących Van Avermaeta i Fuglsanga na plecach coraz bardziej dało się odczuć. Van Avermaet – żaden z niego góral, tylko specjalista od klasyków świetnie sobie radzący na krótkich, stromych ściankach. W sprincie z małej grupki nie ma niego mocnych. Majka słusznie złapał jego koło, ale już było wiadomo, że puści korby. Nie było czym poprawić. Kur…., czemu ta meta nie była dwa kilometry bliżej? Genialny Belg „nie-góral” przed Duńczykiem i Polakiem. Drugi najlepszy wynik w historii biało-czerwonego kolarstwa na Igrzyskach Olimpijskich po Czesławie Langu, Moskwie i schodach Kapitonowa. Brawo chłopacy. Sukces bardziej znaczący, bo potwierdzający jedną ważną rzecz.

Polscy kolarze definitywnie należą do światowej czołówki, ten brąz nie jest dziełem przypadku, jak się to nieraz na Igrzyskach zdarza. To nie dzień konia. To dzień Majki dowodzący, że trzeba się z Polakami liczyć wszędzie i zawsze. Mentalność zwycięzców, nie poddajemy się, wiemy, że możemy. I to jest piękne.

Czy tęczowa koszulka Kwiatka była ważniejsza niż ten brąz? Nie. Czy ten brąz Majka jest ważniejszy niż mistrzostwo świata? Nie. Między tymi dwoma osiągnięciami jest jednak jedna podstawowa różnica. Złoto Kwiatkowskiego było mniej lub bardziej – raczej bardziej – wielką niespodzianką, sensacją rozpoczynającą pewien nowy rozdział w polskim kolarstwie szosowym. Zdobycz Majki niespodzianką nie jest, po cichu i głośno w niego wierzyliśmy. Dalej piszą tą wspaniałą księgę, z rozdziałami o Tourze, Giro, Vuelcie i klasykach.

Dziewczyny, przejmiecie teraz pióro? 🙂

banner