Tour de Suisse 2016: po dobre miejsce z Verva Activejet

Relacja z wozu technicznego Verva Activejet z ostatniego etapu Tour de Suisse.

Niedzielny poranek w Davos przywitał mieszkańców miasta, kolarzy i dziennikarzy chłodną ulewą. Przepiękna panorama Alp w Gryzonii schowała się przed peletonem Tour de Suisse za ścianą deszczu i nisko wiszącymi chmurami. Temperatura w najwyżej położonym mieście Europy nie przekraczała 10 stopni. Przejście kilkuset metrów z hotelu do centrum prasowego wymagało czegoś więcej niż odrobiny samozaparcia. Przejechanie ponad 100 kilometrów i 2 przełęczy na wysokości ponad 2000 m n.p.m. wyglądało jak zabawa dla herosów - albo straceńców.

Temperatura na szczytach przełęczy Albula i Flüela, z którymi zmierzyć miał się peleton, nie przekraczała 5 stopni Celsjusza. Sytuację dodatkowo pogarszał marznący deszcz. Prześladowani ciągłymi ulewami organizatorzy podjęli jedyną słuszną decyzję: etap został skrócony, a kolarzom do pokonania został jedynie podjazd pod przełęcz Flüela.

Dla drużyny Verva Activejet i Pawła Cieślika etap, skrócony czy nie, był ostatnim krokiem do utrzymania dobrego miejsca w klasyfikacji generalnej. Będący liderem polskiej drużyny kolarz z Tarnowa Podgórnego wcześniejsze etapy przejeżdżał równo, co po 8 dniach pozwoliło mu znaleźć się na 15. miejscu. Jeśli dyrektor drużyny Piotr Kosmala miał wcześniej jakieś obawy, co do występu swoich kolarzy w szwajcarskich górach, okazały się one niepotrzebne.

Chłodny poranek drużyna spędziła na ciągłym pakowaniu się. Najpierw, żeby wymeldować się z hotelu, potem pakując sprzęt by przejechać na nowe miejsce startu. Zła pogoda nie odpuszczała, gdy granatowa karawana musiała ruszyć kilkaset metrów dalej ku miasteczku wyścigu, żeby kolarze mogli podpisać listę startową i z powrotem schować się do autokaru.

Na wąskich i krętych ulicach Davos tworzą się kolejne korki. Autobusy i wozy techniczne tłoczą się by w taką pogodę podwieźć kolarzy jak najbliżej listy startowej. Gdy wszyscy odważni złożyli już podpisy, pora opuścić Davos i ruszyć w kierunku La Punt, gdzie przeniesiono start etapu.

Z dyrektorem Kosmalą jedziemy trasą etapu „pod prąd”. Nam i wszystkim innym autom wyścigu towarzyszy kilka motocykli obstawy, ale ruch na drogach jest nadal otwarty. Wraz z kolejnymi metrami przewyższenia krajobraz ulega co raz bardziej dramatycznym zmianom. Giną gdzieś lasy, a zastępują je kamienie, które szybko pokrywa gruba warstwa śniegu. Z boku mijamy zamarznięty staw. Na częstotliwości radia wyścigu co chwila trzeszczy „Jaro, Jaro, czy mnie słyszysz?”. Nie udaje nam się rozwiązać zagadki kim jest tajemniczy Jarosław. W końcu dyrektor sportowy CCC Sprandi Gabriele Missaglia przywołuje towarzystwo do prządku: „Polaki radio tour!”.

Po drodze rozmawiamy o filozofii drużyny i planach na przyszłość. Ze sprawdzonymi i oddanymi sponsorami powinno być co raz lepiej. Wyniki może nie mówią wszystkiego, ale debiutująca w cyklu Pro-Continental drużyna z Polski wcale nie odstaje od swoich konkurentów pod względem organizacyjnym. Ba, nie ma się czego wstydzić również w porównaniu z częścią drużyn World Touru. Jeśli uda się zrealizować plany na przyszłe sezony, polscy kibice powinni mieć wiele powodów do radości. Ambicje doświadczonego Piotra Kosmali sięgają ku największym wyścigom.

Po drugiej stronie Flüeli pogoda jest o wiele lepsza, a droga nie błyszczy się już od deszczu. Przed La Punt wielobarwna karawana ponownie staje w korku. W małym miasteczku w sercu Gryzoni nie bardzo jest gdzie zaparkować duże autokary i kilkadziesiąt wozów technicznych. Stajemy więc na żwirowym parkingu przy poboczu drogi – kolarze będą musieli podjechać na start na rowerach. Szybko dołącza do nas Giant-Alepcin.

IMG_4661

Rozpoczyna się szybka reorganizacja zasobów. Rowery wypakowywane są z bagażnika autobusu, a zawodnicy zaczynają rozgrzewkę. Mimo, że do startu pozostała jeszcze godzina autokary muszą jak najszybciej wystartować ku Davos by dotrzeć tam przed kolarzami. Biorąc pod uwagę dystans, liczbę ciasnych zakrętów i warunki pogodowe, to nie mają na to wiele czasu.

IMG_4658

Żwirowy parking nie nadaje się do rozłożenia rolek – nie ma wyjścia, trzeba użyć kawałka wyasfaltowanej drogi, którą ciągle jeżdżą samochody mieszkańców, kibiców i drużyn. Osłaniany przez członków obsługi drużyny Paweł zaczyna kręcić. Jego koledzy z drużyny robią parę kilometrów w tę i z powrotem wzdłuż drogi. Przed startem wychowanek Tarnovii uważnie dobiera garderobę, kilkukrotnie zaglądając do „deszczówki” – torby z zapasowymi ubraniami na deszcz znajdującej się w bagażniku wozu technicznego.

Ostatnie słowa od Piotra Kosmali i można ruszać w poszukiwaniu startu. My też podjeżdżamy dyrektorską skodą nieco bliżej i parkujemy na podjeździe z boku drogi. W telewizji widzimy, że na starcie kilkaset metrów dalej panuje niezłe zamieszanie. Tylko część kolarzy ustawiła się na linii startu, a reszta czeka bliżej nas. Przed maską obserwujemy zamieszanie, które powstało, gdy „przepisowy” peleton dogonił „cwaniaków”.

IMG_4662

Jeszcze za nim ruszyliśmy do La Punt, nie mieliśmy wątpliwości, że „pójdzie gaz” od startu. Gdy tylko peleton przemknął nam przed maską i ustawiliśmy się w kolumnie wskazówka prędkościomierza znajdują się przy 50 km/h. Na ekranie telewizora obserwujemy walkę przypominającą ustawianie się sprinterskich pociągów do finiszu. Tyle, że zamiast długiej i płaskiej prostej, czeka nas kilkanaście krętych kilometrów pod górę.

Gdy tylko droga zaczyna się wznosić zabójcze tempo zaczyna zbierać swoje żniwo. Mijamy pierwszych kolarzy, którzy nie są w stanie jechać z taką prędkością. Z lewej strony miga czarna kurtka z tęczowymi paskami – bracia Saganowie odpuścili jako jedni z pierwszych. Peleton ciągle liczy jeszcze kilkudziesięciu zawodników, gdy przemykamy obok kolejnych kolarzy walczących nie tylko z nachyleniem, ale i zimnem. Im wyżej wjeżdżamy tym pogoda bardziej daje o sobie znać.

IMG_4666

Podjeżdżamy do pierwszych zawodników Vervy. „Wszystko OK?” pada tylko pytanie przez okno i krótka odpowiedź, pomiędzy głębokimi oddechami okraszonymi kłębami pary: „tak!”. Ciężko sobie wyobrazić, że w takich warunkach wszystko jest w porządku. Oglądając kolarzy z boku podczas takiego etapu nabiera się jeszcze większego szacunku dla ich pracy i poświęcenia.

Jesteśmy na ostatnich kilometrach podjazdu, gdy z przodu zaczyna się „zabawa”. Z najlepszymi kolarzami szwajcarskiej etapówki ciągle jedzie Paweł Cieślik. Piotr Kosmala dopinguje swojego lidera przez radio: „Bardzo ładnie Paweł, bardzo ładnie!”. Mijamy właśnie Gerainta Thomasa holowanego przez Wasilija Kirijenkę… My zastanawiamy się, czy „nasz” zawodnik będzie w stanie kogoś wyprzedzić w klasyfikacji generalnej.

IMG_4664

Znów jesteśmy w krainie skał i śniegu. Kibicie przy trasie poubierani są w zimowe kurtki, czapki i szaliki. Dopingują kolarzy jak mogą. Szacunek i dla nich za pojawienie się na ponad 2000 m n.p.m. w taką pogodę. Koniec podjazdu jest najtrudniejszy. Strome rampy przedzielone są jedynie „agrafkami” – zakrętami o 180 stopni. Po drodze na kolarzy czeka jeszcze odcinek szutru. Paweł pyta przez radio: „ile jeszcze?”. Szybkie kalkulacje i odpowiedź: „2,5 kilometra. Jedziesz Paweł, bardzo ładnie!”. W rzeczywistości do szczytu jest nieco dalej, ale nie ma czasu na poprawki.

Paweł odpada tuż przed szczytem. Teraz czekają nas długie zjazdy do Davos. Wyśmienity test dla układu hamulcowego granatowej skody i ludzkiego błędnika. W Davos przed metą obstawiamy jeszcze kto wygra. Wygląda na to, że wiozący się z tyło Czarnecki będzie miał największe szanse. Tymczasem najszybszy okazuje się Jarlinson Pantano z IAM. Paweł przyjeżdża na metę nieco ponad minutę później. W jego grupce na kreskę wpadają również Spilak i Kelderman. Z tyłu też nie brakuje znanych nazwisk: Schleck, Scarponi, Thomas. Ostatecznie zawodnik Verva Activejet kończy wyścig na 14 miejscu w klasyfikacji generalnej.

Chwila radości na mecie ze świetnego wyniku i powoli będzie można ruszać do domu.

If you have found a spelling error, please, notify us by selecting that text and pressing Ctrl+Enter.

Spelling error report

The following text will be sent to our editors: