Adam Kuś: raz na wozie, raz pod wozem

Ostatnio w wyścigu Trophee Center Morbihan wystartowałem w barwach narodowych. Wyścigu nie mogę zaliczyć do udanych, ponieważ zimno i deszcz na ostatnim etapie nie pozwoliły mi ukończyć zmagań.

Kiedy dowiedziałem się, że jadę na wyścig Pucharu Narodów w polskich barwach, to od razu bardzo się ucieszyłem i chciałem jak najlepiej wypaść w tym starcie. Od początku wyjazdu byłem nastawiony na walkę, a do tego wszystko, co działo się wokół wyścigu jeszcze bardziej mnie nakręcało i motywowało.

Pierwszego dnia, kiedy przyszedł czas na start byłem dość zestresowany, myślę że to przez fakt, że nie chciałem zawieść trenerów jak i samego siebie. Nie wiedziałem też do końca co mnie czeka. Jednak kiedy ruszyliśmy do startu to stres zniknął i zacząłem swój pierwszy wyścig w biało-czerwonych barwach! Etap zakończył się pechowo – cała nasza ekipa zamieszała się w kraksę w końcówce. Nie pozwoliło to zająć dobrego miejsca i ostatecznie dojechałem na 54. pozycji.

Drugi dzień to była jazda na czas przed południem i po południu start wspólny. Czasówka poszła mi jak zwykle, czyli bez rewelacji, ale też nie najgorzej. Po południu na kolejny start stanąłem zregenerowany i gotowy do walki… No i tu się wszystko zaczęło sypać. Już po starcie zaczął padać deszcz, a ja w ogóle nie byłem na to przygotowany. Temperatura bardzo szybko spadła o ponad 10 stopni, ja zmarzłem i do tego nie tyle zapomniałem jeść, co już po 30km nie miałem jak ruszyć ręką z zimna. No i tak po 60km skończyłem swój pierwszy Puchar Narodów. Trochę na własne życzenie, ale co mnie nie zabije to mnie wzmocni 😉

Tydzień później wziąłem udział w wyścigu Złote Koło Dobczyc, jednym z ważniejszych dla mnie startów w sezonie. Wyścig na początku nie układał się po mojej myśli. Niezbyt dobre 11. miejsce na czas, dalekie miejsca na 1 i 3 etapie, ale bez start. Wypaliło dopiero na ostatnim 4. etapie. Etap po sporych górkach liczący 105km udało mi się ukończyć na 4. miejscu. W klasyfikacji generalnej ostatecznie zająłem 8. lokatę.

Po chwili odpoczynku wybrałem się wraz z kadrą Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Świdnicy na wyścig na Słowacji. Był to jeden z ostatnich sprawdzianów przed mistrzostwami Polski. Start uważam za bardzo udany, pierwszego dnia zająłem 9. miejsce na prologu pod górę. Miał on zaledwie 800m, ale „weszło w nogi”. Drugi dzień to start wspólny liczący 75km i w końcu podium. 3. miejsce bardzo mnie nakręciło do walki w następnym dniu. Niestety było troszkę gorzej – 5. miejsce na górskim etapie zadowoliło mnie, chociaż chciałoby się więcej. Cały wyścig oceniam na dobre przygotowanie i sprawdzenie nogi przed Mistrzostwami Polski w Świdnicy.

O Świdnicy nie ma co pisać. Nic nie pokazałem, złapałem gumę, wjechało we mnie auto i na końcu zdjęli mnie z trasy. Zanim to się stało, poszedł 18-osobowy odjazd, do którego nie udało mi się zabrać.

banner