Tysiąc motylków w brzuchu, czyli debiut w Giro Rosa

Witam wszystkich bardzo serdecznie! Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku i że miło spędzacie wakacje 🙂

Ja właśnie odpoczywam sobie w mojej ukochanej Ochotnicy. Spokój, góry, słoneczko, rodzina... nic mi więcej nie potrzeba. No może... chciałabym jeszcze, żeby mój Przemek był ze mną, ale niestety on się teraz męczy na rowerze daleko ode mnie 😀

Piszę tego bloga, ponieważ chcę Wam osobiście opowiedzieć, jak czułam się na kobiecym Giro d'Italia. Jak na pewno słyszeliście, ukończyłam wyścig na 11. miejscu. Czy jestem zadowolona? Oczywiście, że tak! Nie liczyłam na taki wynik albo raczej - nie wierzyłam w siebie. Stając na starcie pierwszego etapu czułam ogromną tremę! Fakt, iż mam pomagać najlepszej zawodniczce świata powodował uczucie tysiąca motylków w brzuchu. Chciałam dać z siebie wszystko, nikogo nie zawieść, pokazać, że też potrafię walczyć i że można na mnie liczyć. Wszystko się zbierało w mojej głowie, myślałam, że zwariuję... poważnie.

Etap pierwszy był nieziemsko ciężki, składał się z 12 rund po 8km, gdzie cały czas jechałyśmy góra-dół. Czułam się całkiem dobrze, aż do momentu w którym złapały mnie okropne skurcze - na 2 rundy do końca. Moja głupota oczywiście - wysoka temperatura, a ja nie zadbałam o odpowiednie odżywianie i picie podczas wyścigu.

Człowiek uczy się na błędach i do końca Giro nie miałam już z tym problemów. Po tym etapie myślałam, że nie przetrwam do końca. Tak ciężko w pierwszy dzień? Kolejne etapy były równie trudne, ale już byłam lepiej przygotowana, a w głowie utkwiło mi jedno zdanie, które mój dyrektor sportowy powtarzał przez cały czas: "be prepared to suffer". Krótko i zwięźle.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ostatnie 4 etapy były już górskie. Pomagałam moim liderkom, wykonując każde polecenie zespołu. Przekonałam się jak ciężka może być ta rola, jednak zawsze po wykonanej "robocie" walczyłam do ostatniego metra. Chciałam przekraczać swoje limity i udowodnić sobie, że mogę dłużej cierpieć...

Szósty etap był dla mnie najtrudniejszym wyścigiem w życiu... Na mecie byłam strasznie zmęczona, ledwo żyłam, ale równocześnie wiedziałam, że się nie poddam. Przez większość dnia byłam w ucieczce, a na finałowym 14-kilometrowym podjeździe zostałam z Emmą Pooley. Niestety nie wytrzymałam jej wysokiego tempa, na szczyt wjechałam własnym rytmem. Na zjazdach, jakieś 10km przed metą, złapała mnie 6-osobowa grupka z trzema moimi klubowymi zawodniczkami. Jechałam z nimi, ale na kolejnym, niewielkim podjeździe nie dałam rady i strzeliłam. Do mety dojechałam na 8. miejscu, w sumie dobrze, bo wskoczyłam na 7. miejsce w generalce 🙂

Ostatnie 2 etapy nie były już dla mnie takie wesołe... Już po starcie czułam, że ze mną jest coś nie tak! Zero energii, brak apetytu, po prostu masakra! Najgorsze było to, że właśnie te dwa etapy kończyły się na szczycie stromych gór! Starałam się oszczędzać jak najwięcej sił do ostatnich kilometrów, jednak moje zadania taktyczne mi to uniemożliwiały. Na pierwszych kilometrach podjazdu nadawałam mocne tempo, aby zmniejszyć do minimum główną grupę, następnie odbijałam w bok i swoim tempem kontynuowałam walkę z sobą i tą okropną góra 😉 Po przejechaniu linii mety na Madonna del Ghisallo byłam pewna, że dałam z siebie wszystko i ta właśnie myśl najbardziej mnie uszczęśliwiała.

Podsumowując - na pewno wiele się nauczyłam. Jak ważny jest każdy detal, odpoczynek, regeneracja, jak trzeba być skupioną i zmotywowaną 😀 To zaprocentuje w przyszłości, jestem tego pewna.

Cza na odpoczynek. Dziękuję za czas poświęcony na czytanie mojego bloga! Do usłyszenia!

fot. wowo brylla/rowery.org