Lance Armstrong żyć ze sobą może, Jana Ullricha samego nie zostawi

Grzechy, które znamy, historie, które słyszeliśmy i szczera (?) refleksja nad traktowaniem kolarzy przyłapanych na dopingu. Lance Armstrong do powiedzenia ma wciąż sporo.

To, jak się zachowywałem jako lider sportu, przywódca całego ruchu [Livestrong] i wszystkich, którzy za mną podążali: absolutnie niewybaczalne, nieodpowiednie. Nadużywałem swojej pozycji i za to z całego serca przepraszam. Żałuję, że nie mogę tego zmienić, żałuję, że nie byłem lepszym człowiekiem

– mówi w drugiej części dokumentu "LANCE".

Wszystko co mogę zrobić, to powiedzieć przepraszam i zamknąć ten rozdział. I mieć nadzieję, że inni też to potrafią. To wszystko sprowadza się do tego, czy sypiasz po nocach. Czy możesz ze sobą żyć? Bo ja mogę.

Druga część dokumentu Mariny Zenovich skupia się na wpływie jaki Armstrong i założona przez niego fundacja miały na kolarstwo i na publiczną optykę choroby nowotworowej. Film wyemitowany przez "ESPN" odświeża lata walki Armstronga z zarzutami o stosowanie zabronionych substancji i działania szkalujące i niszczące życie osób, które mówiły prawdę.

Przeczytaj również: Recenzja: "LANCE". Część 2

Armstrong przed kamerą musiał ponownie odpowiedzieć na pytania o zastraszanie i niszczenie życia ludziom, którzy jeszcze w czasie jego największej chwały, mówili prawdę. Wspomina Emmę O'Reilly, Filippo Simeoniego oraz Betsy Andreau.

Najgorsza rzecz jaką zrobiłem? Każdemu człowiekowi powinno się zadawać to pytanie. Chyba sposób w jaki traktowałem i jak wypowiadałem się o Emmie O'Reilly. To chyba najgorsze moich zachowań. Czemu to zrobiłem? Bo byłem idiotą i atakowałem, powiedziałbym każdą rzecz [w swojej obronie]

– mówił.

O'Reilly, która w latach 1996-2000 pracowała jako masażystka w ekipie US Postal, odmawiała rozmów z mediami, by dopiero w 2003 roku zgodzić się na rozmowę z Davidem Walshem. Irlandka motywowała zmianę zdania kolejnymi raportami o śmierci zawodników, które, jak myślała, spowodowane były stosowaniem dopingu.

Szczegóły, które przekazała dziennikarzowi "The Sunday Times" miały pomóc w zbudowaniu materiału o kolarstwie i kulturze dopingu. Te, publikowane w prasie oraz w wydanej po francusku książce "L.A. Confidential", skupiły się jednak głównie na Armstrongu, a wkrótce sądowe krucjaty Amerykanina przeciwko krytykom zniszczyły reputację O'Reilly.

Ten w zeznaniach nazwał ją kobietą lekkich obyczajów i sportretował ją jako szukającą zemsty osobę, która miała problemy z alkoholem. O'Reilly w swojej książce przyznała po latach, że od Walsha nie otrzymała wystarczającego wparcia, gdy Armstrong atakował ją i pozywał. Brytyjczyka opisała jako dziennikarza ogarniętego manią "dorwania" Armstronga za wszelką cenę.

Dokument zahacza również o słyną rozmowę w szpitalu, która miała odbyć się w roku 1996, w toku walki Armstronga z chorobą nowotworową. Drużynowy kolega Armstronga, Frankie Andreu, i jego żona Betsy w 2005 roku zeznali pod przysięgą, że Armstrong w odpowiedzi na pytania lekarza już wtedy wyliczał środki dopingujące, które stosował w trakcie kariery, w tym EPO i hormon wzrostu.

Jeśli to uczyni ludzi szczęśliwymi, powiem że to miało miejsce. Ale będę także uczciwy i zaznaczę, że nie pamiętam by się to wydarzyło

– to odpowiedź Armstronga na pytanie o incydent w szpitalu.

Wcześniej, w rozmowie z Oprah Winfrey, Amerykanin odmówił odpowiedzi na to pytanie. W trakcie kariery pod przysięgą zaprzeczał by taka rozmowa w ogóle mogła dojść do skutku.

Nikt, kto bierze, nie jest uczciwy. To tylko możliwe jeśli bierzesz i nikt cię o to nie pyta. To nie jest realistyczne. Jak cię pytają, kłamiesz. Powtarzasz to kłamstwo ileś razy, potem wzmacniasz obronę, krzyczysz: "walcie, się, nigdy więcej nie zdawajcie mi tego pytania". Potem pozywasz kogoś... i całość w moim przypadku jest o wiele gorsza. Bo my wszyscy kłamaliśmy

– wspomina lata swojej obrony.

Przeczytaj również: Lance Armstrong. "Prawda jaką pamiętam"

Armstrong odniósł się też do Floyda Landisa, którego dopingowa konfesja rozpoczęła upadek legendy "Bossa".

Landis, który z Armstrongiem jeździł w latach 2002-2004, Tour de France wygrał w 2006 roku, po czym zdyskwalifikowany został za stosowanie testosteronu. Powrót w 2009 roku nie poszedł po jego myśli, a gdy nie otrzymał szansy powrotu na najwyższy poziom, w 2010 roku zdecydował się przerwać zmowę milczenia. Litanię grzechów opisał w mailach do prezydenta amerykańskiej federacji, a później mediów, przyznając się do stosowania dopingu i zarzucając byłym kolegom łamanie przepisów.

W dokumencie Zenovich, dyrektor sportowy Johan Bruyneel wyjaśnia, że już w 2009 roku zdawał sobie sprawę, że Landis to "tykająca bomba", ale zakontraktowanie go w Radioshacku oznaczałoby brak zaproszenia na Tour de France.

Armstrong przed kamerą podtrzymuje, że nie jest gotowy wybaczyć Landisowi. Mówi o nim z pogardą, twierdząc, że ten "budzi się codziennie czując się jak śmieć. To nie moja opinia, wiem, że tak jest".

Landis, dziś prowadzący biznes konopi indyjskich, w dokumencie niechętnie opowiada o swojej ścieżce w kolarstwie. Armstrongowi życzy odnalezienia spokoju w życiu.

Powrót i upadek

Temat powrotu i wyścigu Tour de France w roku 2009 poruszony zostaje tylko z wierzchu, ale Armstrong podtrzymuje wersję, że trzecie miejsce, za Alberto Contadorem i Andym Schleckiem, wywalczył bez stosowania dopingu. Wcześniej twierdził, że była żona, Kristin, wymogła na nim obietnicę, że do ścigania powróci bez dopingu.

Armstrong jeszcze przed dyskwalifikacją upublicznił wyniki badań krwi z lat 2009 i 2010, ale te nie wspierają jego tezy. Poziom hemoglobiny oraz hematokrytu podczas Touru spada, a następnie dwukrotnie rośnie, co odnotowują testy przeprowadzone po dniach przerwy. Równocześnie bardzo niski jest wskaźnik retikulocytów (młodych czerwonych krwinek). Eksperci antydopingowi po publikacji tych danych bili alarm, że prawdopodobieństwo takich zmian w organizmie bez stosowania dopingu krwi jest niemal zerowe.

[Doktor] Ferrari powiedział mi: "nie możesz przekroczyć linii, bo tym razem Cię dopadną"

– wspomniał Armstrong, potwierdzając, że w tym okresie współpracował z "doktorem Zło". Maile potwierdzające w 2012 roku opublikowała Amerykańska Agencja Antydopingowa (USADA).

Armstrong pytany również było o proces dyskwalifikacji i walki z USADA, która oferowała mu niższy wymiar sankcji w przypadku współpracy. Amerykanin odmówił i nie podjął walki, gdy Agencja zdyskwalifikowała go, a następnie upubliczniła całą dokumentację sprawy, w tym zeznania świadków.

Nie zmieniłbym nic. Opcje ugodowe nie doprowadziłyby mnie do punktu, w którym jestem dziś, siedząc przed tą kamerą. Ja potrzebowałem kataklizmu nuklearnego. I go dostałem

– tłumaczył.

Lance Armstrong w dokumencie "LANCE" dostał sporą platformę by budować narrację swojej zakończonej już dopingową banicją kariery. To już kolejna pozycja o karierze i upadku Teksańczyka, po filmach: "The Armstrong Lie" (2013), "Stop at Nothing: The Lance Armstrong Story" (2014), "The Program" (2015), "Tour de Pharmacy" (2017) oraz książkach: "Cycle of Lies" (2014) czy "The Program: Seven Deadly Sins - My Pursuit of Lance Armstrong" (2015). 

To zabrzmi okropnie, ale ja jestem ważny. Zawsze będzie "zhańbiony". Wiem, że tak będzie. Nie próbuję tego zmienić. To skomplikowane

– przekonuje Armstrong w dokumencie "ESPN".

Solidarność z Ullrichem

Jedynym kolarzem, którego Armstrong wyróżnił, jest Jan Ullrich. Niemiecki kolarz, zwycięzca Tour de France z 1997 roku i pięciokrotnie drugi kolarz "Wielkiej Pętli", przez lata był dla Armstronga głównym rywalem.

Amerykanin ze łzami w oczach wspominał rok 2018 i wizytę u Niemca, który w tym czasie walczył z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków oraz odpowiadać miał za agresywne zachowanie i pobicia.

Armstrong stwierdził, że Ullrich był najważniejszą osobą w jego życiu.

To okropna sytuacja. Jan jeździł w tamtej erze, był częścią tego szamba. Złapali go, wszystkich nas złapali. Pojechałem go zobaczyć, bo go lubię. Nikt mnie tak nie motywował nikt mnie tak nie przestraszył. Reszta, bez urazy, nie podnosili mi ciśnienia. On tak

– mówił o byłym rywalu.

Armstrong najlepiej przemyślał chyba kwestię traktowania przyłapanych na łamaniu zasad kolarzy. W rozmowie o odwiedzinach u Jana Ullricha Armstrongowi wyjątkowo brakowało wyrachowanego opanowania, z jakim zwykle się wypowiada.

Sytuacje Jana i moja są podobne. On miał to, co ja: żonę, dzieci, pieniądze. Ale to nie wystarczyło by przetrwać. Sport mu to zrobił a media pozwoliły mu to robić. Włochy gloryfikują Ivana Basso, dają mu robotę, zapraszają na wyścigi, do telewizji. On nie jest przecież inny niż reszta. Natomiast Marco Pantani został wyklęty, zniszczony przez prasę, wykopany ze sportu. I nie żyje. I on już k**** nie żyje.

Niemcy idealizują Erica Zabela, Rolfa Aldaga: dają im pracę, zapraszają na wyścigi, do telewizji. A opluli, szkalowali i zniszczyli życie Jana Ullricha. Po co?

Amerykanie gloryfikują George'a Hincapiego, dają mu pracę, zapraszają go na wyścigi, kupują jego produkty. A szkalują i niszczą mnie. Dlatego pojechałem. Bo to jest jeden wielki nonsens.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając błędny fragment tekstu i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: