Giro d'Italia 2019. Poślizg Yatesa i Lopeza na czasówce

Simon Yates (Mitchelton-Scott) i Miguel Angel Lopez (Astana) o wczorajszej czasówce Giro d'Italia będą chcieli szybko zapomnieć.

O ile po wielu zawodnikach spodziewano się większych strat, o tyle 26-letni Brytyjczyk nie należał do tego grona. Co prawda jazda na czas nie jest jego specjalnością, lecz zwycięstwo na takim odcinku w ramach Paryż-Nicea i drugie miejsce na otwierającej próbie w Bolonii dawały pewne powody do optymizmu.

Brytyjczyk przed startem wyścigu był bardzo pewny siebie, na konferencji prasowej Mitchelton-Scott odpowiadał półzdaniami, a jego buńczuczne zapowiedzi stały niemal w kontraście do narracji wyciągania wniosków z roku ubiegłego. Rzucone nieuważnie słowa o tym, że rywale powinni łapać rolkę papieru toaletowego na sam widok jego i jego zespołu, skłoniły do reakcji Vincenzo Nibalego, który młodziana poprosił o okazywanie większego szacunku rywalom. Duet szybko topór wojenny zakopał, Yates stwierdził, że nie chciał nikogo obrazić, a Nibali z uśmiechem przyznał, że szczypta "papryczki" w wywiadach nie jest zła.

Yates wydawał się zatem być w formie, a pagórkowata końcówka wczorajszego odcinka powinna była dać mu szanse walki z najlepszymi. Nic z tego. Lider australijskiej ekipy zajął ostatecznie 31. miejsce, notując ponad trzy minuty straty do zwycięskiego Primoza Roglica (Jumbo-Visma) i spadając w klasyfikacji generalnej z 15. na 24. lokatę.

Kolarz z angielskiego Bury ewidentnie dziś nie poradził sobie najlepiej, a po zakończeniu podkreślił, że zabrakło mu mocy.

To był kiepski przejazd. Na płaskim odcinku szło dobrze, ale gdy chciałem depnąć na podjeździe, nie miałem sił. Po prostu tak bywa. Trzeba wymyślić nową strategię i o tym myśleć. Jest jeszcze wcześnie, przed dzisiejszym etapem tylko raz walczyliśmy, i to na prologu. Poza tym było niemal całkiem płasko. Nie mogę się doczekać gór, bo chcę zobaczyć, na co nas stać

– podkreślił.

fot. LaPresse - D'Alberto / Ferrari / Paolone / Alpozzi

Stratę zanotował również Miguel Angel Lopez. Kolumbijczyk, który nie od dziś znany jest jako słaby czasowiec, na 35-kilometrowym odcinku zanotował dziś czas gorszy od zwycięzcy o 3 minuty 45 sekund, spadając w generalce z 17. na 27. pozycję.

25-latek w tym tygodniu wkroczy na bardziej sprzyjający mu teren. W czwartek peleton wjeżdża bowiem w wysokie góry, w których niski kolarz Astany czuje się jak ryba w wodzie. Kolarze pokonali już większość z przewidzianych na tę edycję kilometrów walki z czasem – ostatni taki etap czeka dopiero ostatniego dnia, na ulicach Werony.

Miguel Angel miał defekt tuż po starcie, na płaskim i krętym odcinku, szybko notując stratę. Walczył na podjeździe, gdzie nie było najgorzej, ale ogólnie stracił dużo. To był po prostu zły dzień, przegraliśmy etap, ale nie przegraliśmy wyścigu. Giro kończy się w Weronie i przed nami kilka dni rywalizacji, w tym wszystkie główne górskie odcinki. On wciąż jest naszym liderem na tę imprezę i będziemy walczyć

– tłumaczył Aleksander Winokurow, manager ekipy Astana.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając błędny fragment tekstu i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: