Wojciech Pszczolarski: "Nadchodzi godzina zero"

O łączeniu rywalizacji na torze i na szosie, o sytuacji polskiej kadry torowej oraz o nadchodzącej "godzinie zero", czyli rozpoczęciu kwalifikacji do igrzysk olimpijskich w Tokio opowiadał nam Wojciech Pszczolarski.

Wojciech Pszczolarski jest jednym z czołowych polskich kolarzy torowych. Na swoim koncie ma liczne medale mistrzostw kraju, Europy i świata. W 2015 roku sięgnął po tytuł mistrza Europy w wyścigu punktowym, a dwa lata później - w tej samej konkurencji - zdobył brąz mistrzostw świata. Równie dobrze radzi on sobie w madisonie, w którym od 2016 roku rywalizuje w parze z Danielem Staniszewskim. Przed rokiem na mistrzostwach Europy wywalczyli wspólnymi siłami brązowy medal w tej konkurencji, którego przyjdzie im bronić już za kilka dni w Glasgow.

To tyle, jeśli chodzi o suche wyniki, które po krótce przedstawić mogą mojego rozmówcę. Zdecydowanie lepiej poznać Wojtka Pszczolarskiego można z poniższej rozmowy. Dowiecie się z niej nieco o jego kolarskich początkach, o trwającej już 5 lat współpracy z czeskim zespołem Pardus - Tufo Prostejov oraz o tym, jaka atmosfera panuje obecnie w torowej kadrze Polski. Z typowym dla siebie spokojem i dystansem Wojtek opowiadał o tym, jak zamieszanie wokół Polskiego Związku Kolarskiego wpłynęło na torowe środowisko i jak wygląda sytuacja obecnie. Lada dzień rozpoczynają się bowiem dwuletnie kwalifikacje do igrzysk olimpijskich w Tokio, na których polscy kolarze mają szanse powalczyć o niejeden sukces... o ile dane będzie im się do tego wydarzenia odpowiednio przygotować.

fot. Martyna Maria

Zaczęło się od toru, czy od szosy?

Zacząłem od szosy. Kiedy to było... W sumie to od przełaju zacząłem. Tak, tak naprawdę pierwszy był przełaj w Kędzierzynie-Koźlu. Później była szosa, bo to był już sezon letni, a na torze pojawiłem się po raz pierwszy w juniorze młodszym we Wrocławiu. Który to rok był? Nie pamiętam, chyba 2006.

I na co teraz bardziej stawiasz?

Ogólnie lubię szosę, bo można potrenować i fajnie się pościgać. Lubię też trenować po górach. Choć może wyścigi mi po górach nie idą tak dobrze, z racji tego, że dużo startów mam na torze właśnie. Niemniej jednak to szosa jest lepsza niż ten tor. Treningi na torze są monotonne, troszkę nudne. Na torze wolę wykonać zadania i się zwijać, nie siedzieć tam bezczynnie i jeździć dookoła tylko po to, żeby jeździć.

Z kolei na torze są przede wszystkim wyniki... Oczywiście jeśli o mnie chodzi. Dlatego też siedzę w tym. Mam już wyrobiony pewien poziom, markę na zawodach. Trzymam się tego, z tym wiąże też udział w igrzyskach olimpijskich w Tokio, na które - mam nadzieję - jako polska reprezentacja dostaniemy się w jak największym składzie.

Jak wygląda u Ciebie łączenie tych dwóch dyscyplin?

Łączenie polega tak naprawdę na tym, że mój sezon trwa niemalże cały rok. Sezon letni, szosowy trwa powiedzmy od marca do października. Pod koniec zazębia się on już z sezonem torowym, który trwa do marca. Na przełomie lutego i marca przeważnie są mistrzostwa świata na torze, które kończą tę część kalendarza. I tak oto sezon kręci się w kółko. Trzeba jednak znaleźć też czas na jakąś przerwę. Znajduję zazwyczaj taką chwilę po jesiennych mistrzostwach europy i później na koniec marca, już po mistrzostwach świata. W związku z tym bywa, że nieco później wchodzę w kolejne okresy startowe.

Co jeździsz na torze?

Jestem kolarzem średniodystansowym i na torze obecnie startuję głównie w madisonie i wyścigu punktowym, które - z mojego punktu widzenia - wiele się nie różnią. Oba rozgrywają się na punkty. Jeden jest o 40 okrążeń dłuższy podczas tych mistrzowskich czy pucharowych imprez - madison to 200 rund, wyścig punktowy 160. Główna różnica między nimi jest taka, że w madisonie jedzie się we dwóch. To zawsze daje szansę, że w razie chwili kryzysu kolega może pociągnąć dłużej zmianę. Na pewno się uzupełniamy.

Razem z Danielem Staniszewskim jeździmy razem madisona od mistrzostw Europy w Paryżu w 2016 roku. To był nasz pierwszy wspólny start w Paryżu, zajęliśmy tam 7. miejsce, więc jako debiut to był dobry wynik. Tym bardziej, że tu nie wystarczy mieć dobrej nogi. Trzeba się "nauczyć siebie" i zgrać z partnerem. Zaledwie rok później zdobyliśmy brązowy medal mistrzostw Europy. Zajęliśmy też 3. miejsce w Pucharze Świata w Manchesterze w tym samym roku i mielimy też kilka sześciodniówek. To wszystko bardzo nam pomogło i teraz już jesteśmy bardzo zgrani, a te nasze początkowe błędy zostały wyeliminowane. Wciąż jednak jeszcze trochę nam brakuje - chyba głównie odpowiedniej techniki - żeby konkurować z największymi rywalami, parami z Belgii czy Hiszpanii.

Mamy teraz w torowej kadrze "powiew młodości". Pojawiło się sporo młodych i bardzo obiecujących zawodników. Jak Ci się z nimi współpracuje?

Można powiedzieć, że przeżyłem tak naprawdę koniec jednej dużej grupy. Później był taki okres przejściowy, gdzie byłem tylko ja i Adrian Tekliński i jeszcze czasem Mateusz Nowak. Teraz mamy czas wejścia tej młodej grupy "niesamowitych 19-latków", jak to nazwali chłopacy sami siebie. I przyznam, że od momentu, gdy przyszli ci młodzi, mentalnie odmłodniała razem z nimi cała kadra. Mam też takie wrażenie, że nawet trener Jacek Kasprzak poczuł większy luz, większy spokój pracy i naprawdę wszystko zaczęło się układać.

Ta atmosfera w kadrze zrobiła się taka, że "nie musieliśmy", ale po prostu "chcieliśmy wygrywać". Tak jeden drugiego ciągnął, jeden drugiego pchał. Przyszli młodzi i pokazali, że też są mocni, więc my, starzy musieliśmy się troszkę bardziej jeszcze spiąć, żeby nie zostać wyeliminowanym. No a co to dało? Dało to, że mamy teraz i mistrzostwo świata Szymona Sajnoka i rekord Polski na 4 kilometry. Zaczęliśmy po prostu się liczyć w każdej konkurencji w wyścigach torowych, co widać po rankingach światowych UCI, gdzie w 2017 roku wszystkie cztery konkurencje średniodystansowe indywidualne w męskiej elicie wygrał Polak.

Mamy dobrą atmosferę. Chłopaki, jak choćby Szymon Sajnok czy Daniel Staniszewski, dbają o nasz nastrój, o nasz humor. Każdy się wspiera, kibicuje się drugiemu koledze. Każdy ma też świadomość, że nie jest niezastąpiony w tej kadrze. Każdy z nas ma tu jakąś swoją rolę, ale wszystkim przyświeca jeden cel - wszyscy chcemy pojechać od Tokio, najlepiej całą ekipą.

Budujecie atmosferę, budujecie swój zespół. Sytuacja w Polskim Związku Kolarskim na pewno Wam w tym nie pomogła. Jak to na Was wpłynęło?

To jak cała ta sprawa na nas wpłynęła można było zobaczyć w Apeldoorn na mistrzostwach świata. Widać to było po naszych wynikach, gdzie po obiecującej końcówce 2017 roku – mistrzostwach Europy, Pucharach Świata - wszystko się posypało. Przyszła ta cała afera i tak naprawdę każdy na własną rękę się przygotowywał do tych mistrzostw w Holandii. Chłopaki z CCC byli w o tyle lepszej sytuacji, że mają dobrą ekipę, która zapewniła im odpowiednie warunki. Siedzieli prawie całą zimę w Calpe i spokojnie trenowali. Ja z Danielem jeździliśmy po sześciodniówkach i to co uzbieraliśmy na tych imprezach inwestowaliśmy w kolejne wyjazdy na zgrupowania. Tak te przygotowania wyglądały i tak to się na nas odbiło. Robienie na szybko jakiegoś zgrupowania kadry na dwa czy trzy tygodnie przez mistrzostwami, tak jak to miało miejsce, to trochę za późno, żeby coś wypracować i żeby atmosfera odpowiednia była. Mamy jednak nadzieję, że to wszystko już za nami i że coś takiego nie wróci. Albo chociaż nas, zawodników ominie.

A coś się zmieniło od tego czasu?

Po ostatniej zimie na pewno ucichło. Myślę, że powoli się to układa. Wiadomo, że łatwiej jest coś zburzyć niż zbudować - zawsze tak było, takie jest życie. Odbudowanie wizerunku PZKolu na pewno potrwa trochę. Nowe władze starają się zapanować nad tym, zadbać o dobre relacje z Ministerstwem Sportu i Turystyki, a poprzez współpracę z Polskim Komitetem Olimpijskim ten Polski Związek Kolarski jakoś teraz funkcjonuje. Póki co możemy się przygotowywać w miarę spokojnie do mistrzostw Europy.

fot. Agnieszka Małgorzata Torba / Młoda Photography

Zmieniamy temat. Wspomniałeś wcześniej o sześciodniówkach - wyjaśnij, czym one w ogóle są?

Sześciodniówka to jest taka komercyjna impreza. Jest kilkunastu sponsorów, którzy wykładają pieniądze na taką imprezę i każdy z nich wystawia swój team. Tak jak widać to w telewizji, jest to zrobione z wielkim "łał", jest bardzo widowiskowe i tak właśnie ma to wyglądać.

Bardzo trudno było się tam dostać. My kilka lat próbowaliśmy i udało się dopiero wtedy, jak przyszły te wyniki na torze. Pojawiły się wtedy obok nas osoby zainteresowane tym, żeby wprowadzić - jak to nazwali - nieco egzotyczne kraje do rywalizacji w madisonie. Bardzo zależało im też na Polakach i koniec końców udało się nam wejść do tego środowiska. Mamy teraz razem z Danielem menadżera z Niemiec, który zajmuje się naszymi sprawami odnośnie tych konkretnych startów - całej serii Six Days, ale także tych pojedynczych wydarzeń jak sześciodniówki w Gent, czy w Rotterdamie.

Lubisz taką rywalizację?

Lubić lubię, bo jest to bardzo fajna impreza, bardzo dobrze przygotowana. Ma swoją specyfikę, np. specjalnie ograniczają nam obroty, żeby było troszkę ciężej, ale żeby też nie było aż tak szybko. Jest teraz ta moda na wielkie tarcze na torze - gdzieś naukowo to obliczyli, że daje to lepsze watty - no a na tych sześciodniówkach ograniczają nam obroty, żebyśmy szybciej kręcili, ale żebyśmy jednocześnie nie za szybko kończyli wyścigi. Spokojnie mogę to porównać do naprawdę ciężkiej etapówki siedmiodniowej. Po trzecim dniu już tylko się czeka, aż przyjdzie ten ostatni madison, który z resztą trwa przeważnie godzinę.

Na jakiej zasadzie działa Twoja grupa Padrus - Tufo Prostejov?

Ekipa jest zarejestrowana w Międzynarodowej Unii Kolarskiej jako kontynentalna szosowa. Ma dwóch głównych sponsorów: producenta rowerów Pardus oraz Tufo, czyli producent ogumienia i kół. A tor w ekipie pojawił się ze względu na to, że tor kolarski jest w samym Prostejovie. Klub działający przy welodromie ma ogromne tradycje, istnieje już ponad 130 lat i od wielu lat organizuje zawody rangi UCI. Tak jak teraz u nas było Grand Prix Polski, tak samo na początku maja jest Grand Prix Czech. Ogólnie można powiedzieć, że w Czechach to kolarstwo torowe też w dużej mierze Prostejovem stoi właśnie.

Ja do ekipy trafiłem w 2014 roku. W momencie, kiedy kontaktowałem się z Michałem Mráčkiem z klubu, to myślałem o grupie szosowej, która także będzie mi dawała możliwość startów na torze. Szybko dogadaliśmy się podczas wyścigu torowego w Prostejovie i tak już zostało. Mija 5 lat jak jestem w zespole i naprawdę nie narzekam i nie żałuję tej decyzji, bo jest naprawdę stabilnie i słownie.

A co z kalendarzem? Masz jakiś indywidualny plan startów?

Jeśli chodzi o kalendarz startów, to bazujemy na szosie i ja też za bardzo nie chcę ingerować w ten kalendarz wyścigami torowymi. W zimie mamy dość tego toru, a jako średniodystansowiec potrzebuję głównie szosy, bo bez szosy - według mnie - nie ma szans zaistnieć w średnim dystansie w kolarstwie torowym. Mogę podać za przykład Greka Christosa Volikakisa, który przeszedł ze sprintu na średni dystans i teraz, w letnim sezonie, bryluje na torach kolarskich, ale przychodzi sezon zimowy i on jest dalej na tym samym poziomie, co jest teraz, a szosowcy wybijają się z dużo lepszą formą, bo przepracowali lepiej te kilka miesięcy poprzez szosę.

Dlatego też w sezonie szosowym unikam tego toru. Jeżdżę takie minimum, tyle co jest tych zawodów, na których punkty można zdobyć, żeby w rankingu UCI nie spaść. Bo z kolei od rankingu są zależne później kwalifikacje do Pucharów Świata, więc trzeba mieć to na uwadze. Są to więc dwa, trzy, może maksymalnie cztery starty latem.

fot. Szymon Sikora

Przed Tobą rozpoczęcie kwalifikacji do igrzysk olimpijskich. Jak bardzo jesteś zmotywowany?

"Godzina zero" w Glasgow na mistrzostwach Europy już niebawem, na początku sierpnia. Jestem na pewno bardzo zmotywowany. Do Glasgow jadę choćby po to, by obronić z Danielem ten brązowy medal w madisonie. Chcemy też odbić sobie trochę też tę porażkę, blamaż z Apeldoorn.

No a druga rzecz – zaczynają się kwalifikacje do igrzysk w Tokio. Tak naprawdę zaczynają się dwa długie lata wielkiego boju o te igrzyska, na które pojedzie tylko 16 par z całego świata. Będzie ciężko przez te dwa lata, ale na pewno nie zamierzamy się poddać, bo - jak widać - jesteśmy w dobrej sytuacji i w dobrym miejscu, choćby w rankingu w madisonie.

Co będzie najważniejsze teraz, w najbliższej przyszłości?

Przede wszystkim teraz torowe mistrzostwa Europy, potem wracamy jeszcze na szosę, aby dokończyć sezon. Mam w planie jeszcze wyścig Dookoła Węgier, który rozgrywany jest zaraz po mistrzostwach Europy. A później zaczynają się starty w torowych Pucharach Świata już. Pierwszy jest w Paryżu, później jest w Kanadzie drugi. Ten niestety koliduje trochę terminem z sześciodniówką w Londynie, więc tutaj będziemy podejmować, wspólnie z trenerem Jackiem Kasprzakiem, decyzje odnośnie planów startowych. Tutaj jest ten plus, że do rankingu olimpijskiego liczyć się będzie sześć najlepszych, spośród dwunastu Pucharów Świata [po trzy z jednego sezonu - dop. red.], więc zawsze można pozwolić sobie na to potknięcie lub ominąć jakieś zawody. Można wystawić drugi skład, który też może powalczyć i zdobyć punkty, wcale nie gorsze niż zdobyłby ten pierwszy duet. Ale decyzje dopiero przed nami. Musmy usiąść z trenerem i ustalić kalendarz. Na pewno są już też pierwsze zaproszenia na sześciodniówki, więc także będziemy brać pod uwagę.

PZKol rozmawia w ogóle z Wami o tych przygotowaniach? 

Jeśli chodzi o rozmowy z Polskim Związkiem Kolarskim na temat planów na sezon zimowy, to te rozmowy ograniczają się tak naprawdę tylko do rozmów z trenerem Kasprzakiem. Póki co jest mowa tylko o Glasgow. Jakieś dalsze plany ponoć są, ale zobaczymy co z tego wyjdzie. Plany były także ostatniej zimy, a wypaliły jak wypaliły.

To może warto byłoby spotkać się z Zarządem PZKolu i ustalić wspólny plan działań?

Na pewno byłoby to o wiele wygodniejsze dla nas, gdyby ktoś z Zarządu usiadł z nami, porozmawiał i powiedział, jakie są plany federacji w stosunku do zawodników, jakie są też oczekiwania względem nas. Na pewno byłoby to lepsze niż przekazywanie wszystkich informacji jedynie przez trenera, choć nie wiem, czy oni nawet z trenerem rozmawiają. Nie pytamy się o to. Trener nam przekazuje informacje jakie posiada.

Teraz, na 2 lata przed igrzyskami, dobrze byłoby się razem spotkać. Wyłożyć karty na stół. Powiedzieć, jaki mamy budżet, jakie możliwości, jakie wszyscy mamy ambicje i wspólnie ustalić, jak zrobić, żeby do Tokio pojechała jak największa kadra torowa. Dostaliśmy od ministerstwa sportu szansę, zaliczono kolarstwo torowe do grupy A, tzw. dyscyplin "medalodajnych". Na pewno ministerstwu, tak samo jak i nam, zależy, żeby z igrzysk w Tokio przywieźć jak najwięcej medali. W Rio padł rekord, zdobyliśmy w kolarstwie dwa medale - jeden na szosie, jeden w MTB. Tymczasem mamy w Pruszkowie nasz tor kolarski, zaczyna to coraz lepiej funkcjonować, mamy coraz lepsze wyniki z roku na rok, mamy teraz mistrza świata w konkurencji olimpijskiej, więc czemu nie przywieźć choćby jednego medalu? Choć osobiście uważam, że mamy szanse na wiele więcej tych krążków w Tokio. Czemu kolarstwo torowe nie miałoby zostać po tych igrzyskach wielkim "odkryciem" polskiego sportu?

Puchar Świata w Pruszkowie pokazuje, że jest potencjał jeśli chodzi o zainteresowanie ludzi tą dyscypliną.

To była bardzo udana impreza. Niewątpliwy sukces marketingowy i sukces organizacyjny. Teraz przed nami mistrzostwa świata w Pruszkowie, w 2019 roku, więc miejmy nadzieję, że choćby dorównają temu Pucharowi. Wiem, że są pewne problemy, ale głupio by było, gdyby nagle trzeba było zmienić miejsce rozgrywania tych mistrzostw. To byłby wielki cios nie tylko dla Polskiego Związku Kolarskiego, ale także dla nas, zawodników, byłoby to ciężkie psychicznie. Jeździmy na różne Puchary, z powodzeniem w nich rywalizujemy, ale sami nie potrafimy zorganizować takich zawodów.

Porównując ten Puchar Świata w Pruszkowie do innych, to uważam, że był naprawdę konkurencyjny. Oczywiście dla mnie, jako dla Polaka, dodatkową wartością było to, że rozgrywaliśmy go "u siebie", w Pruszkowie. Z tego względu to był najlepszy Puchar, w jakim startowałem.

Dobrze się jeździ przy swoich kibicach.

Dokładnie. I sądzę, że potrzebujemy więcej takich imprez przy pełnych trybunach w Polsce. Ja już mam na tyle doświadczenia, że jak jadę gdzieś za granicę na duże zawody, to już nie mam takiej tremy jak kiedyś. Nie czuję już tak tej presji, nie ma takiego zdenerwowania. Myślę, że w Hongkongu się tego pozbyłem, po tym wyścigu punktowym, w którym zdobyłem brązowy medal. A mimo to w Pruszkowie podczas madisona nie było mi łatwo. Pierwsze 20 rund trudno mi się jechało, bo pierwszy raz miałem sytuację, gdzie z każdej strony z trybun słyszałem "Jedziesz Pszczoła, dawaj!". Na innych torach się z tym nie spotykamy. Zazwyczaj najwyżej ktoś z polskiego boksu ze śródtorza do nas krzyczy, a tam w Pruszkowie co kilka metrów był ktoś, kto mnie dopingował. Początkowo byłem tym lekko speszony, ale później wyłączyłem się już z tego i zaczął się prawdziwy wyścig.

I takie doświadczenia także są nam bardzo potrzebne w tych przygotowaniach i w rozwoju. Nawet w kontekście samych igrzysk, bo te są raz na cztery lata, ale tak naprawdę dla całej naszej kadry średniego dystansu, niezależnie kto pojedzie, będzie to debiut. A debiuty zawsze są trudne psychicznie. Więc takie starty przy własnej, licznej publiczności pozwoliłyby nam się oswoić z taką presją. To wszystko ma znaczenie. Człowiek przygotowuje się przez kilka lat, buduje to wszystko, a później jeden szczegół może odbić się - dobrze lub źle - podczas tych najważniejszych zawodów, podczas tej imprezy czterolecia.

Kolarstwo uczy cierpliwości? 4 lata szykujesz się do jednej, jedynej imprezy...

Zdecydowanie. Kolarstwo uczy cierpliwości. To jest taki sport, gdzie 100, albo i 200 razy musisz przegrać, żeby raz wygrać. To jest sport bardziej porażek, za to można raz wygrać, ale porządnie. I zdobyć medal.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: