Kolarskie historie Piotra Ejsmonta. Tour de France i Jean Stabliński

O pierwszych polskich śladach w Tour de France pisze Piotr Ejsmont. Bohaterem ostatniej z przywoływanych historii jest Jean Stabliński.

Jean Stabliński został zawodowcem w 1953 roku. Podpisał kontrakt z firmą Gitane. Jak wszyscy Francuzi, także on bardzo chciał wystartować w Tour de France. Realne szanse na spełnienie jego marzeń pojawiły się jednak dopiero rok później.

Jean miał wtedy 22 lata. Droga do któregoś z zespołów regionalnych prowadziła przez uzyskanie jakiegoś dobrego wyniku wiosną. Pierwsze próby Jean niestety przegrał. Wycofał się z Criterium Dauphine oraz z Tour du Nord. Ostatnią szansa był wyścig Paryż–Burges, który rozegrano 21 czerwca. Stabliński zabrał się do dobrej ucieczki, zaatakował na końcowym podjeździe pod Marceau i wygrał wyścig z przewagą 20 sekund. Drzwi do drużyny Nord–Est–Centre otworzyły się przed nim. W domu było święto z tej okazji.

W jego zespole jechał również syn innych polskich emigrantów, Jean Marie Cieleska, a w zespole Ille de France był jeszcze Stanisław Bober. Jak na debiutanta, Stabliński szybko oswoił się z wyścigiem. Na 5. etapie z Caen do Saint Brieuc od peletonu odjechała ucieczka 15 kolarzy, z których najbardziej znany był Szwajcar Ferdi Kubler.

Wielki mistrz znany nie tylko ze wspaniałych zwycięstw, ale także z umiejętności handlowych. Peleton nie był daleko, a Ferdi bardzo chciał tego dnia wygrać etap. Podjechał do każdego ze współtowarzyszy ucieczki, ze Stablińskim włącznie, i każdemu zaproponował za pomoc kwotę 50 000 franków. Całkiem niezłe pieniądze. Nic zatem dziwnego, że Kubler znalazł 14 walecznych pomocników, którzy do samej mety z radością wypruwali sobie dla niego żyły, a potem bez walki oddali mu zwycięstwo. Wieczorem jeden z nich, Roger Hassenforder, udał się po wypłatę do pokoju hotelowego Kublera. Ferdi był lojalny, słowo się rzekło i od razu położył na stół 50 000 franków... ale ta kwota była dla wszystkich pomocników, a nie dla każdego z osobna. Stabliński pobrał pierwszą lekcję kolarskich układów.

Potem, na etapie do Bayonne, zajął po ucieczce 3. miejsce. Powtórzył ten wynik na 13. etapie do Tuluzy. Niestety na 3 dni przed zakończeniem wyścigu, na trasie do Epinal, najadł się lodów i śliwek. Tak mocno rozbolał go brzuch, że musiał wycofać się z wyścigu. Większe szczęcie czekało go na koniec roku, kiedy ożenił się z Gienią.

Cykl "Kolarskie historie Piotra Ejsmonta" od lat stanowił nieodłączny element portalu Pro-Cycling.org. Zakurzone przez upływ lat historie z kolarskiej przeszłości przywoływał Piotr Ejsmont, którego na gościnne występy kontynuujemy po fuzji portali.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: