Wyzwania przy organizacji wyścigów - wywiad z dyrektorem Tour de Suisse

O wyzwaniach stojących przed organizatorami wyścigów kolarskich rozmawiamy z dyrektorem Tour de Suisse Oliverem Sennem.

Konkurencja pomiędzy imprezami w kolarskim kalendarzu staje się co raz ostrzejsza. O udział gwiazd biją się już nie tylko wyścigi z cyklu WorldTour, ale nierzadko muszą również konkurować z imprezami niższej rangi. Wspierany przez Międzynarodową Unię Kolarską (UCI) proces globalizacji kolarstwa i wprowadzanie zawodów z najróżniejszych zakątków świata, również wpływa na kondycję europejskich wyścigów z długimi tradycjami.

Do tego dochodzą plany UCI dotyczące poważnej reformy kalendarza. O tym, jak w takim klimacie organizuje się jeden z największych wyścigów, rozmawiamy z dyrektorem Tour de Suisse, Oliverem Sennem.

Jaka była Pana ścieżka do dyrektora Tour de Suisse?

Sam byłem zawodowym kolarzem w latach 90. XX wieku, potem byłem dyrektorem sportowym, ale zająłem się organizacją wyścigów kolarskich w Szwajcarii, takich jak wyścigi krajowe i mistrzostwa Szwajcarii w 2000 roku w mojej rodzinnej miejscowości Gansingen. Od 2005 do 2014 byłem odpowiedzialny za GP du canton d’Argovie w Szwajcarii. Od 2012 roku byłem odpowiedzialny za rejon startu Tour de Suisse, a w 2013 roku poproszono mnie bym przejął zarządzanie całym wyścigiem przez Infront Ringier, które miało przejąć wyścig od IMG w 2015 roku. Sądzę, że na ścieżkę prowadzącą do dyrektora Tour de Suisse złożyło się moje doświadczenia jako organizatora, ale również sieć kontaktów w samym sporcie.

Czy kariera zawodnicza pomaga organizować lepsze wyścigi?

Zdecydowanie! Nie dotyczy to wyłącznie ścigania i bezpieczeństwa, ale również potrzeb i logistyki zespołów. To czasem bardzo wymagające, ale dobrze wiedzieć wszystko od samego początku. Ale to tylko część, zdecydowanie większa część to zdolności do zarządzania projektem i oczywiście sieć kontaktów i polityczne zrozumienie.

Czy organizowanie wyścigów w Szwajcarii to wyzwanie? Miasta garną się do udziały? Jakie są kryteria?

To wyzwanie na kilku różnych poziomach. Pierwszy to rynek sponsorski, który zmienił się na przestrzeni ostatnich lat i musimy się do niego dostosować, żeby móc zaoferować naszym partnerom to, czego oczekują. Kolejnym wyzwaniem są goszczące nas miasta. Potencjalnie mamy wystarczająco dużo rejonów turystycznych dla miast etapowych, ale nie możemy jeździć wyłącznie w górach. O wiele trudniej jest znaleźć miasta położone w miejskich częściach kraju, gdzie jest bardzo dużo widzów. Rosnącym problemem staje się też zamykanie dróg na czas wyścigu przez poszczególne kantony. Presja polityków nakazuje traktować wszystkie wydarzenia sportowe w ten sam sposób, ale nie można przecież porównać wyścigu kolarskiego biegnącego przez cały kraj z meczem piłki nożnej czy meczem hokeja na lodzie.

fot. Jakub Zimoch/rowery.org

Wizyty narodowych wyścigów poza granicami krajów to ostatnio gorący temat. Jakie jest Pańskie wytłumaczenie na organizację etapów za granicą, podczas gdy wiele miejsc w kraju nie jest odwiedzanych przez wyścig?

Odwiedzaliśmy Austrię na przestrzeni ostatnich 3 lat, ale w tym roku nie wyjeżdżamy poza granice Szwajcarii. Możemy zorganizować 1 z 9 dni poza granicami, ale nie więcej, jak Wielkie Toury. Oczywiście wszystkie te wydarzenia mają czysto ekonomiczne podłoże i przez to ciężko je zrozumieć z zewnątrz.

Odczuwacie presję ze strony Tour de Romandie? Czy to dobry pomysł, żeby w małym kraju jak Szwajcaria mieć dwa wyścigi z najwyższej półki?

Współzawodnictwo o miasta etapowe jest bardzo duże we francuskojęzycznej części Szwajcarii. Jest nam bardzo ciężko o nie walczyć, co jest nieco smutne. Jako narodowy wyścig chcielibyśmy odwiedzić wszystkie rejony Szwajcarii każdego roku, ale nie udaje nam się znaleźć miast etapowych. Szczerze uważam, że Szwajcaria ma zbyt wiele dni wyścigów WorldTour w porównaniu z innymi krajami, ale oczywiście rozumiem, że ani oni, ani my nie chcemy oddać tych dni i chcemy pozostać niezależni. Nawet jeśli ja jestem zawsze otwarty na dyskusje i nowe podejście, muszę przyznać, że nasi koledzy z francuskojęzycznej części Szwajcarii wolą utrzymać starą sztukę kolarstwa.

Pomówmy teraz o wyzwaniach jakie czekają na niezależnych organizatorów wyścigów.

Największym problemem jest zostanie wysłuchanym przez międzynarodowe organizacje. Oczywiście, UCI rozmawia przede wszystkim z dwoma dużymi organizatorami: ASO i RCS, więc cały czas musimy walczyć o nasze potrzeby i prawa. Nawet wewnątrz stowarzyszenia organizatorów, które działa w naszym imieniu w niektórych sprawach z UCI, nasza pozycja jest bardzo słaba i przez to wymaga to od nas sporo energii.

Jaka jest presja ze strony dużych organizatorów jak ASO czy RCS?

Nie mamy bezpośredniej presji z ich strony, ale oczywiście w każdej sytuacji dotyczącej organizatorów wyścigów oni dbają wyłącznie o swój interes. Na przykład, przez 3 lata staraliśmy się przesunąć Tour de Suisse o 1 tydzień do przodu, ponieważ co 2 lata terminy pokrywają się z dużymi turniejami piłki nożnej, a za rok z Europejskimi Igrzyskami. Przesunięcie wyścigu oznaczałoby pokrycie się z Dauphine. Nie mamy szans w PCC (Professional Cycling Council, ang. Radzie Kolarstwa Zawodowego), bo ASO wywiera odpowiednio dużą presję na UCI i AIOCC (Stowarzyszenie Organizatorów Wyścigów Kolarskich). Nie boję się ASO, ale muszę być realistą i uznać fakt, że patrzą wyłącznie na swoje interesy i wywierają olbrzymią presję na UCI, żeby dostać to, czego chcą.

UCI robi wiele, żeby uczynić kolarstwo sportem globalnym, jednak jakie są jej działania by pomóc i utrzymać wyścigi takie jak Tour de Suisse?

Nie robią zbyt wiele. To jest bitwa, którą musimy stoczyć sami. Muszę powiedzieć, że w naszej gestii leży rozwinięcie wyścigu w imprezę atrakcyjną dla zespołów, sponsorów i widzów. Oznacza to, że musimy stworzyć bardziej atrakcyjne ściganie, więcej cyfrowego uroku i więcej imprez towarzyszących. Nad wszystkimi pracowaliśmy ciężko w ostatnich latach.

Myśli Pan, że globalizacja kolarstwa to dobra rzecz czy wolałby Pan raczej dbać o wyścigi z długą historią?

Oczywiście to świetna sprawa, to najpiękniejszy sport i musimy go propagować na całym świecie. Jestem również dyrektorem Tour of Guangxi w Chinach i widzę, co kolarstwo oznacza w Azji. Więc my, europejscy organizatorzy, musimy pracować z otwartymi umysłami i być częścią rozwoju naszego sportu, raczej niż tylko chronić to, co mieliśmy przez ostatnie 100 lat.

UCI planuje zreformować kalendarz, skrócić wyścigi czy zmniejszyć liczbę zawodników w drużynach. Czy organizatorzy mają coś do powiedzenia w tym procesie? Czy ktoś was słucha?

Oficjalnie zgłaszamy swoje zdanie przez stowarzyszenie organizatorów. Niestety z pojedynczymi organizatorami nikt z UCI nic nie konsultuje. Więc w naszymi imieniu negocjuje niewielka grupa ludzi. To bardzo nieszczęśliwa sytuacja, która oznacza, że musimy się bardzo starać, żeby być usłyszani. Chciałbym bardzo zobaczyć plany tej reformy, gdy w końcu zostaną opublikowane.

Tour de Suisse przez lata było nazywane "czwartym Wielkim Tourem", ale w ostatnich latach straciło coś ze swojego uroku, a wyścig stara się odzyskać swoją tożsamość i zyskać nowych widzów. Jaki jest Pana cel? Chce Pan odzyskać pozycję "czwartego Wielkiego Touru" czy szuka Pan czegoś nowego? Jak zamierza Pan to osiągnąć?

Jesteśmy czwartym tourem ponieważ trwamy 9 dni, co oznacza że jesteśmy najdłuższym wyścigiem w WorldTourze zaraz po Wielkich Tourach. Ale ma Pan rację, w ostatnich latach straciliśmy pod względem nazwisk, które się u nas pojawiają. W tym roku jest jednak inaczej i jestem bardzo szczęśliwy z powodu zawodników, którzy będą się u nas ścigać. Obecnie pracujemy nad kilkoma rzeczami: krótszymi, bardziej interesującymi etapami, dobrymi drogami, dobrymi hotelami, krótkimi transferami, dobrą mieszanką etapów sprinterskich, klasycznych i górskich, a potem spróbujemy zmienić datę naszego wyścigu.

Bycie na Tour de Suisse to świetnie doświadczenie, dla mnie osobiście to najlepszy wyścig do odwiedzenia jako fan czy pracy jako dziennikarz. Co jest sekretem?

Dziękuje bardzo, miło to słyszeć. Myślę, że jest tak świetnym doświadczeniem ponieważ działamy na mniejszą skalę niż Wielkie Toury i klasyki. Każdy może zobaczyć wszystko i porozmawiać z zawodnikami bez akredytacji. Staramy się trzymać sport jak najbliżej widzów, fanów i dziennikarzy.

Jaki jest przepis na utrzymanie wyścigu w nieco starszym stylu – mieszanki stref VIP, ale również nieograniczonego dostępu, gdzie fani mogą zobaczyć zawodników. Czy stara się Pan przekazać tę atmosferę również w telewizji?

Jesteśmy w tej szczęśliwej pozycji, że szwajcarscy fani są nieco wycofani i nie stwarzają zagrożenia dla nikogo. Dlatego, wyścig jest zawsze bardzo cywilizowany i nie musimy aż tak bardzo martwić się o ochronę w tym względzie. Nawet w strefach VIP staramy się stąpać twardo po ziemi i uczynić to komfortowym dla wszystkich. Mamy oko na zainteresowanie młodszych widzów i dlatego dużo pracujemy nad mediami społecznościowymi, skrótami wideo ale tworzymy również wiele materiałów zza kulis. Z naszymi partnerami z Velon dostajemy duży dostęp do drużyn, a także sami staramy się by uchwycić atmosferę.

Jak Pan sądzi, co może uczynić ściganie bardziej interesujące dla widzów przed telewizorami?

Krótsze, bardziej intensywne ściganie połączone z dobrymi ujęciami krajobrazów. Pracuję również z Hammer Series i obserwuję jak fani z całego świata reagują do tego nowego podejścia. Czasy 250-kilometrowych płaskich etapów, gdzie nic się nie dzieje przez godziny, już minęły, więc staramy się zbudować nasze etapy tak, żeby były interesujące do oglądanie przez fanów i żeby trzymać ich w napięciu odnośnie ostatecznego zwycięstwa do samego końca.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: