Giro d'Italia 2018. Dziennik kapitana Benedettiego #5

Dzień przerwy z formy nie wytrąci, ale dopiero przekręcenie kolejnych kilometrach na wyścigowej prędkości przestawi organizm na pełne obroty, pisze z Sycylii Cesare Benedetti.

Dziś obudziliśmy się o 5 rano, a autobus zawiózł nas prosto na lotnisko w Ovda. Jechaliśmy przy granicy z Egiptem, jak zwykle na lotnisku była wzmożona kontrola i dużo pytań. Lot raczej nie powinien mieć wpływu na dyspozycję, ona nie zmienia się w jeden dzień.

Wystartowaliśmy o 9, a już przed 12 wylądowaliśmy w Katanii. Hotel jest niedaleko lotniska, więc już o 13 mieliśmy obiad. We Włoszech mamy nasz "kitchen truck" z systemem Bory i naszego kucharza.

Po południu pojechałem na godzinną przejażdżkę z Andreasem Schillingerem. Zaraz potem miałem masaż i czas wolny. Dość standardowy układ dnia przerwy.

Mam nadzieję, że na sycylijskich etapach nie dostanę wolnej ręki, bo czuję, że nie jestem jeszcze na tyle mocny, aby robić wyniki. Chciałbym pracować na swoich kolegów. Zresztą, jutro ucieczka będzie miała ciężko dojechać do mety. Różnice w klasyfikacji generalnej są jeszcze zbyt małe, ale kto wie.

Kolarz niemieckiej grupy Bora-hansgrohe Cesare "Czarek" Benedetti z trasy 101. edycji Giro d'Italia odczuciami i przemyśleniami dzieli się w dzienniku publikowanym na łamach "Rowery.org".

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: