Giro d'Italia 2018. Dlaczego start w Izraelu był kontrowersyjny?

Żołnierki przy trasie Giro d'Italia

Giro d'Italia, Izrael, Gino Bartali i prawa człowieka. Dlaczego start "Corsa Rosa" w Izraelu stanowił wydarzenie wątpliwe moralnie?

Giro d'Italia w Izraelu to pierwszy w historii start Grand Touru poza granicami Europy. Wydarzenie zakończone sukcesem, jednak w samej istocie kontrowersyjne. Dlaczego?

Po rozegraniu trzech etapów w Izraelu przyglądamy się kontekstowi organizacyjnemu 101. edycji Wyścigu Dookoła Włoch, związkom sportu i polityki oraz konfliktowi bliskowschodniemu.

Sport i polityka

Wizyta Giro d'Italia w Izraelu upamiętnia jedną z legend włoskiego kolarstwa i samego wyścigu - Gino Bartalego. Zwycięzca "Corsa Rosa" (1936, 1937 i 1946), a także Tour de France (1938 i 1948) w trakcie II wojny światowej zapisał piękną kartę, która na światło dzienne wyszła dopiero po jego śmierci. Bartali działał w ruchu oporu i przyczynił się do uratowania grupy około 800 osób pochodzenia żydowskiego. W 1943 roku pod pozorem treningu przewoził ukryte w ramie roweru dokumenty i zdjęcia, szmuglując je przez posterunki wojsk włoskich i niemieckich. Swoją działalnością nigdy się nie chwalił, a o jego działaniu wiedzieli tylko nieliczni. Za udział w tej akcji w roku 2013 instytut Jad Waszem, Instyt Pamięci Męczenników i Bohaterów Holokaustu, uhonorował go pośmiertnym nadaniem tytułu "Sprawiedliwego wśród Narodów Świata", a przed rozpoczęciem 101. edycji "Corsa Rosa " - honorowym obywatelstwem Izraela.

Dyrektor wyścigu Mauro Vegni pytany o kontrowersje związane z przyjazdem karawany do Izraela i wykorzystania wyścigu w budowaniu politycznego wizerunku, odparł, że organizatorzy nie chcą wchodzić w politykę i skupiają się na sportowym aspekcie rywalizacji.

Kolarstwo, rozumiane jednak jako prywatny biznes, czy tego chciało czy nie, od lat wpisywało się i wpisuje w szersze wydarzenia społeczno-polityczne - te pozytywne, ale i te negatywne. Być może w połowie XX wieku sytuacji takich było więcej, ale i dziś znaleźć można przykłady, gdy ściganie na dwóch kółkach i polityka wchodzą na te same tory.

fot. Muscat Municipality / A.S.O.

Zacznijmy do czasów Gino Bartalego. Jego niesamowity triumf w Tour de France 1948 miał przyczynić się do uspokojenia nastrojów społecznych we Włoszech po pierwszych demokratycznych wyborach po II wojnie światowej. Historia nocnej rozmowy telefonicznej między liderem włoskiej partii Chrześcijańsko-Demokratycznej i jednym z "ojców założycieli" Unii Europejskiej Alcide de Gasperim, a mającym ponad 20 minut straty w klasyfikacji generalnej Touru Bartalim przeszła do historii. Kolarz, który po 12 etapach rozważał wycofanie się z wyścigu, prywatnie był członkiem chadecji i żywo interesował się sprawami społecznymi kraju. W obliczu zamachu na lidera partii komunistycznej i strajków, de Gasperi poprosił Bartalego by ten wygrał etap i skierował uwagę społeczeństwa na inne tory. Bartali miał obiecać, że wyścig wygra i mimo olbrzymiej straty następnego dnia wygrał etap i wskoczył na drugie miejsce w klasyfikacji łącznej. W kolejnych dniach wygrał jeszcze trzykrotnie i w Paryżu pokonał Francuza Louisona Bobeta.

Innym przykładem może być rywalizacja Bartalego z Fausto Coppim, którzy, jako bohaterowie pochodzący z różnych części Włoch i różnych środowisk, reprezentowali dwa światy - rolnicze południe i bardziej uprzemysłowioną północ - ale równocześnie przyczynili się do spojenia rozdartego kraju.

Sport jako narzędzie propagandy wykorzystywany był przez lata przez władze komunistyczne w krajach Bloku Wschodniego, historia Wyścigu Pokoju przeplatała się i była naznaczona wydarzeniami politycznymi w Europie Wschodniej. Z drugiej strony Muru Berlińskiego, w trakcie dyktatury generała Francisco Franco w Hiszpanii przez długie lata nie przeprowadzano Wyścigu Dookoła Kraju Basków, a gdy impreza powróciła na szosy, od zawsze podkreślała odrębność rejonu - czy to etapem do Arrate czy choćby txapellą, którą na podium otrzymuje zwycięzca.

Wreszcie, Tour de France 1992 świętował powstanie Unii Europejskiej, odwiedzając Belgię, Holandię, Włochy, Hiszpanię, Luksemburg i Niemcy, a semi-klasyk Gandawa-Wevelgem symboliką, nazwą i organizacją w ostatnich latach upamiętnia ofiary I wojny światowej na polach Flandrii.

Globalizacja kolarstwa

Czy start Grand Touru poza granicami Francji, Włoch i Hiszpanii to coś nowego? Nie, trzytygodniowe wyścigi zaczynały się się w krajach ościennych, zwykle przy okazji celebrując rocznice, ważne historyczne wydarzenia lub podkreślając rozwój branży rowerowej. I tak Tour de France zaczynał się w Niemczech, Szwajcarii, Belgii, Holandii, a w ostatnich latach w Irlandii (1998), Londynie (2007), Yorkshire (2014). Z kolei Giro d'Italia startowało z Grecji (1996), Niemiec (2002, 2006) czy Danii (2012) i Irlandii (2014), a Vuelta a Espana (2009) z Holandii.

Pomysły na coraz bardziej odległe lokalizacje startów pojawiły się w ostatnich 10-12 latach, wpisując się w narrację globalizacji kolarstwa, którą lansować zaczęła Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI). W tym duchu na pustyniach Półwyspu Arabskiego wyrastać zaczęły jedna po drugiej imprezy organizowane przez firmy odpowiedzialne za Giro d'Italia i Tour de France - RCS Sport i ASO. Ruch ten - w kontekście upadku włoskich drużyn zawodowych i ratowania ich przez bliskowschodni kapitał - przyniósł spore zyski, ale także zmienił obraz zawodowego kolarstwa. Od kilku lat nikogo nie dziwi rozpoczęcie sezonu w styczniu czy pierwszych dniach lutego - a na podjazdach Omanu czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich rywalizują kolarze, których główny cel sezonu to maj lub lipiec.

To pokazuje pewien mechanizm, na którym oparty jest zawodowy sport. Giro d'Italia czy Tour de France to imprezy organizowane przez prywatne firmy, w celach komercyjnych. Jeśli spojrzeć na historię powstawania wyścigów na przestrzeni lat, częstym powodem przeprowadzenia wyścigu była chęć zwiększenia nakładu gazety, która imprezę organizowała. O ile więc wyścigi podtrzymują pewne tradycje, o tyle jasne jest, że jako przedsiębiorstwa otwarte są na nowe opcje, szczególnie, gdy te przynoszą wymierne zyski.

Konflikt bliskowschodni

Państwo Izrael powstało w roku 1948 na terenach dawnej brytyjskiej kolonii w rejonie Palestyny. Pod koniec lat 30. i w latach 40. XX wieku społeczność żydowska emigrująca z ogarniętej wojną Europy i Stanów Zjednoczonych rozrosła się z 11% populacji rejonu do 33%, co przełożył się na konflikty z ludnością arabską.

Izrael formalnie powstał 14 maja 1948 roku, rodząc się w bólach wojny przeciwko wszystkim ościennym krajom arabskim - Egiptowi, Jordanii, Syrii, Irakowi. Państwo żydowskie, przy wsparciu Stanów Zjednoczonych, zdołało tę konfrontację wygrać, a linie wyznaczone układami o zawieszeniu broni stały się granicami nowego państwa. Pomiędzy 1949 a 2004 rokiem rejon był świadkiem ośmiu konfliktów, w wyniku których Izrael przejął kontrolę m.in. nad otaczającym Jerozolimę terenem nazywanym Zachodnim Brzegiem Jordanu oraz położoną przy granicy z Egiptem Strefą Gazy. Te dwa rejony od 1994 roku stanowią Autonomię Palestyńską, choć także podzielone są wewnętrznie od połowy pierwszej dekady XXI wieku. Na przestrzeni lat wielokrotnie podejmowane były próby rozwiązania konfliktu, w tym w oparciu o utworzenie dwóch państw, ale póki co wszystkie spaliły na panewce.

Konflikt, w najprostszym ujęciu, toczy się wokół formy istnienia państwa Izrael i aspiracji Autonomii Palestyńskiej do samostanowienia. Do wymiaru terytorialnego dochodzi wymiar religijny, a także kwestie takie jak łamanie praw człowieka, osadnictwo izraelskie na terenach Zachodniego Brzegu, ataki rakietowe ze strony palestyńskich organizacji, kwestia uchodźców i statusu Jerozolimy - miasta ważnego dla trzech wielkich religii - chrześcijaństwa, islamu i judaizmu.

źródło: CIA/The World Factbook

Obecny stan polityczno-społeczny w rejonie nie przyczynia się do poprawy sytuacji. Wojna domowa w Syrii i Iraku, w którą zaangażowały się niemal wszystkie kraje regionu i światowe mocarstwa, obróciła w perzynę znaczą część rejonu, zacierając granice państw i podziałów. Obok starć z tzw. Państwem Islamskim, walkami rozproszonych sił opozycyjnych z wojskami rządzącego Syrią Bashara al-Asada oraz konfliktami na tle religijnym w Iraku, w rejonie rozgrywa się walka mniejszości kurdyjskiej o samostanowienie w obrębie rozpadającego się Iraku i nieprzychylnej im Turcji, a także konflikt o dominację w regionie między Iranem i Arabią Saudyjską. Izrael żywo zaangażowany jest w tę grę, nie chcąc dopuścić do wzrostu pozycji Iranu.

Krew, ziemia i PR

Pole do politycznego wykorzystanie organizacji jednej z największych i najbardziej prestiżowych imprez kolarskich na świecie jest spore. W tym roku mija 70 lat od utworzenia w Palestynie państwa Izrael, po drugie trasa Giro d'Italia niefortunnie została ogłoszona w Światowy Dzień Solidarności z Autonomią Palestyńską.

Problemem była już nazwa miasta startowego pierwszego etapu. Początkowo miała to być Jerozolima Zachodnia, ale pod naciskiem izraelskich władz, które zagroziły wycofaniem wsparcia dla projektu, nazwę zmieniono na Jerozolimę. Protestowali w tej sprawie Palestyńczycy, którzy nie uznają roszczeń Izraela do Wschodniej Jerozolimy i uważają, że Giro stało się tubą propagandową, która posłuży do utrwalenia wizerunku Jerozolimy jako miasta jednolitego, a więc w pełni żydowskiego.

Przed startem ponad 120 organizacji pozarządowych i intelektualistów wystosowało apel o przeniesienie startu wyścigu, podnosząc, że organizacja sportowego wydarzenia będzie przykrywką dla łamania praw człowieka i izraelskiej okupacji terytoriów palestyńskich. W tym kontekście głównym zarzutem wysuwanym przeciwko rządowi izraelskiemu jest wykorzystywanie imprezy sportowej do budowania pozytywnego wizerunku kraju, a przeciwko RCS Sport - że jest uczestnikiem tych działań.

O ile w ogniu krytyki znalazło się całe przedsięwzięcie, pierwsze dwa odcinki, pokazujące Tel Awiw, Hajfę i Jerozolimę były mniej kontrowersyjne niż odcinek trzeci, który poprowadził z położonej ledwie 40 kilometrów od Strefy Gazy Beer Szewy, w kierunku Morza Czerwonego. To już strefa mniej bezpieczna, ale przede wszystkim, obszar, na którym konflikt trwa w najlepsze - dość powiedzieć, że na drodze do Ejlatu peleton przejechał przez pustynię Negev, na terenie której znajdują się osady wyburzane regularnie przez wojska izraelskie w ramach projektów urbanizacji.

czołg przy trasie Giro d'Italia w Izraelu

fot. Fabio Ferrari - LaPresse

Według władz palestyńskich, tylko w kwietniu, podczas pokojowych protestów przy granicy ze Strefą Gazy, od ognia izraelskiej armii zginęło około 40 osób, a 5 000 zostało rannych. Informacje rozpowszechniane przez media społecznościowe i weryfikowane przez agencję Reuters oraz telewizję Al Jazeera mówią o śmierci dwóch dziennikarzy - fotografa Yasera Murtaji i reportera Ahmeda Abu Husseina - obu trafionych przez snajperów mimo tego, że nosili kamizelki z wyraźnym napisem "PRESS".

"Grande Partenza" w Izraelu zakończyła się organizacyjnym sukcesem, pokazując kraj ludzi przyjaznych, kraj atrakcyjny turystycznie i rozwijający się. Ta organizacyjna laurka, w szerszej, pozasportowej perspektywie, nie może jednak przesłonić rzeczywistości. Na terenie Izraela toczy się konflikt, w toku którego dobrze udokumentowane jest łamanie praw człowieka po obu stronach barykady. Izrael w tym starciu jest stroną silniejszą. Skala naruszeń i dyskryminacji, opisywana m.in. w raportach Human Rights Watch, jest o wiele większa, a stosowane środki często zdecydowanie niewspółmierne do działań strony palestyńskiej.

Strefa Gazy, niedaleko której startował trzeci etap Giro, to niewielki obszar objęty blokadą, zamieszkany przez blisko 2 miliony Palestyńczyków, których warunki życiowe w niczym nie przypominają obrazków pokazywanych w telewizyjnych transmisjach. Organizacji wyścigu nie towarzyszyły nawet symboliczne gesty obu stron, podkreślające, że sport ma łączyć, a nie dzielić, co miało już miejsce w przeszłości. Wspomniany Tour de France w 1992 roku manifestował narodziny bardziej zintegrowanej Wspólnoty Europejskiej, Giro d'Italia w 2014 roku odwiedziło zarówno Belfast, jak i Dublin, łącząc podzieloną irlandzką wyspę we wspólnym kibicowaniu.

W tym kontekście trudno nie ulec wrażeniu, że prestiżowy wyścig jak Giro d'Italia w kontekście polityczno-społecznym został zręcznie wykorzystany przez organizujące strony. Biznesowa transakcja jest zrozumiała, acz rozdzielenie jej od rzeczywistości, w której ma miejsce, nie jest możliwe.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

3 Comments

  1. Mariusz Czykier

    Mariusz Czykier

    7 maja 2018, 17:12 o 17:12

    W kalendarzu WorldTouru jest też regularnie rozgrywany Tour of Turkey - w kraju dość luźno podchodzącym… https://t.co/yImsdzMyxA

  2. Lolek

    7 maja 2018, 17:13 o 17:13

    No i co?

    Jest kasa z Kazachstanu, jest kasa z USA, jest kasa z Emiratów, jest kasa z Rosji, jest kasa z Izraela. Są nawet jakieś grosze z Polski. Będzie kasa z Chin.

  3. Eddie

    8 maja 2018, 22:27 o 22:27

    ""Grande Partenza" w Izraelu zakończyła się organizacyjnym sukcesem, pokazując kraj ludzi przyjaznych, kraj atrakcyjny turystycznie i rozwijający się. Ta organizacyjna laurka, w szerszej, pozasportowej perspektywie, nie może jednak przesłonić rzeczywistości. Na terenie Izraela toczy się konflikt, w toku którego dobrze udokumentowane jest łamanie praw człowieka po obu stronach barykady. Izrael w tym starciu jest stroną silniejszą. Skala naruszeń i dyskryminacji, opisywana m.in. w raportach Human Rights Watch, jest o wiele większa, a stosowane środki często zdecydowanie niewspółmierne do działań strony palestyńskiej."

    Świetny, bo obiektywny artykuł. Brawo rowery.org!

%d bloggers like this:

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: