Podsumowanie sezonu WorldTour 2016: Lato

Kontynuujemy naszą podróż po najciekawszych wydarzeniach mijającego roku. Tym razem lato, które minęło przede wszystkim pod dyktando Tour de France.

Pisanie o najważniejszych wydarzeniach letniego okresu ścigania w kalendarzu WorldTour niesie ze sobą pokusę zwrócenia uwagi na wydarzenia podczas imprez spoza zbioru pod nazwą Tour de France, na którym skupia się cały kolarski światek. Lato, nawet w olimpijskim sezonie, to jednak bezdyskusyjnie Tour, a tegoroczna edycja nie pozostawiła co do tego wątpliwości, przebiegiem akcji skutecznie trzymając nas w napięciu, a dziś skłaniając do skupienia podsumowań na trzech szalonych lipcowych tygodniach.

Do Touru jedziemy zatem przez...

froome

Niezagrożone zwycięstwo Froome'a w Criterium du Dauphine...

Po zwycięstwie w styczniowym Herald Sun Tour i wygranym etapie na Tour de Romandie, Froome miał za sobą dość spokojny początek sezonu. O ile wyniki mówiły jedno, Brytyjczyk już wcześniej zapowiedział, że olimpijski sezon potraktuje inaczej i opóźni szczyt formy, tak aby mieć paliwo w baku podczas trzeciego tygodnia Tour de France i zostawić nieco oparów na igrzyska olimpijskie. To zaowocowało małą ilością startów w imprezach WorldTour i długimi treningami z Ianem Boswellem w RPA.

Plan wypalił. Wszelkie wątpliwości co do nowego podejścia zostały rozwiane już na pierwszym etapie, kiedy Froome zajął 3. miejsce na górskim prologu w Les Gets. Na kolejnych trzech dość łatwych nie stracił cennych sekund i przystąpił do ataku na odcinku z metą w Vaujany. Wspólnie z Richie Portem nadrobił kilka cennych sekund nad Alberto Contadorem i dzięki temu sięgnął po zwycięstwo etapowe oraz żółtą koszulkę lidera. Na kolejnym górskim etapie zwiększył swoją przewagę nad Portem i na ostatnim odcinku mógł już być spokojny o końcowy triumf.

Tym samym Chris Froome odniósł swój trzeci w karierze triumf w Criterium du Dauphine. Po słabej wiośnie był to dla niego zastrzyk niezwykle potrzebnej pewności siebie. Reszta peletonu wiedziała, że Froome jest mocny, a będzie jeszcze mocniejszy, bo na prawdziwie góry w Tourze będzie trzeba trochę poczekać. Ponadto zarówno w 2013 i 2015 roku "Biały Kenijczyk" po zwycięstwie w Delfinacie następnie potwierdzał swoją dominację na Tour de France. To zwycięstwo tylko podtrzymało tę zasadę.

fot. Tour de Suisse

fot. Tour de Suisse

... i triumf Lopeza w Szwajcarii

Po zwycięstwie w Tour de l'Avenir 2014 i kilku dobrych wynikach w roku ubiegłym całe kolarskie otoczenie wiedziało, że Miguel Angel Lopez posiada ogromny talent. Rok 2016 zaczął dobrze, od zwycięstwa etapowego w Tour de San Luis. Powtórzył to w Le Tour de Langkawi, dodając do tego 3. miejsce w klasyfikacji generalnej. Mimo to w kolejnych ważniejszych etapówkach jego rolą była przede wszystkim pomoc liderom, a młody wiek stawiał go w kategorii obiecujących zawodników, ale nie kolarzy wygrywających największe wyścigi.

Swoją szansę Kolumbijczyk otrzymał na Tour de Suisse, gdzie nieco niespodziewanie wybrano go na lidera Astany. Pierwsze etapy przejechał niezwykle czujnie, dzięki czemu nie stracił cennych sekund. Na pierwszych górskich odcinkach odpowiednią z metą w Cari i Amden meldował się tuż za czołówką, a to zapewniło mu świetną pozycję wyjściową do ataku przed kolejnymi zmaganiami.

Na najtrudniejszym etapie z metą u podnóża lodowca Rattenbach Lopez pojechał najlepiej ze wszystkich zawodników liczących się w klasyfikacji generalnej. W walce o etapową wiktorię ubiegł go uciekinier Tejay Van Garderen, ale młody Kolumbijczyk wskoczył na drugą pozycję w klasyfikacji generalnej. 

Wysoko forma nie była fikcją. 22-latek, zwany "Supermanem", zadziwił wszystkich swoimi umiejętnościami jazdy na czas i w Davos ponownie uplasował się na drugim miejscu, dzięki temu stając się posiadaczem koszulki lidera. Na ostatnim, dziewiątym etapie dzielnie bronił swojej przewagi zapewniając sobie zwycięstwo w klasyfikacji generalnej.

Był to niewątpliwie kluczowy moment sezonu w kontekście roli Miguela Angela Lopeza w Astanie. Po tak fantastycznym występie Kolumbijczyk awansował w hierarchii liderów zaraz za Fabio Aru i Vincenzo Nibalego i miał poprowadzić zespół w Vuelta a Espana, choć ekipa nie zakładała, że w tak młodym wieku podoła tak sporym obciążeniom. Lopez z hiszpańskim tourem rachunki równał będzie w przyszłości - w tym roku do domu wysłała go kraksa.

fot. ASO/A.Broadway

fot. ASO/A.Broadway

Tour rozpoczynamy od kraks Alberto Contadora

To miała być ta edycja "Wielkiej Pętli", w której Alberto Contador nawiążę równą walkę z Chrisem Froomem. Po intensywnej i obfitej w dobre wyniki wiośnie "El Pistolero" przystąpił do startu w Criterium du Dauphine, gdzie wygrał górski prolog. Jednak kolejne górskie etapy nie napawały optymizmem, Contador zdecydowanie odstawał od czołówki, co sprawiło, że w klasyfikacji generalnej zajął 5. miejsce. 

Mimo to nastroje były bojowe. "Księgowy" zapowiadał, że jedzie walczyć o zwycięstwo i da z siebie sto procent. Życie szybko zweryfikowało jego plany i już na 75 kilometrów przed metą Hiszpan zaplątał się w kraksę. Nie stało mu się nic poważnego, ale obtarcia na łopatce, prawym łokciu, biodrze i kolanie wyglądały dość poważnie. Contador nawet nie myślał opuszczeniu wyścigu, następnego dnia przystąpił do drugiego etapu imprezy.

Jak pech, to pech. Na drugim odcinku Contador ponownie ląduje na asfalcie, tym razem obija całą lewą stronę ciała. Kończy etap ze stratą 48 sekund do zwycięzcy. Po incydencie przyznaje, że nie może pedałować tak jakby tego chciał. 

Kolejne dwa etapy są płaskie, więc Hiszpan stara się wykorzystać je na regenerację, ale profil piątego etapu jest zdecydowanie trudniejszy. Contador odnotowuje straty na piątym, siódmym i ósmym etapie. Wciąż zajmuje 20. miejsce w klasyfikacji generalnej, ale po przejechaniu 84 kilometrów dziewiątego odcinka mówi "stop" i wsiada do samochodu ekipy. Zaraz po tym udaje się na badania do kliniki w Hiszpanii. Diagnoza - naderwanie mięśnia czworogłowego uda oraz mięśnia łydki. Na szczęście kontuzja nie jest poważna i daje możliwość regeneracji przed pierwszym etapem Vuelta a Espana

Po raz kolejny w karierze Alberto Contador nie zostaje wykluczony z rywalizacji o zwycięstwo w Tour de France. Zawsze, kiedy przygotuje odpowiednią formę, zaplątuje się w jakąś kraksę, która prędzej czy później zmusi go do opuszczenia wyścigu. Tak samo było w 2014 roku, kiedy był w wyśmienitej formie, a na etapie do La Planche Balles des Belles Filles złamał kość piszczelową. Kontuzję nie omijają go także, kiedy wygrywa - na Giro d'Italia 2015 wygrał ze zwichniętym barkiem. To wszystko nie odbiera mu motywacji i w 2017 roku "El Pistolero" po raz kolejny powalczy o zwycięstwo w Grande Boucle.

froome-2016-dauphine

Froome niczym TGV

Trasa Tour de France 2016 była ułożona tak, że kolarze nie zmagali się z żadnym finałowym podjazdem w Pirenejach. Wszyscy nastawiali się na spokojną pierwszą partię gór i brak uderzeń wyprzedzających. Stało się oczywiście inaczej.

Na ósmym etapie, na którym peleton miał do pokonania m.in. Col du Tourmalet, Hourquette d’Ancizan, Col de Val Louron-Azet i Col de Peyresourde, ucieczka nie zyskała wielkiej przewagi i została złapana na ostatniej wspinaczce. Szczyt wspólnie zdobyła 14-osobwa grupa, i kiedy wszyscy myśleli, że już nic się nie może wydarzyć, nagle na metę w Bagnères-de-Luchon samotnie ruszył Chris Froome.

Brytyjczyk zaimponował wszystkim swoją techniką zjazdów i umiejętnością podjęcia ryzyka. Oczywiście wygrał etap i zdobył żółtą koszulkę lidera imprezy, rozwiewając wszelkie wątpliwości na temat swoich umiejętności pokonywania niebezpiecznych i technicznych odcinków. Ponadto pokazał, że jest w niesamowitej formie i ciężko będzie go urwać pod górę i zgubić na krętych i wąskich zjazdach. 

Bodnar w tańcu z gwiazdami

Jednym z ciekawszych etapów 103. edycji Tour de France był ten oznaczony numerem jedenaście. Ściganie na trasie z Carcassone do Montpellier przebiegało w nerwowej atmosferze i oczywiście znalazło się kilku śmiałków, którzy chcieli to wykorzystać. 

Boczny wiatr zrobił swoje i peleton bardzo mocno się naciągnął, wpędzając w kłopoty m.in. Nairo Quintanę. Kiedy sytuacja się nieco uspokoiła i wydawało się, że, mimo prób porwania czołówki, dojdzie do finiszu z grupy, na 14 kilometrów przed metą turbo włączył Maciej Bodnar. Rzut oka na Petera Sagana i dwójka zaczęła odjeżdżać od i tak mocno rozpędzonego peletonu. Na ich kole momentalnie znaleźli się... Chris Froome oraz Geraint Thomas i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, czwórka rozpoczęła jazdę drużynową na czas.

Szaleńczy rajd w końcówce odbywał się już bez Thomasa, który poświęcił się dla lidera. Pozostała trójka wpadła na metę z sześcioma sekundami przewagi. Sagan próbował oddać etapową wygraną Bodnarowi, ale gdy Froome rozpoczął finisz, Słowak musiał ruszyć by nie oddać rywalowi nagrody.

Ten odcinek pokazał niesamowity zmysł taktyczny Petera Sagana, moc i zrozumienie sytuacji Bodnara oraz to, że Chris Froome jest niezwykle zdeterminowany, aby na każdym kroku budować przewagę nad pozostałymi liderami w klasyfikacji generalnej. Taka postawa była też kolejnym potwierdzeniem jego wspaniałej formy. Pozostali kandydaci do zwycięstwa mogli się tylko przyglądać jego jeździe.

Chaos na Mont Ventoux i biegnący Froome

To co wydarzyło się na 12. odcinku Tour de France 2016 może uzyskać miano historii dekady. Od strony sportowej nie działo się wiele, etap po ucieczce padł łupem Thomasa De Gendta, ale tego co stało się potem nikt nie mógł zaplanować.

W związku z porywistymi wiatrami, zdecydowano się skrócić etap i metę umieścić nie na szczycie Mont Ventoux, a kilka kilometrów wcześniej - w Chalet Reynard. W decydującej fazie odcinka od grupki faworytów oderwała się trójka - Chris Froome, Richie Porte i Bauke Mollema. Trójka podjęła solidną współpracę, ale wśród natłoku kibiców jeden motocykli jadących przed kolarzami musiał się zatrzymać. Porte w niego wjechał, następnie w padającego na asfalt Tasmańczyka łupnęli rozpędzeni Froome i Mollema. Najszybciej pozbierał się Holender, który szybko kontynuował jazdę. Rower Froome'a był nie sprawny, więc ten zaczął... biec do mety. 

Sytuacja zakrawała na kuriozum - wśród dzikiej tłuszczy kibiców, gąszczu motocykli i samochodów facet w żółtej koszulce, z nogami przypominającymi ostrugane patyki, w śmiesznych butach - teoretycznie najważniejszy zawodnik największej sportowej imprezy świata - niezdarnie biegnie górską drogą. Najpierw ciągnie za sobą nienadający się do użytku rower Pinarello (wart bagatela wiele tysięcy euro), potem zostawia go na poboczu i kontynuuje bieg. Wszystko to na oczach kamer największych telewizji.

Nie istnieje nagranie z auta Team Sky, które pokazałoby reakcję szefów ekipy, nagrania telewizyjnych relacji pokazują chaos - komentatorzy nie bardzo wiedzą co powiedzieć, na trasie bajzel do kwadratu - nikt nie może uwierzyć w to, że najlepszy kolarz świata właśnie zmienił dyscyplinę i uprawia biegi długodystansowe. Co najlepsze, Froome ani przez moment nie panikuje. Jak na człowieka, na którego spadło tyle oskarżeń o doping, trochę się chyba przyzwyczaił. Nie rzuca rowerem, nie bije kibiców, nie przeklina. Rozkłada ręce, jakby chciał powiedzieć: "no co, to też moja wina?"

Dalej jest jeszcze lepiej. Zabezpieczenie techniczne - Mavic - w końcu przebija się do stojącego na poboczu Brytyjczyka. Zapasowy rower wygląda jak ten z opowieści Jensa Voigta o dziecięcym rowerze. Jest oczywiście za mały, Froome, którego w międzyczasie mijają kolejni zawodnicy, nie może się wpiąć. Samochód ekipy dociera do niego dopiero w obrębie ostatniego kilometra, a Brytyjczyk kończy etap z nadzieją, że cała końcówka zostanie zneutralizowana. Tak też się dzieje.

fot. ASO/A.Broadway

fot. ASO/A.Broadway

Solowa akcja Bardeta na Saint-Gervais

Wydawało się, że na Tour de France 2016 zabraknie francuskiego zwycięstwa etapowego. Francuzi do 19. odcinka nie wygrali żadnego z etapów, a brak triumfu na trasie swojego największego wyścigu byłby trzecia w historii kompletną klapą. Trójkolorowych uratował jednak Romain Bardet na dramatycznym dziewiętnastym etapie prowadzącym do Saint Gervais. 

Teatr rozpoczął się na zjazdach z przedostatniej wspinaczki - Montée de Bisanne. Na czele jechała dwójka Pierre Rolland i Rui Costa, po chwili na czele jechał samotny Portugalczyk, ponieważ Francuz wypadł z trasy na ostrym zakręcie. Padało coraz mocniej i kraksy były coraz częstsze upadali m.in. Richie Porte, Chris Froome i Bauke Mollema. Holendra ten etap kosztował podium. 

Na mokrej nawierzchni pewnie się czuł Romain Bardet. Francuz ryzykował na krętej trasie, dzięki czemu finałową wspinaczkę pod Le Bettex rozpoczął z ponad minutą przewagi nad grupą lidera. Bardet złapał Costę na 8 kilometrów i dzielnie zmierzał do mety. Z tyłu tempo nakręcały ekipy Astany i BMC. 

Bardetowi ku uciesze kibiców udało się dowieźć bezpieczną przewagę do mety. Dodatkowo wypracował 23 sekundy przewagi nad grupką goniącą, którą przyprowadził Joaquim Rodriguez. Młody Francuz przeskoczył dzięki temu na pozycję wicelidera wyścigu, którą utrzymał do Paryża, broniąc w ten sposób honoru francuskiego kolarstwa i notując najlepszy wynik w dotychczasowej karierze.

fot. Marek Kosowski/rowery.org

fot. Marek Kosowski/rowery.org

Wellens wygrywa zmagania z kapryśną aurą w Zakopanem

Kolarze tacy jak Tim Wellens nie rodzącą się często. Są to chyba najlepsi ambasadorzy kolarstwa - nie kalkulują, dają z siebie wszystko i czasami dzięki temu udaje im się osiągać ogromne sukcesy. 

25-latek dołączył w 2013 roku do Lotto Soudal. Po pierwszym roku, w którym uczył się zawodowego kolarstwa, w drugim sezonie śmiałą szarżą wygrał Eneco Tour, manewr, który z sukcesem powtórzył także w rok następnym, a sezon 2015 okrasił też triumfem w Grand Prix de Montreal.

Wellens dzięki swojemu stylowi jazdy zyskał wielu fanów na całym świecie, więc wypadałoby potwierdzić swoje umiejętności. Zrobił to w fenomenalnym stylu w tym roku. Najpierw odniósł zwycięstwo po długiej ucieczce na Paryż-Nicea, następnie dokonał tego samego na Giro d'Italia. Człowiek z nosem do ucieczek i ataków, co lepsze, w wyścigach WorldTour.

Na samobójczą akcję porwał się podczas Tour de Pologne. Po 70 kilometrach etapu w rzęsistym deszczu i temperaturze oscylującej w okolicach 10 stopni Belg zdecydował się zabrać w ucieczkę. Została ona odpuszczona przez peleton, a Wellens na 30 kilometrów został sam na czele wyścigu i ciągle jechał równym tempem. Na mecie nad drugim Davide Formolo miał prawie 4 minuty przewagi.

Dzięki temu szaleńczemu rajdowi Tim Wellens został zwycięzcą klasyfikacji generalnej Tour de Pologne, ponieważ nazajutrz królewski etap został odwołany z powodu fatalnych warunków pogodowych. 25-latek jest idealnym przykładem potwierdzającym powiedzenie "kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana", a celem kolarstwa jest picie szampana, oczywiście po etapie i na podium.

io2016-fuglsang-vanavermaet-majka

Niesamowite igrzyska olimpijskie

Wyścig ze startu wspólnego na igrzyskach olimpijskich ma to do siebie, że praktycznie zawsze jest emocjonujący. Dzieje się tak, ponieważ szansa na zdobycie jednego z trzech krążków trafia się raz na cztery lata, a na trasie walczą najlepsi zawodnicy różnych specjalności. Tak też stało się w Brazylii.

W tym roku kolarze mieli do pokonania 237,5 km na trudnej, górzystej trasie w Rio de Janeiro. Pierwsze 190 kilometrów minęło pod znakiem jazdy w uciecze Michała Kwiatkowskiego. Na 45 kilometrów przed metą Polak został złapany, ale był w stanie utrzymać się w peletoniku, w którym jechali faworyci. Mimo potwornego zmęczenia Kwiatkowski dyrygował grupką i na zjazdach na decydującej rundzie utrzymał na czele lidera reprezentacji - Rafała Majkę.

Z przodu kręciła już grupka w składzie Damiano Caruso (Włochy), Greg van Avermaet (Belgia), Geraint Thomas (Wielka Brytania), Andrey Zeits (Kazachstan) i Sergio Henao (Kolumbia), a dzięki pracy Polaka i reprezentantów Włoch, przed ostatnim podjazdem doszło do połączenia się grup.

Karty zaczęli rozdawać Włosi, ale krótkie zrywy Nibalego i Aru okazywały się nieskuteczne. W końcu na ostatnim podjeździe od grupki oderwała się trójka Nibali, Henao i Majka, która rozpoczęła finałowy zjazd do mety. Całą sytuację znamy z licznych opisów Majki, większość kibiców widziała to też na żywo - na leśnej drodze w jednym z zakrętów Włoch i Kolumbijczyk przekalkulowali i jak jeden mąż runęli na mokry asfalt, zostawiając trzeciego Polaka z szansą zdobycia złotego medalu.

Majka kręcił ile sił w nogach, sam chyba nie wiedząc jakim cudem nie wyłożył się w feralnym wirażu. Podobnie jak w wyścigu kobiet, gdzie prowadzącą samotnie wątłą góralkę Marę Abbott objechały lepiej jeżdżące na czas Anna van der Breggen, Emma Johansson i Elisa Longo Borghini, tak w wyścigu mężczyzn górala dogonili specjalista od wyścigów etapowych i brukowiec - Jacob Fuglsang i Greg van Avermaet.

Duet od czarującej się grupki goniącej oderwał się na 4 kilometry przed metą i dopadł zmordowanego Majkę na ostatnim kilometrze. Tym samym na górskiej trasie złoty medal niespodziewanie padł łupem specjalisty od klasyków - Grega Van Avermaeta - a srebro powędrował do Jacoba Fuglsanga. Rafał Majka z wyrazem olbrzymiej radości odebrał brązowy medal - pierwszy polski olimpijski krążek w kolarstwie szosowym od 36 lat.

Olimpijski wyścig miał w zasadzie wszystko - dramaturgię, taktyczne roszady, walkę narodowych drużyn w tropikalnym klimacie, gonitwę na wąskich zjazdach, sprawdzian górali i pasjonującą końcówkę, którą kibice oglądali zagryzając paznokcie. Końcowy wynik okazał się dość nieprzewidywalny, a całość naznaczona była odważną, ale zaplanowaną jazdą polskiej kadry, która po raz kolejny pokazała, że pracując w zespole jest w stanie ograć najlepszych.