Podsumowanie sezonu WorldTour 2016: Wiosna

Przebitki najciekawszych momentów wiosennego ścigania w imprezach WorldTour.

Zmagania kolarskie w sezonie 2016 przykrył już kurz wspomnień. Wzorem ubiegłego roku czas przypomnieć sobie najciekawsze wydarzenia mijającego roku. Sezon podzieliliśmy symbolicznie na trzy okresy – wiosnę, lato i jesień.

W gronie wyróżnionych imprez znalazły sie tylko te z grona UCI WorldTour. Od wczesnych harców na trasie Paryż-Nicea, przez kampanię klasyków okraszoną triumfem Michała Kwiatkowskiego w E3 Harelbeke, a zaznaczonym też kontrowersyjnym zwycięstwem Arnaud Demare’a w Mediolan-San Remo, triumfem Petera Sagana w Ronde van Vlaanderen i niespodziankę roku – niesamowitą jazdę Matthew Haymana do Roubaix – po piekielnie trudne górskie maratony Giro d’Italia.

Przeżyjmy to jeszcze raz.

Contador vs Thomas na Paryż-Nicea

„Wyścig ku słońcu” przebiegał pod dyktando Alberto Contadora (Tinkoff) i Gerainta Thomasa (Sky). Rywalizacja rozgrywała się na sekundy – 14 sekund zapasu Walijczyka nad Hiszpanem przed szóstym etapem z Nicei do La Madone d’Utelle zmusiło „El Pistolero” do pociągnięcia za cyngiel i zaatakowania kolarzy Sky. Gdzie dwóch się biło, tam skorzystał trzeci – Ilnur Zakarin wygrał górski etap, a Contadorowi w dodatku zabrakło pary na ostatnich metrach i stracił kolejne sekundy do jadącego jak czołg Thomasa.

fot. ASO/G.Demouveaux

Ostatni odcinek zapowiadał się pasjonująco, a na sześciu kategoryzowanych podjazdach dostaliśmy esencję stylu jazdy Alberto Contadora. Nie mając już pod nogą znacznie większej mocy od rywali, Hiszpan szarpał już na 90 kilometrze, a gdy to spaliło na panewce, ruszył na finałowej Col d’Eze. Biegi w czołgu Sky nie zaskoczyły, a wspomagany przez Richie Porte’a i plączącego się na czele uciekiniera Tima Wellensa lider Tinkoffa ruszył po zwycięstwo.

Thomas to jednak nie byle amator, odżył szybko na zjeździe do Nicei i zdołał zminimalizować straty, w klasyfikacji generalnej broniąc wąskiej przewagi nad utytułowanym rywalem i na konferencji prasowej zdumionym francuskim dziennikarzom zapowiadając, że po pracowitym starcie sezonu czas na „popijawę”.

Paryż-Nicea jest pierwszym ważnym wyścigiem w kolarskim kalendarzu. Ten wynik dodał dużo pewności siebie Geraintowi Thomasowi, a także sprawił, że „G” został postawiony w roli drugiego lidera na Tour de France. Walijczyk miał być zawodnikiem chronionym, a biorąc pod uwagę, że w 201 roku do 19. etapu Touru kręcił się wokół podium,  otwarcie mówiło się, że może miejsce w trójce powalczyć. Thomasowi nie było to jednak dane – w kolejnych wyścigach nie potwierdził swojej formy, a na Tour de France ograniczył się do pomocy swojemu liderowi.

Dla Contadora była to bolesna lekcja. Hiszpan myślał, że odniesie pewne zwycięstwo, a tutaj spotkała go niemiła niespodzianka, tym bardziej że Thomasowi uległ podczas lutowej rozgrzewki na Volta ao Algarve. Jedyne zwycięstwo etapowe w sezonie wywalczył na kwietniowym Vuelta al Pais Vasco, jednak to, co wydarzyło się na Paryż-Nicea potwierdziło się na Tour de France – Contador nie był (czy wciąż jest?) w stanie w tym roku wygrać Wielkiego Touru.

fot. ANSA / PERI – ZENNARO

Kontrowersyjne zwycięstwo Demare’a w Mediolan-San Remo

Z perspektywy kibica Mediolan-San Remo to 240 kilometrów nudy i 50 kilometrów powoli rozkręcającej się akcji. „Wiosenne mistrzostwa świata” to dla zawodników jednak prawdziwa próba wytrzymałości i dyscypliny, która punkt kulminacyjny osiąga na dwóch niewielkich wspinaczkach – Cipressie i Poggio.

Nie inaczej było w tym roku, ale walka zaczęła się nieśmiałymi atakami na Poggio. Matteo Mantaguti (Ag2r), Fabio Sabattini (Etixx) i Daniel Oss (BMC), a później Andrea Fedi próbowali namieszać, ale jako pierwszy przewagę zdobył ruszający dziarsko przed szczytem Michał Kwiatkowski (Team Sky). Polak zyskał kilka sekund i w pościg za nim, na krętym i niebezpiecznym zjeździe, musieli ruszyć faworyci wyścigu. Dopiero na 1300 metrów przed metą 26-latka skasował go sam Fabian Cancellara (Trek-Segafredo), a chaotyczny finisz najsprytniej rozegrał Arnaud Demare (FDJ).

Triumf młodego, 25-letniego kolarza na pewno nie był planowanym scenariuszem, acz gazety nie skupiły się na sportowym wymiarze tego sukcesu. Co ciekawe, Demare leżał w kraksie u podnóża Cipressy, a w powyścigowych relacjach zarówno Matteo Tosatto (Tinkoff), jak i Eros Capecchi (Movistar) wyrazili oburzenie, gdyż francuski sprinter przy pomocy samochodów wracał do grupy niczym błyskawica. Zbadanie sprawy „holowania na klamce” utrudnił fakt, że w zamieszaniu na Cipressie nikt nie zdołał sfilmować zajścia i sprawa skończyła się na medialnych przerzucankach. Demare, który oszukiwaniu zaprzeczył, nie nawiązał w kolejnych startach do tego sukcesu.

fot. E3 Harelbeke

Kwiatkowski najlepszy w E3 Harelbeke

Belgijski wyścig, który swoją nazwę zawdzięcza autostradzie, był wspaniałym preludium do Ronde van Vlaanderen. Na starcie stawiła się plejada gwiazd, która potraktowała imprezę naprawdę poważnie. Organizatorzy zafundowali kolarzom sporą ilość piekielnie trudnych „helligen”.

Na 70 kilometrów przed metą w czołowej grupie kręciło tylko 30 zawodników. Brakowało Fabiana Cancellary (Trek-Segafredo), który tracił 30 sekund. Na 40 kilometrów przed metą na słynnym Paterbegu, gdzie nachylenie dochodzi do 20%, tempo nadawał Michał Kwiatkowski. Z kolei na kolejnym znamienitym podjeździe – Oude Kwaremont – na czoło wysunęli się Niki Terpstra i Peter Sagan, a Kwiatkowski zaczął tracić kontakt z czołówką.

Na szczęście w prowadzącej grupie współpraca nie szła najlepiej i Polak po chwili słabości powrócił do czołówki, a następnie, na łamiącym język przy czytaniu Karnemelkbeekstraacie – zaatakował. Jego tempo zdołał wytrzymać tylko mistrz świata. Do mety pozostawało 30 kilometrów, a dwójka starych znajomych zaczęła odjeżdżać reszcie stawki.

Sagan i Kwiatkowski świetnie współpracowali i powiększali przewagę nad pościgiem, którym kierowali Niki Terpstra i Zdenek Stybar. Po sforsowaniu ostatniego helligen – Tiegemberg – ich przewaga była na tyle bezpieczna, że pozwalała skupić się na dwójkowym rozegraniu walki o zwycięstwo.

Dwójka bezpiecznie dojechała na ostatnią prostą. Kwiatkowski ruszył 300 metrów przed metą, wydawało się, że Sagan początkowo kontroluje sytuacje, ale Polak okazał się za mocny i zerwał go z koła. Tym samym były mistrz świata odniósł piękne zwycięstwo i optymistycznie nastawił polską publiczność na dalszą część brukowej kampanii.

Polakowi nie było dane ponownie triumfować w tym sezonie. Kwiatkowski zaliczył obiecujący start w Ronde van Vlaanderen, ale następnie kompletnie zawiódł w ardeńskim tryptyku, prawdopodobnie płacąc cenę za zbyt szybkie wejście w sezon, duże obciążenia treningowe w zimie i choroby. Kolejny start w Criterium du Dauphine również był nieudany, co, w połączeniu z zapaleniem krtani, zaowocowało brakiem miejsca w składzie na Tour de France.

fot. Paweł Gadzała/rowery.org

Polak starał się ratować sezon na Tour de Pologne i Vuelta a Espana, ale kolejną pamiętną kartę w historii polskiego kolarstwa zapisał na trasie igrzysk olimpijskich, zmysłem taktycznym i umiejętnościami zjazdowymi prowadząc Rafała Majkę do brązowego medalu. W Hiszpanii z kolei na jeden dzień wywalczył koszulkę lidera imprezy, co jest nie lada osiągnięciem, które jednak nie było długo celebrowane – „Kwiatek” ze względu na ból pleców po kraksie musiał się przedwcześnie wycofać z imprezy.

W ogólnym rozrachunku nie był to udany sezon dla Polaka. Zawodnik tej klasy przyzwyczaił kibiców do zdecydowanie lepszych wyników, ale biorąc pod uwagę, że był to jego pierwszy sezon w nowym otoczeniu, a na dyspozycję rzutowały choroby, można mieć nadzieję, że w kolejnym sezonie będzie tylko lepiej.

Sagan ujarzmił „Piękność”

Triumf Kwiatkowskiego w Harelbeke postawił go w gronie kandydatów do walki o zwycięstwo we „Flandryjskiej Piękności”. Przeciw asom takim jak Fabian Cancellara, Alexander Kristoff czy Peter Sagan, na flandryjskich bergach potrzebna była nie tylko moc, ale i masa szczęścia, a także pewne doświadczenie.

Kwiatkowski w kluczowym momencie był tam gdzie powinien być – w grupce Cancellary i Sagana, która podążała za grupką atakującą, w której znaleźli się m.in. tacy specjaliści od „kocich łbów” jak Stijn Vandenbergh (Etixx-Quick Step) i Sep Vanmarcke (LottoNL – Jumbo).

Polak, który na bezdroża Flandrii powrócił po trzech latach, na 33 kilometry przed metą zdecydował się na atak zdecydowali z Saganem. Były i aktualny mistrz świata szybo złapali Vanmarcke’a i w ekspresowym tempie zaczęli zbliżać się do czołówki, która została wchłonięta na 24 kilometry przed metą. Jadący z nadzieją na czwarte zwycięstwo Fabian Cancellara tracił 39 sekund.

Sagan, który w przeszłości w końcówce nie dawał rady, tym razem jechał niczym prawdziwy Hulk, pan i władca. Na Oude Kwaremoncie zostawił w tyle Kwiatkowskiego, na Paterbergu z kwitkiem odprawił Vanmarke’a i na metę ruszył mając za plecami spóźnionego Cancellarę.

Słowak świetnie rozegrał ten wyścig. Pierwsze zwycięstwo w kolarskim „monumencie” zanotował w koszulce mistrza świata, po serii drugich miejsc i nieudanych szturmów na pomniki kolarstwa, koronując okres, który można śmiało nazwać dojrzewaniem i przeistoczeniem się z wesołkowatego chłopaczka w mężczyznę. Z mistrza świata z pewnością zeszło też ogromne ciśnienie, a tym występem zamknął usta krytykom. W kolejnych startach mógł cieszyć się kolarstwem i osiągać przy tym kolejne sukcesy.

„Kostka bruku” dla Haymana

W tym roku wyścig Paryż-Roubaix był niczym romantyczna legenda, którą pewnie nie raz będziemy wspominać. Finał wspominać będą Belgowie i Australijczycy. Z niedowierzaniem, ale pierwsi z niezrozumieniem, a drudzy z dziką radością.

Piątka zawodników, którzy wpadli na welodrom w Roubaix, po 260 kilometrów wiedziała na czym stoi. Sprint z małej grupki, w niej legenda bruku Tom Boonen. Gdy grupka rozpoczęła czarowanie na torze, rozwiązanie inne niż piąty w historii triumf Boonena wydawał się nie do pomyślenia. Doświadczony Belg czekał i sprint rozpoczął na ostatniej prostej, próbując wyjść z koła Matthew Haymanowi.

Haymanowi, który ostatnie 160 kilometrów spędził w ucieczce. Który do wyścigu przystąpił po kontuzji, za którego, przy jego 37 wiosnach na karku, nikt nie dałby szeląga przed startem.

Ten sam Hayman typowania miał w poważaniu i dzielnie kręcił na czele, podczas gdy z tyłu kraksa wykluczyła z gry goniących Petera Sagana i Fabiana Cancellarę. Tempo forsowali oczywiście koledzy Boonena, upewniając się, że różnica ucieczki maleje, a dystans nadrabiany nad grupą Cancellary i Petera Sagana rośnie. 67 kilometrów przed metą Boonen i spółka dołączyli do grupki Haymana, który trzymał się dzielnie i odpadać nie zamierzał. Wypadli za to prawie wszyscy kolarze Team Sky, którzy nie ujarzmili bruku po 200 kilometrach w siodełku.

Na Carrerofour de l’Arbre wpadli Ian Stannard, Tom Boonen, Hayman, Edvald Boasson Hagen i Sep Vanmarcke. Ten ostatni nie miał ochoty na powtórkę z 2013 roku i przegranie finiszu na welodromie, stąd też dwoił się i troił by odskoczyć samotnie. Plany te spaliły na panewce i w ten sposób piątka znalazła się na finiszu 104. edycji „Piekła Północy”.

Pauza. Teoria: Vanmarcke i Hagen na polowaniu, na drodze po największy sukces w karierze. Boonen? Najszybszy, nie musi nic udowadniać, choć karierę zakończyć chciałby w glorii. Stannard? Nie wiadomo. Hayman? Co on tu jeszcze robi?

Play. Praktyka: Hagen nie daje rady. Hayman z miną „idę wszystko” na czele, na jego kole Vanmarcke, do wewnętrznej zamykający Boonena. Stannard po łuku, ale baterie pokazują 1% po atakach na ostatnich kilometrach, nie ma opcji. Hayman leci siłą rozpędu, Vanmarckowi odcina prąd. Boonen zbiera się jeszcze raz, ale widać, że z każdym obrotem uchodzi z niego powietrze. Kreska, 37-latek, dotychczas zazwyczaj pomocnik, w swoim piętnastym występie w „Piekle Północy” wykuwa historię australijskiego kolarstwa.

Kibicom na mecie najbliżej było chyba do odczuć Luke’a Durbidge. Zakurzony po czubki uszu Australijczyk na mecie był jednym z pierwszych, którzy gratulowali drużynowemu koledze, a przed kamerą sam nie wiedział co powiedzieć.

Nie wiem co się dzieje. Właśnie zobaczyłem, że Hayman udziela wywiadu, myślę sobie, w sumie, no dobrze pojechał, jasne… ale potem widzę finisz na ekranie… nie wierzę.

fot. ASO/G.Demouveaux

„Śnieżna Staruszka” dla Poelsa

W okrytej kwietniowym śniegiem scenerii belgijskich Arden przyszło rywalizować zawodnikom na trasie 102. edycji Liege-Bastogne-Liege. Niska temperatura i niesprzyjające warunki pogodowe, w połączeniu z 248-kilometrową trasą sprawiły, że wyścig wyglądał bardziej jak zimowa edycja Mediolan-San Remo niż kwietniowa przygoda na pagórkach Belgii.

Ostatnie edycje „Staruszki” przyzwyczaiły nas do czekania na decydujące taki aż do samego końca. Na pnącej się drodze w Ans zwykle dochodziło do ataków, a ich skasowanie było kluczowe przed ostatnim zakrętem i finiszem. Szybcy kolarze czekają, ci, którzy jeszcze mają coś w baku próbują uniknąć finiszu z małej grupki. Numer ten udał się Danowi Martinowi (2013), przez kolejne dwa sezony górą byli szybcy Simon Gerrans (2014) i Alejandro Valverde (2015). W tym roku wyścig rozegrał się nieco inaczej.

Przed kluczową końcówką swoich sił próbowali m.in. Carlos Betancur i Michał Kwiatkowski, ale wszystko rozstrzygnęło się na brukowanym podjeździe Cote de la Rue Naniot, którego szczyt usytuowano 2,5-kilometra przed metą. Do przodu wyrwał Michael Albasini. Do Szwajcara szybko dojechali Rui Costa, Samuel Sanchez i Wout Poels. Czwórka solidnie współpracowała i nieubłaganie zbliżała się do mety. Pościg, który według planu miał dopaść ich na ostatnim kilometrze, wcale się nie zbliżał i międzynarodowe towarzystwo rozegrało sprint o zwycięstwo.

Przed ostatnim zakrętem w Ans najlepszą pozycję do finiszu zajął Wout Poels i odniósł swoje pierwsze zwycięstwo w monumencie. Drugim miejscem musiał zadowolić się Albasini, a trzecim Costa.

Dla 29-letniego Holendra to największe zwycięstwo w karierze, które zdecydowanie poprawiło jego pozycję w Team Sky. Kierownictwo zaczęło doceniać jego potencjał i oddanie drużynie. Swoje umiejętności Holender potwierdził na Tour de France, gdzie grał rolę kluczowego pomocnika Chrisa Froome’a na drodze do trzeciego triumfu. W hierarchii liderów przeskoczył nawet faworyzowanego Gerainta Thomasa i dzięki temu za rok może być liderem na jeden z Wielkich Tourów.

fot. ANSA/LUCA ZENNARO

Piekielny etap do Corvary na Giro d’Italia

Po dwóch tygodniach wyścigu o maglia rosa, różnice między największymi faworytami Giro d’Italia zamykały się w minucie, a w obliczu zbliżających się górskich odcinków, do 13. etapu największy wpływ na układ klasyfikacji miała jazda indywidualna na czas. Do pierwszego górskiego maratonu na pozycji lidera przystąpił nieco niespodziewanie Andrey Amador (Movistar), a 210-kilometrowa przeprawa przez Dolomity miała pokazać, czy Kostarykańczyk włączy się do walki z Vincenzo Nibalim, Stevenem Kruijswijkiem czy Estebanem Chavesem.

Sześć przełęczy, w tym pięć powyżej 2000 metrów. Bagatela! Kolarze poruszali się w szybkim tempie i na dojeździe do górskich przełęczy w ciągu godziny pokonali 50 kilometrów. 37-osobowy odjazd (codzienność Giro) zyskał 9 minut i 30 sekund przewagi i dziarsko sforsował kolejno Passo Pordoi, Passo Sella, Passo Gardena i Passo Campolongo.

Prawdziwe ściganie rozpoczęło się dopiero na Passo Giau. Przewaga ucieczki leciała na łeb na szyję, a na czele ostali się tylko Konstantin Siutsou i Darwin Atapuma. W głównej grupie kręciło 13 kolarzy, bez lidera wyścigu Andrey’a Amadora.

Na 190 kilometrze rozpoczęła się ostatnia soczysta premia górska Passo Valparola. Najpierw nieśmiałego ataku spróbował Vincenzo Nibali, ale na jego kole natychmiast pojawili się Esteban Chaves i Steven Kruijswijk, a następnie Rafał Majka, Ilnur Zakarin i Rigoberto Uran.

Następnie poprawił Kruijswijk, a jego tempo potrafił wytrzymać jedynie Chaves. Reszta musiała spasować, podczas gdy Holender i Kolumbijczyk błyskawicznie odrabiali straty do prowadzących i na 2 kilometry przed metą w Covarze dopadli uciekających Georga Preidlera i Darwina Atapumę. Filigranowy lider australijskiej ekipy okazał się najszybszy na finiszu i przypieczętował zasadnicze zmiany w klasyfikacji generalnej.

Dwójka faworytów nadrobiła naprawdę sporo. W klasyfikacji generalnej obronną ręką z tego etapu wyszedł jedynie Vincenzo Nibali, który stracił tylko 37 sekund. Zakarin i Majka zameldowali się na mecie 2 minuty i 39 sekund później, a Alejandro Valverde równo 3 minuty. Pierwszy poważny górski etap pokazał, że Steven Kruijswijk może namieszać szyki faworytom i sięgnąć po zwycięstwo w Giro d’Italia, z kolei jasne stało się, że Vincenzo Nibali zdecydowanie minął się z formą i wygrana w klasyfikacji generalnej będzie niezwykle skomplikowaną sprawą.

fot. ANSA – PERI / DI MEO / ZENNARO

Dramatyczny zjazd z Colle dell’Agnello

4:43. Tyle na starcie 19. etapu Giro d’Italia wynosiła przewaga Stevena Kruijswijka nad Vincenzo Nibalim. Dla Włocha brzmiało to jak wyrok śmierci – odrobienie takiego dystansu na dwóch odcinkach zdawało się mało możliwe, biorąc pod uwagę regularność z jaką Holender radził sobie z podjazdami przez poprzednie dwa tygodnie.

Kolarze mieli do pokonania tylko dwie wspinaczki, ale za to jakie. Na 106 kilometrze na peleton czekał podjazd Colle dell’Agnello (2744 m n.p.m.) – Cima Coppi tegorocznego Giro d’Italia. Na zakończenie kolarze zmagali się z podjazdem do stacji narciarskiej Risoul, gdzie w 2014 roku Rafał Majka odniósł swoje pierwsze zwycięstwo etapowe na Tour de France.

W końcówce pierwszego podjazdu ruszyli najlepsi tego wyścigu – Esteban Chaves, Steven Kruijswijk i Alejandro Valverde. Za nimi kręciła trójka Vincenzo Nibali, Ilnur Zakarin i Rafał Majka.

Tuż przed szczytem do grupy lidera doszlusował Nibali, z czołówki wypadł natomiast Valverde. Prowadzący rozpoczęli szaleńczy zjazd wśród zwałów śniegu. Włoch zręcznie manewrował na zjazdach, ale Kruijswijk nie zamierzał stracić nawet metra do szarpiącego Sycylijczyka i koło trzymał w każdym wirażu.

Skupiony przez cały wyścig 28-latek pecha miał chwilę po rozpoczęciu zjazdu. Cena, jaką przyszło mu zapłacić za moment nieuwagi, było zwycięstwo Giro d’Italia.

Holender na jednym z zakrętów przekalkulował i fiknął koziołka w barierę śniegu. Pozbierał się co prawda szybko i pogoń podjął, ale widać było, że ma problemy z kontynuowaniem jazdy na tak wysokich obrotach. Upadki na tym się jednak nie skończyły – kilka kilometrów dalej na poboczu wylądował Ilnur Zarakin. Tatar miał mniej szczęścia, po groźnie wyglądającym upadku został zabrany do szpitala i zakończył Giro d’Italia ze złamanym obojczykiem.

Przed finałowym podjazdem kolarze musieli pokonać dość długi dojazd. Widocznie męczący się Kruijswijk tracił kolejne ważne sekundy i tym samym koszulkę lidera. Na podjeździe pod Risoul tempo podkręcał Nibali, z którym utrzymać się zdołał jedynie Chaves.

5 kilometrów przed metą Włoch odstawił Kolumbijczyka i wyprzedził ostatniego uciekiniera Mikela Nieve. Na mecie jego przewaga nad liderem wynosiła 4 minuty i 54 sekund, a w perspektywie pozostawał jeden górski etap by pozbyć się mikrego Kolumbijczyka, który w wyniku zamieszania został liderem. Kruijswijk, u którego zdiagnozowano pęknięte żebro, stracił jakiekolwiek nadzieje na zwycięstwo w wyścigu, a Nibali uwierzył, że jest zdolny odwrócić losy majowej kampanii.

banner