Tour Down Under. Richie Porte: "To nie jest wyścig, który mi odpowiada"

Król Willlunga Hill znowu na tronie. Richie Porte po raz szósty wygrał na najtrudniejszym etapie Tour Down Under, ale nie był w stanie znów zwyciężyć w klasyfikacji generalnej.

Sympatycy kolarstwa już zdążyli się przyzwyczaić do tego, że Richie Porte, od stycznia kolarz Trek-Segafredo, atakuje 1,5 kilometra przed szczytem Old Willunga Hill i ze zgrabnością jaszczurki i mocą pociągu pospiesznego zmierza na metę wśród szpaleru kibiców.

Nie inaczej było dziś. 33-latek na ostatnim odcinku Tour Down Under zdołał odskoczyć od grupy i w imponującym tempie uzyskał przewagę, którą utrzymał aż do końca. Szósty z rzędu triumf na szczycie przypieczętował tym razem przed Woutem Poelsem (Team Sky) i Darylem Impeyem (Mitchelton-Scott), który po raz drugi wygrał wyścig. 

Nie łatwo tu wygrać, mamy tu tylko jeden górski finisz. Koledzy z nowej ekipy byli jednak wspaniali przez cały tydzień, dziś wyprowadzili mnie na dobrą pozycję. Gratuluję Impeyowi, ale z mojej perspektywy szóste zwycięstwo na Old Willunga Hill to coś zupełnie niesamowitego

– tłumaczył Tasmańczyk. 

Porte przez cały tydzień nie zdołał uzyskać przewagi nad rywalami na innych etapach, zawsze finiszując wśród najlepszych i nie sięgając po bonifikaty na metach bądź lotnych premiach. To sprawiło, że pomimo zwycięstwa na etapie, w generalce uplasował się na trzecim miejscu, za Impeyem i Poelsem. 

Na trasie dzisiejszego etapu najaktywniej jechali "niebiańscy", chcąc wyprowadzić Holendra na jak najlepszą pozycję. W końcówce atakował m.in. Kenny Elissonde, który na pierwszej wspinaczce sprawdził siły rywali i odjechał razem z Poelsem. W finale z kolei Francuz wyprowadził swojego lidera na bardziej dogodną pozycję. Przez to, w momencie ataku, Porte musiał gonić prowadzącego w tym punkcie 31-letniego rywala, ale dobre wyczucie podjazdu i generowana moc szybko przechyliły szalę zwycięstwa na jego stronę.

Ten etap był łatwiejszy niż zazwyczaj, bo znajdowałem się na dobrej pozycji. Gdy Kenny Elissonde wyprowadził jednak Wouta Poelsa ciężko było walczyć w pojedynkę. Musiałem dobrze rozłożyć siły. Już myślałem, że się nie uda, ale dyrektor sportowy Kim Andersen powiedział przez radio, że wszystkim jest ciężko, więc zebrałem się w sobie. Ostatnie 300 metrów to były chyba najdłuższe metry mojego życia. Ale to słodka wiktoria

– opisywał. 

Choć od kilku lat Porte rządzi i dzieli na Old Willunga Hill, tylko raz zdołał wygrać cały wyścig na antypodach  dwa lata temu, wyprzedzając w generalce Estebana Chavesa i Jaya McCarthy'ego. Wtedy na trasie wyścigu znalazły się jednak dwa etapy z metami na podjeździe  drugim był ten finiszujący w Paracombe, na 1,2-kilometrowym podjeździe o średnim nachyleniu 9%. Tam Tasmańczyk uzyskał 16 sekund przewagi nad rywalami, a przewagę niemalże podwoił na drugim górskim finiszu. To dało mu zwycięstwo. 

Oprócz tego 33-latek zajmował w generalce australijskiego wyścigu miejsce drugie (2015, 2016 i 2018), czwarte (2014) i dziewiąte (2008). Dziś dorzucił trzecią lokatę. 

Tutaj trzeba wspinać się lepiej niż sprinterzy, a potem jeszcze finiszować szybciej niż górale. To nie wyścig, który mi odpowiada. Dwa lata temu było lepiej dzięki wspinaczce pod Paracombe

– podkreślił na zakończenie. 

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: