Kolarskie historie Piotra Ejsmonta. Tour de France i Tadeusz Wierucki

O pierwszych polskich śladach w Tour de France pisze Piotr Ejsmont. Tym razem bohaterem przywołanej historii jest Tadeusz Wierucki.

Po Edwardzie Klabińskim drugim Polakiem jadącym z polską licencją w Tour de France był mieszkający na stałe w Belgii Tadeusz (Thadee) Wierucki.

W 1924 roku do Belgii za chlebem wyemigrował urodzony Sieradzu jego ojciec. Znalazł pracę w zakładach metalurgicznych. W Belgii poznał dziewczynę z Częstochowy, która przybyła tu za namową swojej starszej siostry. Z ich związku urodziło się 4 synów oraz 3 córki. Drugi w kolejności Tadeusz urodził się 23 grudnia 1934 roku w Le Brouck.

Na początku pobytu w Belgii nie było jeszcze ciekawie. Tadeusz wspominał po latach, że po ulicach biegał na bosaka, bo buty były za drogie. W wieku 15 lat poszedł do pracy jako walcownik. Za przykładem kolegów z pracy oszczędził trochę pieniędzy i kupił sobie rower. Tylko w niedzielę mógł trenować. Razem z bratem oraz kolegami urządzali sobie wtedy wyścig La Brouck–Bastogne–La Brouck. W 1953 roku uzyskał pierwszą licencję zawodniczą. Jeździł na rowerze od razu po pracy. Kiedy były wyścigi, musiał prosić szefa o wcześniejsze zwolnienie z pracy. Cały urlop przejeżdżał na rowerze.

Ja i moi towarzysze z pracy byliśmy cały czas czarni od brudu. Nasze ręce miały liczne małe pocięcia i tyle samo blizn

opowiadał później, ale nigdy nie traktował ciężkiej pracy jako czegoś strasznego.

Dzięki swojej sile (ważył 86 kg przy 185 cm wzrostu) zaczął wygrywać pierwsze wyścigi. W 1956 roku odniósł 2 zwycięstwa, rok później 7, w 1958 roku już 16. Na treningi wybierał się w towarzystwie doskonałego zawodowca Jeana Brankaerta.

Tadeusz chciał ścigać się w zawodach międzynarodowych. Nigdy nie startował w wyścigach zagranicznych. Nie mając w pełni uregulowanych spraw z obywatelstwem, za pośrednictwem jednego z lokalnych działaczy nawiązał kontakt z Polskim Związkiem Kolarskim. Chociaż w domu jako tako rozmawiano po polsku, to jak dotąd nie przywiązywał wielkiego znaczenia do swojego pochodzenia.

Nadarzyła się okazja. We francuskim Reims rozgrywano mistrzostwa świata. Polska delegowała na wyścig czterech amatorów i zaproponowała Wieruckiemu od razu piąte miejsce. W zamian przyrzekł pojechać tydzień później w Tour de Pologne. Nasi trenerzy byli nim zachwyceni. "Chłop jak słoń"- oceniali. Belgijscy obserwatorzy prognozowali, że może on być autorem niespodzianki, i rzeczywiście tak się stało. W końcowej rozgrywce na czele znalazła się 9-osobowa czołówka, w której był Wierucki. Jakby tego było mało, dwa razy próbował z niej odjechać. Pech chciał, że na 150 metrów przed metą wywrócił się jadący przed nim Włoch Livio Trape. Wierucki musiał go omijać, a w tym samym momencie do przodu skoczył Gustaw Adolf Schur i przejechał linię mety jako pierwszy. Wierucki był ósmy. To był rekord Polski, bo dwa lata wcześniej Jerzy Pancek zajął na mistrzostwach 9. miejsce. Teraz Jurek był 16.

Tydzień później Wierucki pojawił się na starcie Tour de Pologne. Prasa zrobiła mu wielką reklamę, uznając go za jednego z faworytów do zwycięstwa. Pisano o nim: "Miły, ciemny blondyn, znakomicie zbudowany". Rozpoczął wyścig bardzo dobrze. Na pierwszym etapie znalazł się w decydującej ucieczce i zajął 8. miejsce. Po czterech etapach plasował się na 13. miejscu, ze stratą około 5 minut do lidera. Potem zaczęły się kłopoty zdrowotne. Jeszcze na ósmym etapie, jeździe na czas, zajął 5. miejsce. Dzień później lekarz wyścigu kazał mu się wycofać ze względu na coraz większe czyraki.

To był dla mnie emocjonalny szok. Bieda była wszechobecna, żywność ledwie jadalna. Kiedy musiałem się wycofać, to było to dla mnie prawdziwą ulgą

tak wspominał swój przyjazd do Polski.

Dzięki znajomościom trenera, którym był Oscar Giltay, pod koniec sezonu Wierucki dostał zaproszenie na klasyczną czasówkę GP de France. Wystartował w nim w barwach najlepszego zawodowego zespołu francuskiego, Saint Raphael. Gerard Saint pożyczył mu swój rower, ale on miał prawie 10 cm wzrostu więcej niż Wierucki. Do Francji pojechał bez jakiejkolwiek wizy. Granicę przejechał na malutkim przejściu granicznym rowerem. Nikt go nie zaczepiał. W wyścigu zajął świetne, 5. miejsce. Zmienił miejsce pracy. Z walcowni przeniósł się do firmy specjalizującej się w przetwarzaniu azotu. Musiał wnosić 25-kilogramowe worki z jakimś proszkiem na wyższe piętra fabryki.

Nic takiego trudnego. Potem firma się zmodernizowała i moim zajęciem była kontrola pasów transmisyjnych

skomentował.

Od 1959 roku był już zawodowcem. W ekipie jeździły taki asy jak Brankaert, Raphael Geminiani oraz Roger Riviere. Może lepiej byłoby, gdyby na początek trafił do mniejszego zespołu. Tutaj jeździł na tzw. "woreczku", czyli bez stałego wynagrodzenia. Firma dostarczyła mu rower, części zapasowe oraz strój. Zimą jednak musiał zdać się na pomoc rodziny i wrócić do pracy w fabryce.

Kierownictwo zespołu delegowało go raczej na drugorzędne wyścigi w Belgii. Dobrze zaprezentował się w wyścigu dookoła Luksemburga, gdzie jechał w zespole Walonii i wtedy niespodziewanie otworzyły mu się drzwi do Tour de France. Co prawda Wierucki nigdy w życiu nie jechał przez Pireneje lub Alpy, ale Giltay był o nim dobrej myśli.

W tych czasach Tour rozgrywany był w formule drużyn narodowych i właśnie to umożliwiło mu start. Skompletowano zespół międzynarodowy pod kierownictwem Sauveura Ducazeauxa. Gwiazdą zespołu był Austriak Adolf Christian, który zajął 3. miejsce w Tourze w 1957 roku. Dobrymi zawodnikami byli jego rodak Richard Durlacher, Anglik Brian Robinson oraz Irlandczyk Seamus Elliott. Całość uzupełniało jeszcze po dwóch Duńczyków i Portugalczyków, jeszcze trzech Anglików oraz Wierucki. Szef zespołu wyznaczył mu dokładną rolę: miał być pomocnikiem dla wszystkich kolegów, czy to w przypadku defektu, czy chwilowej niedyspozycji.

Źle to odczułem. Moi angielscy koledzy mieli obrzydliwe charaktery. Egoiści. Cierpieli na kompleks wyższości, a nie mieli do tego powodów. Sprzęt, który dostaliśmy był zlej jakości, defekty mnożyły się w nieskończoność. Dogadywałem się dosyć dobrze z Austriakami

opowiadał Wierucki.

Pełniąc swoją rolę, Wierucki był skazany na człapanie się na końcu peletonu. Na trzecim etapie z Namur do Roubaix musiał najpierw opiekować się Johnem Andrewsem, ale ten nie dojechał do mety. Wtedy kierownik drużyny przydzielił go do pomocy następnemu nieszczęśnikowi, którym był Tony Hewson, któremu połamała się przerzutka. Dziwny Anglik nie wezwał na pomoc wozu technicznego, żeby wymienić rower. Wolał jechać na uszkodzonym. Do pomocy wycofano też Duńczyka Ole Bent Retviga. Cała trójka dojechała do mety tuż przed jej zamknięciem.

Następnego dnia Ducazeaux przydzielił Tadeusza do pomocy Elliottowi. Ten zachowywał się lepiej niż Anglicy. Wyścig dojechał do Pirenejów. Wierucki poznał trudy gór. Na Tourmalet wjechał ledwo żywy, jako ostatni. Za Pirenejami poczuł się lepiej. Na pagórkowatym etapie próbował nawet odjechać z grupy. Dostał ostrą reprymendę od mistrza Freda De Bryune:

Wierucki, nie rób z siebie idioty. Masz zostać z nami!

nakazał mistrz, a Wieruckiemu nie zostało nic innego, jak tylko go posłuchać. Potem w Alpach na podjeździe pod Grand Saint Bernard próbował się pokazać, ale tym razem to Brankaert przywołał go do porządku.

Zjazdów Wierucki się bał. Wyprzedzało go wtedy ze 30 kolarzy, którzy przedtem na górze byli za nim. Do końca wyścigu zostały tylko trzy etapy. Niestety przed startem do 20. etapu mechanicy zespołu nie zdążyli naprawić mu zepsutego hamulca. Wierucki ruszył w drogę z opóźnieniem. Pogoń była utrudniona przez silny, przeciwny wiatr. W końcu do pomocy zostali mu Christian praz Vic Sutton. Był już wykończony. Rozbolał go żołądek. Podobnie jak słynny Robic, musiał wycofać się z wyścigu.

Waleczność Wieruckiego nie umknęła uwadze. Po Tourze został zaproszony na cykl 18 lukratywnych kryteriów we Francji. "Przegląd Sportowy" relacjonował przygody Wieruckiego na Tourze i nasza życzliwa federacja postanowiła go wystawić jako polskiego kolarza do wyścigu zawodowców na mistrzostwach świata, które tego roku rozgrywano na płaskiej trasie w holenderskim Zandvoort.

Wierucki w biało-czerwonym trykocie pojechał bardzo dobrze. Był czujny. Trzymał się przodu peletonu i na mecie finiszował na 13. miejscu. Za nim byli tak wielcy kolarze jak Van Steenbergen czy Van Looy. Ten pierwszy sarkastycznie oskarżył Polaka, że nie zajął by on tak dobrego miejsca bez sztucznego wspomagania. Szczęśliwi Polacy zaprosili Tadeusza zimą do siebie na obóz treningowy, mając nadzieję, że Wierucki wyjawi polskim szosowcom niektóre tajniki zawodowego kolarza. Tymczasem w Polsce były wtedy mrozy z -25°C. Z roweru były nici. Można było biegać, albo ćwiczyć na sali. Tam Tadeusz zapoznał się z mistrzynią siatkówki Reginą, którą wkrótce pojął za żonę.

Rok później podczas wyścigu Liege–Bastogne–Liege Wierucki uciekał przez 114 km razem z Jeanem Forestierem. Podczas kolejnego wyścigu Fleche Hesbignonne znowu znalazł się w czołówce, ale przed metą ślizgło mu się koło i Wierucki upadł nieszczęśliwie. Zranił się poważnie w kolano. Nie mógł go wygoić. Cały czas go bolało. Pomimo tego znowu powołano go do międzynarodowego zespołu na Tour de France. Zdołał przejechać tylko dwa etapy. Nie przedłużono z nim zawodowego kontraktu i w sezonie 1961 roku ścigał się bez drużyny. Odniósł pierwsze i jedyne zawodowe zwycięstwo w Brukseli.

Uczestniczył jeszcze w wyścigu dookoła Niemiec,a pod koniec 1961 roku postanowił zakończyć karierę. Wrócił do pracy w fabryce. W 1992 roku przeszedł na emeryturę. Razem z Reginą oraz synem udzielał się społecznie w kilku towarzystwach dobroczynnych. Zmarł w 2015 roku w Liege.

Cykl "Kolarskie historie Piotra Ejsmonta" od lat stanowił nieodłączny element portalu Pro-Cycling.org. Zakurzone przez upływ lat historie z kolarskiej przeszłości przywoływał Piotr Ejsmont, którego na gościnne występy kontynuujemy po fuzji portali.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: