Przed wyborami PZKol: kandydaci odpowiadają

Przed wyborami prezesa PZKol o kluczowe dla polskiego kolarstwa kwestie pytamy czwórkę kandydatów.

W sobotę, 10 grudnia, Walne Zgromadzenie Polskiego Związku Kolarskiego (PZKol) wybierze prezesa związku oraz zarząd, którzy przez najbliższe cztery lata kierowali będą działaniami instytucji zarządzającej kolarstwem w kraju.

Czterech kandydatów, jeden gabinet. Walczą o niego: Dariusz Banaszek, Andrzej Domin, Andrzej Kita i dotychczasowy prezes Wacław Skarul (kolejność alfabetyczna).

Połączyliśmy siły redakcji Onetu, rowery.org, naszosie.pl, Kolarstwo w Eurosporcie i „Przeglądu Sportowego” i zadaliśmy kandydatom kilka pytań. Nie było miejsca na autoryzację i czasu na opracowywanie odpowiedzi, które mogłyby się wszystkim podobać. Pytanie – odpowiedź, tu i teraz. Część potrafiła przedstawić konkretne pomysły, część... oceńcie sami. Oto efekty:

Jakie jest pana doświadczenie związane z kolarstwem?

Dariusz Banaszek: Mam trzydzieści cztery lata doświadczenia związanego z kolarstwem. Sam się ścigałem, byłem w kadrze od juniora młodszego do seniorskiej reprezentacji. Później byłem piętnaście lat dyrektorem sportowym, ostatnie cztery lata zasiadałem w zarządzie PZKol, pełniłem rolę szefa wyjazdów reprezentacji na imprezy mistrzowskie. Znam kolarstwo z każdej strony.

Andrzej Domin: Wiele lat ścigałem się w młodszych kategoriach wiekowych, następnie jeździłem m.in. w grupie Dariusza Banaszka – Lukullus. Zakończyłem ściganie w 2000 roku. Od 2004 do dziś prowadzę grupy kolarskie, głównie inwestując swoje prywatne środki. Jeździło u mnie wielu bardzo dobrych zawodników, wychowałem wielu mistrzów.

Andrzej Kita: Przez jedenaście lat byłem kolarzem. Od trzydziestu trzech lat jestem prezesem Lubelskiego Związku Kolarskiego. Dwanaście lat działem w zarządzie PZKol, w tym dwa razy jako wiceprezes. Myślę więc, że doświadczenie mam duże.

Wacław Skarul: 7 lat byłem kolarzem Dolmelu Wrocław ścigając się na szosie, torze i w przełajach. 5 lat pracowałem jako konsultant naukowo-medyczny w kilku związkach sportowych, także w Polskim Związku Kolarskim gdzie zajmowałem się badaniami wydolnościowymi kadry narodowej. 9 lat na stanowisku najpierw drugiego, a później pierwszego trenera szosowej reprezentacji Polski. 3 lata w grupie kolarskiej w Austrii. 20 lat jako menadżer w instytucjach finansowych. W tym czasie współpracowałem z drużynami zawodowymi w Polsce: CCC Polsat Polkowice i Mróz-Action-Uniqua. Jedna kadencja na stanowisku prezesa Dolnośląskiego Związku Kolarskiego. Od 2011 prezes Polskiego Związku Kolarskiego.

Poza Agatą Lang nie mamy nikogo we władzach światowego kolarstwa. Jak chciałby pan to zmienić i w jakim języku, poza polskim, jest pan w stanie się porozumieć?

Dariusz Banaszek: Potrafię dogadywać się po angielsku i włosku. Jeśli chodzi o pierwszą część pytania, to nie interesują mnie zaszczyty na świecie, chciałbym się skupić na budowaniu mocnego kolarstwa w Polsce. Mamy co robić, chcę się zaangażować w pracę w naszym kraju. To oczywiście nie oznacza, że nie widzę innych potrzeb. Jeśli tylko pojawi się możliwość wsparcia dobrego kandydata, który mógłby reprezentować nas na świecie, będzie mógł na nas liczyć.

Andrzej Domin: Dobrze abyśmy kogoś mieli we władzach światowego kolarstwa, choćby z uwagi na to, że tam kształtowane są przepisy międzynarodowe. PZKol nie jest w żaden sposób uzależniony od UCI, Unia w niczym nam nie pomaga. Jedynie ustala przepisy. Związek w tych strukturach nie musi nikogo mieć. Potrafię się porozumieć w języku niemieckim.

Andrzej Kita: Osobiście nie podejmę się funkcji delegata UCI, ponieważ nie znam w stopniu bardzo dobrym języka angielskiego, włoskiego czy francuskiego, czyli tych obowiązujących w kolarstwie. Ale przecież delegatem nie musi być prezes, to może być inna osoba. Na pewno powinniśmy zadbać o to, by mieć swojego przedstawiciela w międzynarodowych władzach.

Wacław Skarul: 4 lata temu PZKol był w tak trudnym momencie, że nie było nas stać nawet na wyjazd na kongres Europejskiej Unii Kolarskiej, nie mieliśmy pieniędzy na bilety lotnicze. Przez pierwsze lata swojej kadencji byłem całkowicie skupiony na rozwiązywaniu problemów jakie mieliśmy w kraju, ale to nie znaczy, że nie widzę potrzeby bycia na salonach Europejskiej i Światowej Unii Kolarskiej. Uważam, że powinniśmy mieć tam swoje miejsce. Brakuje przedstawicieli Polski w strukturach sędziowskich i wszystkich pozostałych. W ostatnich latach kontakty z UEC i UCI bardzo się ożywiły. Jestem w tych kręgach osobą znaną i rozpoznawalną, utrzymuję ścisłe kontakty z przedstawicielami kilku europejskich związków w czym pomaga mi biegła znajomość języka niemieckiego i rosyjskiego, a potrafię się komunikować także po włosku i angielsku.

Co nowego chce Pan wnieść do Związku?

Dariusz Banaszek: Chciałbym zmienić sposób zarządzania związkiem, bo w tej chwili jest na bardzo niskim poziomie. Dzisiaj brakuje marketingu, brakuje starań o odpowiednie pokazywanie polskiego kolarstwa. A mamy sukcesy i mamy się czym chwalić. Poza tym, trzeba zająć się nieprawidłowościami, które są w PZKol. Chciałbym też ożywić obiekt w Pruszkowie, bo musi zarabiać. Mam w programie około 50 punktów i celów do realizacji, ale nie chcę teraz o tym mówić. Najłatwiej jest obiecywać. Ja wolę robić.

Andrzej Domin: Przede wszystkim, chcę zmienić obecną sytuację w związku. Jaka by to zmiana nie była, będzie lepiej niż do tej pory. Cztery lata temu, prezes Skarul obiecywał nam m.in. że zrobi wszystko aby spłacić dług do Mostostalu. Niestety, ten dług dwukrotnie urósł, ze względu na odsetki. Związek wdał się w walkę prawną z Mostostalem. Nikt nie podchodził racjonalnie. We wtorek PZKol przegrał w Sądzie Apelacyjnym. Dla panów ze związku ważny jest własny interes, nie interes naszego sportu. Trzeba robić wszystko aby zawrzeć porozumienie, tak aby nie naliczane były odsetki.

Na pewno zająłbym się finansami związku, ekonomią. Koniecznie musimy spojrzeć na wszystkie wydatki, umowy, na etaty, trzeba wydawać pieniądze adekwatnie do wniesionej pracy. Związek powinien działać jak firma, musimy patrzeć co się opłaca, a co nie. Kolejna rzecz, to współpraca związku, grup i organizatorów największych wyścigów z mediami. Wyścigi muszą być pokazywane w telewizji. Bez tego nie ruszy kolarstwo. Musimy je promować.

Zatrudniłbym menadżera marketingu z prawdziwego zdarzenia, który zadbałby o wizerunek naszej dyscypliny w mediach. Jak pójdziemy rozmawiać z potencjalnymi sponsorami, to mamy argument w ręku. Andrzej Piątek robi dobry PR, ale jedynie wokół swojej osoby.

Andrzej Kita: Najważniejsza jest kasa. Obecny prezes i działacze przespali moment na przyciągnięcie sponsorów po złotym medalu Michała Kwiatkowskiego, czy teraz po medalach zdobytych przez Maję Włoszczowską i Rafała Majkę. Za tym nie poszły dodatkowe pieniądze i związek był zdołowany. Im lepsze mieliśmy wyniki, tym było gorzej, bo pieniądze ze szkolenia były zabierane na stypendia. Te wzrosły ze 100 tys. złotych do miliona. A na szkolenie juniora zostało 80 tys. Co można za to zrobić? Już nie mówię o długach. Przez siedem lat nie została spłacona nawet złotówka. Więc na pytanie, co nowego chciałbym wnieść odpowiadam: pieniądze.

Wacław Skarul: Przy niekwestionowanych sukcesach polskiego kolarstwa, przy 33 medalach w tym roku, w tym dwóch olimpijskich, mam świadomość, że na kilku obszarach mogłoby być o wiele lepiej. Chciałbym do Narodowego Programu Rozwoju Kolarstwa, który jest w tej chwili naszym sztandarowym programem, wnieść planowany wcześniej silny drugi poziom. To znaczy realną pomoc finansową dla klubów oraz stworzenie kilku silnych ośrodków, które dadzą uzdolnionej młodzieży, czyli kolarzom do lat 23, możliwość prawidłowego rozwoju i staną się przedsionkiem do zawodowej kariery.

Pana pomysły na rozwiązanie wciąż niezbyt dobrej sytuacji finansowej Związku i generowanie przychodu z toru w Pruszkowie?

Dariusz Banaszek: Na torze muszą odbywać się imprezy, przede wszystkim sportowe, choć nie tylko. Jeśli chodzi o sytuacje finansową związku, to jest dzisiaj stabilna, ale wciąż mamy długi. Związek przegrał sprawę z Mostostalem, czyli wykonawcą toru. Rozwiązanie tej sprawy to dla mnie priorytet. Dziwię się, że prezes tego nie załatwił. Ja mam pomysł, jak to zrobić, jestem po rozmowach z prezesem firmy Mostostal, panem Tadeuszem Rybakiem.

Andrzej Domin: Na torze powinny odbywać się inne imprezy, poza kolarskimi. Jeśli tor jest do tego nie przystosowany, trzeba to zmienić i przebudować go tak, aby mogły się na nim odbywać imprezy typu koncerty, wystawy, gale bokserskie czy inne. Tor powinien zarobić na swoje utrzymanie, w Polsce nie mamy wiele tak dobrych obiektów.

Mnie to się w głowie nie mieści, że związek przez tyle lat ma jednego sponsora – CCC. Jak można wmawiać wszystkim, że nie można znaleźć sponsora i opierać się jedynie na pieniądzach ministerialnych. Najgorsze jest to, że w związku nie mam z kim rozmawiać. Odpowiedź na wszystkie niewygodne pytania jest jedna – mamy 33 medale. Tylko, że te medale, to nie jest zasługa pana Skarula i Piątka, a samych zawodników i trenerów klubowych. Najgorsze jest to, że Ci, którzy są najbliżej problemu nim się nie przejmują. Najważniejsze dla nich jest to aby zostać przy tych stanowiskach.

Andrzej Kita: Torem zajmowałem się dość blisko, mam to wszystko obliczone. Z własnych pieniędzy musiałem wyłożyć prawie 300 tys. złotych, by klepka nie odpadła. Oczywiście odzyskałem to, ale w newralgicznym momencie założyłem pieniądze. Miesięczne utrzymanie toru kosztuje 120 tys. złotych, a potrafiliśmy na nim zarobić 60-70 tys. Resztę musi wyłożyć sponsor. Przede wszystkim uważam, że związek nie powinien utrzymywać toru. Taki obiekt powinien być przekazany do Centralnego Ośrodka Sportu. Trzeba więc przekazać tor do COS, ale utrzymać tutaj dożywotnio siedzibę związku, bo my daliśmy działkę, więc jakiś wkład też mamy.

Wacław Skarul: Wszystkie pomieszczenia na torze w Pruszkowie, które nie służyły bezpośredniej pracy z kolarzami, były w ostatnich latach wynajęte. Ściągaliśmy różnego rodzaju imprezy i tor w pewnym stopniu zarabiał na swoje utrzymanie. Prawda jest jednak taka, że nie jesteśmy dziś w stanie zarobić na pełne utrzymanie toru i musimy korzystać z dotacji. Cały czas szukamy kontrahentów, z obiektu korzysta Polski Związek Badmintona, odbyły się mistrzostwa świata modeli latających, ale to wszystko za mało. Usytuowanie toru w Pruszkowie także nie ułatwia sprawy. Marzy mi się organizacja kolarskiej sześciodniówki, ale nie wychowaliśmy sobie jeszcze publiczności, która przyjedzie na taką imprezę do Pruszkowa i wypełni trybuny. Stoję na stanowisku, że tor powinien być pod zarządem Centralnego Ośrodka Sportu, ale oddany do dyspozycji Związku.

Jaki ma pan pomysł na przyciągnięcie sponsorów do kolarstwa?

Dariusz Banaszek: Związek ma dobrego sponsora, firmę CCC i jeśli wygram, chciałbym spotkać się z nim w pierwszej kolejności. Nie wyobrażam sobie, żeby ta współpraca nie trwała dalej. Są też inne pomysły, począwszy od tego, o którym mówi ministerstwo sportu, po moje własne. Chcę, żeby PZKol był jednym z najbogatszych związków w Polsce.

Andrzej Domin: Kolarstwo musi mieć umowy z mediami. Każdy sponsor przelicza wydane pieniądze na korzyści jakie ma z zainwestowanej złotówki. Uważam, że grupy zawodowe, organizatorzy największych wyścigów powinni zapłacić telewizji za relacje. Zapewniam, że po roku całemu środowisku by się to zwróciło z nawiązką, w postaci nowych sponsorów. Ponadto, aby przyciągnąć sponsorów, uważam, że przy wszystkich imprezach kolarskich powinny odbywać się inne wydarzenia, jak festyny.

Andrzej Kita: To pytanie zawiera odpowiedź na wcześniejszą kwestię, czyli jak poprawić finanse związku. Musimy mieć mocnych sponsorów. Ministerstwo sportu nie ma możliwości przekazania nam środków na wszystkie potrzeby. Nie może spłacić długu PZKol. Tylko dobry sponsor spłaci dług, a przedwczoraj zapadł ostateczny wyrok, który nakazuje nam spłatę.

Wacław Skarul: Uważam, że w ostatnich czterech latach udało mi się odbudować wiarygodność PZKol. Długi, które zastałem, zostały zmniejszone o połowę. Na początku mojej kadencji 50% długu to był Mostostal, a drugie 50% to ponad 250 innych wierzycieli. Do tego Związek był w okresie karencji czyli nie mógł otrzymywać dotacji budżetowych. To zastałem po poprzednikach. W tej chwili mamy dług tylko wobec Mostostalu, a to jest 50% z tego, co było. PZKol jest znów partnerem do rozmów dzięki stabilności, do której doprowadziły nasze działania w ostatnich latach. Zostaliśmy zakwalifikowani przez Ministerstwo Sportu do grupy dyscyplin kluczowych, w której znalazło się 5 związków mających szanse na bardzo konkretne wsparcie sponsoringowe. To wszystko sprawia, że dziś możemy wystąpić do potencjalnych sponsorów z konkretną ofertą. Jednym z moich pierwszych zadań po wygranych wyborach byłoby znalezienie i zatrudnienie osoby odpowiedzialnej za sprawy marketingu.

W jaki sposób chciałby pan podnosić kompetencje trenerów?

Dariusz Banaszek: Chcę się otoczyć fachowcami, a sprawami trenerskimi zajmie się szef wyszkolenia. Mam już taką osobę wybraną i to będzie jego rola. Oczywiście, decyzje podejmiemy wspólnie, ale ostatnie słowo będzie należało do niego. To szef wyszkolenia bierze odpowiedzialność za te sprawy, a ja później rozliczam go z efektów pracy. To zdrowa sytuacja.

Andrzej Domin: Przede wszystkim zacząłbym od spotkania całego środowiska kolarskiego, z trenerami kadry, klubowymi, po to aby wysłuchać ich zdania na temat polskiego kolarstwa. Żaden z nas nie jest ekspertem w każdej dziedzinie. Trzeba poznać opinie wszystkich i dostosować odpowiedni cykl szkoleniowy do potrzeb jakie wystąpią.

Andrzej Kita: Od kilku lat optuję za tym, by stworzyć mocny dział szkolenia i lepiej wykorzystać Andrzeja Piątka. To człowiek, który trafia się raz na jakiś czas. Tak jak mieliśmy wielkie szkoły trenerskie w boksie czy lekkoatletyce, tak teraz trzeba stworzyć polską szkołę kolarstwa. Trzeba sięgnąć jeszcze głębiej, by Andrzej mógł stworzyć system, który zapewni nam sukcesy na następne dwadzieścia lat. Mocny dział szkolenia przełoży się na to, by ukierunkować trenerów w całej Polsce. Bez nich niczego by nie było.

Wacław Skarul: Przez wiele lat prowadziłem specjalizację kolarską i wykształciłem 92 trenerów. Z grupą osób, które udało mi się zgromadzić w Związku stworzyliśmy bardzo konkretny plan i rozpoczęliśmy już pierwsze kursy instruktorskie. Ramy szkolenia są stworzone i jako doświadczony trener także aktywnie się w nie włączam.

Biorąc pod uwagę wpadki dopingowe już w kategorii juniorskiej, jakie działania podjąłby pan w tym zakresie? I jak, w związku z nowymi przepisami antydopingowymi, chciałby pan kształtować politykę informacyjną związku w tych kwestiach? Czy związek, jak zdarzało się to dotychczas, powinien ukrywać przed opinią publiczną wpadki dopingowe?

Dariusz Banaszek: Żadna wpadka dopingowa nie pomaga dyscyplinie, ale każdą wpadkę trzeba nagłaśniać, bo tak trzeba z tym walczyć. Uważam, że to najlepsza droga.

Andrzej Domin: Związek powinien starać się, aby w każdym klubie czy to amatorskim, czy zawodowym była odpowiednia polityka informacyjna. Większość zawodników to są młodzi ludzie, którzy wiedzę, nie zawsze dobrą, czerpią z internetu. Związek powinien zadbać o odpowiednią kampanię informacyjną, aby zawodnicy byli świadomi jakie substancje są zakazane, gdzie mogą je spotkać i jak się uchronić przed przypadkowym ich przyjęciem. Od nowego roku nie będzie komisji dyscyplinarnych przy związkach. Będzie ogólnopolska komisja zajmująca się wszystkimi dyscyplinami. To na pewno bardzo dobry krok. Każda przypadek ukarania zawodnika za stosowanie dopingu, powinien być podany opinii publicznej.

Andrzej Kita: O wszystkich wpadkach dopingowych należy informować, powinna być pełna przejrzystość. Zresztą minister sportu zamierza się tym zająć. Sportowiec, który wpadnie na koksie, ma zwracać środki wydane na szkolenie. Ja bym poszedł jeszcze dalej. Junior złapany na dopingu powinien kończyć karierę. Nie ma, że po dwóch latach wróci do sportu. Zero tolerancji dla dopingu. Na szczęście moim zdaniem dziś kolarstwo w dużym stopniu się z niego oczyściło.

Wacław Skarul: Nie istnieją dziś żadne regulacje wskazujące na sposób komunikacji takich przypadków. Nowa ustawa Ministerstwa Sportu i powstanie jednej komisji dyscyplinarnej dla wszystkich dyscyplin zmusi zarządy związków do ustalenia procedury komunikacyjnej dotyczącej zdefiniowanych przypadków dopingu. Musi być jasno określone co i w którym momencie należy komunikować. Z dopingiem należy walczyć w sposób zdecydowany i jest to wpisane w programy wszystkich szkoleń trenerskich i instruktorskich. Szkoleniowcy kadry powinni mówić o tym młodzieży przy okazji wszystkich zgrupowań i przypominać o zapisach w Karcie Reprezentanta Polski. Może nie każdy o tym wie, ale w tym roku po raz pierwszy powstał dokument regulujący zachowania, które powinny cechować reprezentanta Polski. Są tam zapisane prawa i obowiązki, jest jasne stanowisko dotyczące dopingu.

Dlaczego chce pan zostać prezesem, w czym jest Pan lepszy od pozostałych kandydatów?

Dariusz Banaszek: Namawiano mnie do kandydowania już cztery lata temu, ale nie byłem gotowy. Dzisiaj jest inaczej, czuję się odpowiednio przygotowany merytorycznie, znam i kocham tę dyscyplinę sportu. Potrafię podejmować decyzje, znam się na zarządzaniu i marketingu. Sam mam kilka firm, które odniosły sukces.

Andrzej Domin: Chciałbym zostać prezesem po to, aby uratować związek przed dalszym nieekonomicznym zarządzaniem. PZKol jest źle kierowany, w sytuacji gdy ma tak dużo długów nie robi nic aby je zmniejszyć. Gorzej już być nie może. Ja chcę pracować na rzecz kolarstwa. Najlepiej jak potrafię. Trzeba wspierać się ekspertami, którzy podpowiedzą jak rozwiązać palące problemy.

Andrzej Kita: Jestem w stanie dość mocno zaangażować się w rolę prezesa. Znam dobrze sytuację związku. Myślę, że dałbym sobie radę z problemami.

Wacław Skarul: Wyprowadziłem PZKol z najgorszego położenia jakie miał w swojej historii, oczywiście pomijając lata wojenne. Nie było chętnych aby pokierować Związkiem i przywrócić mu należne miejsce wśród najsilniejszych organizacji sportowych. Dzisiaj pod względem wyników jesteśmy w absolutnej czołówce w kraju, co uważam za swój największy dotychczasowy sukces. Długi zostały znacznie zredukowane i gdybym otrzymał kredyt zaufania na jeszcze jedna kadencję, doprowadziłbym do wyczyszczenia tej sytuacji. Moje wieloletnie doświadczenie zawodowe jest połączeniem działalności w kolarstwie z pracą menadżera. Nie można zrobić ze związku sportowego korporacji, ale można zapraszać do współpracy różnych ludzi i tworzyć odpowiednie zespoły projektowe pracujące nad zlikwidowaniem słabości, które z pewnością są ciągle obecne w polskim kolarstwie.

Jak chce pan pogodzić sterowanie odgórne przez Ministerstwo Sportu (jak zapowiada minister Witold Bańka) i statut oraz zapisy prawne UCI, które wyraźnie mówią o autonomii PZKol?

Dariusz Banaszek: Nie sądzę, żeby to mógł być problem. Ministerstwo, tak jak my, chce tego samego – dobrego zarządzania i wyników sportowych. Mamy wspólne cele i będziemy je realizować. Chcemy ściśle współpracować z ministerstwem, nie wyobrażam sobie innej drogi.

Andrzej Domin: Na to pytanie nikt nie będzie w stanie odpowiedzieć. Mamy obecnie do czynienia z tak szybkimi zmianami ustawowymi, że nie możemy przewidzieć co będzie za tydzień czy dwa. Dziś są założenia takie, za miesiąc będą inne. Jeśli będzie konkretna ustawa, trzeba się będzie do niej dostosować.

Andrzej Kita: Nie uważam, by PZKol był odgórnie sterowany. Oczywiście ministerstwo ma prawo rozliczać te obszary, na które wykłada pieniądze. Ale nie ma wpływu na autonomiczne decyzje związku.

Wacław Skarul: Rozumiem postawę Ministerstwa Sportu, które będąc głównym sponsorem związków sportowych i kierując do nich strumień państwowych pieniędzy chce mieć pewność, że są one racjonalnie wydawane. Moim celem w obecnej kadencji było właśnie odzyskanie wiarygodności wobec Ministerstwa Sportu. Uważam, że to mi się udało, a jednocześnie nie mam wrażenia żeby Ministerstwo nakładało na mnie jakiś kaganiec. Nie ma takiego problemu.

Minister Bańka chce wprowadzić zakaz zarobkowania przez prezesów związków. Jak zamierza pan godzić kierowanie PZKol z inną pracą?

Dariusz Banaszek: Jestem niezależny finansowo. W każdej firmie mam prezesa, który odpowiada za wyniki. Jestem spokojny. A związek? Nie wyobrażam sobie, aby przy tych długach prezes miał pobierać jakiekolwiek wynagrodzenie. 

Andrzej Domin: Nie wyobrażam sobie, aby prezes związku mógł zarabiać jakiekolwiek pieniądze. Do tej pory było to stanowisko nieodpłatne i dalej tak powinno być. Naszego związku na to nie stać. Nie oczekuję żadnych korzyści z tytułu sprawowania funkcji prezesa związku. Zdaję sobie sprawę, że będę musiał zrezygnować z części zadań i pracy, którą wykonuję na co dzień. Jeśli miałbym pracować na rzecz związku, na pewno zaangażuję się w pełni.

Andrzej Kita: Popieram ten pomysł pana ministra. Byłem oburzony na różne praktyki z przeszłości, że członkowie zarządu organizowali imprezy poprzez swoje firmy i brali za to pieniądze PZKol. Jestem sędzią i trenerem i proszę mi wierzyć, że nigdy nie wziąłem nawet złotówki za rozliczenie podróży służbowej. Jeśli chodzi o zaangażowanie, to jestem już w takim wieku, że moją firmę bardziej prowadzi córka. Jestem odciążony z działań w biznesie i mogę się poświęcić związkowi. Zresztą mam sto procent obecności na zebraniach zarządu, a są osoby, które pojawiły się raz przez cztery lata.

Wacław Skarul: Ze środków Ministerstwa przekazywanych do Związku można opłacać tak zwane koszty pośrednie. Dotyczy to wynagrodzenia dyrektorów sportowych, trenerów, pracowników biura czy sekretarza generalnego. I te osoby, zdaniem Ministerstwa, nie powinny zasiadać w zarządach związków sportowych. Nie ma jednak przepisów zabraniających pozyskiwania środków z innych źródeł i opłacania prezesa czy jakiegokolwiek innego menadżera zatrudnionego przez Związek.

Czy związek powinien starać się w równym stopniu kłaść nacisk na wszystkie dyscypliny, czy wybrać priorytetowe?

Dariusz Banaszek: Na ten temat można rozmawiać bardzo długo. Trzeba szukać kompromisów. Wiadomo, że najwięcej medali można zdobyć na torze, a z drugiej strony królową kolarstwa jest szosa. A przecież jest jeszcze kolarstwo górskie, przełaje, BMX. To zadanie dla nowego zarządu, bo wszystko trzeba odpowiednio poukładać.

Andrzej Domin: Każda odmiana kolarstwa powinna mieć możliwość swobodnego rozwijania się. Związek powinien wspomagać każdą dyscyplinę, która swoją postawą pokazuje że idzie w dobrym kierunku tj. ma wyniki, jest dobrze odbierana przez społeczeństwo. Nie wolno dyskryminować żadnej odmiany kolarstwa. Nie możemy się nastawiać tylko na dyscypliny olimpijskie. Na pewno one są ważne. Olimpiada jest raz na cztery lata, mistrzostwa świata w każdej odmianie mamy co roku.

Maratony MTB stały się bardzo popularne, jeżdżą w nich tysiące ludzi, a na mistrzostwach polski w cross-country, w elicie, startuje garstka zawodników. Rola związku jest taka, aby doprowadzić do wspólnego porozumienia organizatorów wyścigów. Kolejny przykład to przełaje. Dziwimy się czemu kolarstwo staje się mniej popularne, a niestety sami do tego doprowadzamy. Nie promujemy tej dyscypliny. W Czechach czy Belgii, aby obejrzeć wyścig przełajowy trzeba zapłacić za bilet. A u nas kibicami są jedynie trenerzy i rodzice zawodników.

Dwa lata temu mój zawodnik startował na mistrzostwach świata w przełajach. Musiałem zapewnić mu hotel i podróż, bo związek nie miał na to pieniędzy. Ale żeby wynająć firmę która załatwi bilety na wyjazd na szosowe mistrzostwa świata oraz zakwaterowanie i dostanie 30% prowizji od 500 tys. złotych, to na to się znalazły pieniądze...

Andrzej Kita: Wszystko zależy od finansów. Na pewno musimy dbać o szosę, tor i MTB. Osobiście jest mi bliski także BMX, wybudowałem tor w Lublinie, na którym trzy razy odbyły się mistrzostwa Polski. Ale na BMX na razie nie dostajemy nawet złotówki z ministerstwa, więc trzeba zachować priorytety. Tak jak Węgrzy, którzy na igrzyskach skupili się na pływaniu, piłce wodnej, wiosłach. I mają z tego medale.

Wacław Skarul: Główny sponsor, czyli Ministerstwo Sportu, kładzie główny nacisk na dyscypliny olimpijskie i siłą rzeczy one muszą być traktowane priorytetowo. Od dwóch lat sytuacja PZKol poprawiła się jednak na tyle, że zaczęliśmy dofinansowywać także dyscypliny nieobecne na igrzyskach i uważam, że w miarę możliwości także na to trzeba wynajdować środki.

Który, jeśli nie pan, z pozostałych kandydatów, wydaje się panu najlepszy?

Dariusz Banaszek: Szanuję każdego z rywali, ale żadnego nie wskazuję.

Andrzej Domin: Widzę tylko Dariusza Banaszka, nie widzę innego kandydata który mógłby coś zmienić w związku. A zmiany są potrzebne. Związkiem nie może zarządzać dyrektor sportowy, musi być silny prezes, ze sprawnym, kompetentnym zarządem.

Andrzej Kita: Prezesem powinna zostać osoba z Warszawy i wywodząca się z kolarstwa.

Wacław Skarul: brak odpowiedzi.