Czas honoru

Czas karencji. Dwa proste słowa, a ile interpretacji. Sama Unia prawdopodobnie nie do końca wie, o co chodzi w tym czasie karencji. Że niby dyskwalifikować zawodników, którzy wjechali na metę ileś tam minut za zwycięzcą? Aha, rzecz niby jasna i logiczna. Praktyka wygląda jednak różnie, jak pokazała Vuelta a Espana.

Regulamin UCI zawiera pewne zasady. Z zasadami jest jednak tak, że albo się ich trzymamy, albo nie trzymamy. Kiedy postępujemy wbrew pewnym regułom powinniśmy zostać ukarani. Problem w tym, że kanon nakazów i zakazów Międzynarodowej Unii Kolarskiej jest tak mało precyzyjny, że nawet ciężko jest kogoś zbanować. No chyba, że klient wpadł na koksie…

Czarna owca peletonu Nacer Bouhanni na cenzurowanym znajduje się od dawna. Bo Bokser, bo mówi to, co myśli, bo ryzykownie finiszuje, bo często zmienia tor jazdy i przeszkadza. Ostatnio został z tego powodu zdyskwalifikowany i nie przyznano mu zwycięstwa w Hamburgu. Decyzję podjęli sędziowie. Gdyby jednak utrzymali wynik, też nikt nie miałby do nich większych pretensji. Moc leży więc w rękach komisarzy. To oni mówią, co wolno, a czego nie wolno. Kodeks UCI daje im wolną rękę. Pierwiastek subiektywny odgrywa więc znaczącą rolę. Lecz subiektywne doznania są mało sprawdzalne.

Czas karencji jest za to sprawdzalny, nawet łatwo. I cóż z tego, skoro UCI i tak pozostawia pewną furtkę. W jednodniówkach można zameldować się na kresce w czasie o 8% dłuższym niż zwycięzca. Na wyścigach etapowych taka norma już nie obowiązuje. Jury bierze pod uwagę profil i trudność etapu ustalając, jak bardzo można się spóźnić. W niektórych przypadkach rozmawia się też z organizatorem. Organizator naturalnie chce, żeby peleton był jak największy, więc zawsze będzie za tym, żeby czasy karencji wydłużyć. Tak czy siak, kolarz, który dojedzie do mety i przekroczy okres ochronny, musi spakować manatki, pożegnać się z drużynowymi kolegami i może wrócić do rodziny.

Przed etapem wiadomo, jaki czas karencji ustalono. Również przed niezwykle eksplozywnym 15. odcinkiem Vuelty wszyscy wiedzieli, że ponad 50-minutowe spóźnienie, niczym na dworcu PKP zimą, nie przystoi. Komisarzom teoretycznie nie pozostało nic innego, jak wszystkim delikwentom z grupetto podziękować. I tyle.

Ok, na mecie w Aramon Formigal było ich sporo, bo 93. W wyścigu pozostałoby tylko nieco ponad 70 zawodników. Mało, mało. Vuelta to przecież grand tour. Grand tour z 70-osobowym peletonem przed kluczowymi etapami? Nie, nie może być, myśli organizator. Coś z tym fantem musimy zrobić. Zrobiono, banu nie było.

Dobra, w przeszłości sędziowie już niejednokrotnie decydowali się na taki krok, z reguły machaliśmy na to rękami twierdząc, „dajcie kolarzom żyć i jechać dalej”. Jednak teraz całe zamieszanie wzbogacone zostało o jeden ciekawy smaczek. Otóż wśród spóźnialskich znalazło się aż sześciu kolarzy teamu Sky. A Chris Froome bez swoich pomocników stoi na pozycji przegranej. Przypadek? „Frumi” co prawda mówił, że byłby gotów ścigać się dalej sam jak palec i jest za dyskwalifikacją. Ale co miał powiedzieć innego? Że cieszy się, iż przez brak sankcji ma jeszcze przynajmniej teoretyczne szanse na czerwoną  koszulkę? Co jak co, ale w Sky specjalistów od pijaru to mają klasy światowej.

Sky i ogólnie Brytyjczycy cieszą się w światowym kolarstwie uznaniem. Oglądaliście torowe zmagania z Rio de Janeiro, kiedy pewnych dwóch panów C. i K. nie zdyskwalifikowano, chociaż wszelkie przesłanki mówiły coś innego? Nie oznacza to oczywiście, że Brytyjczycy podporządkowali sobie Unię, że nią rządzą, a panowie z UCI z Brytyjczykiem Brianem Cooksonem trzęsą portkami. Widać jednak, że z Synami Albionu wszyscy się liczą i zanim ktoś, coś postanowi, zastanowi się cztery razy, wypije dwie kawy i zje ciasteczko. Podwładni Elżbiety II przez ostatnie lata swoimi sukcesami zapracowali sobie na szacunek. Czy zapracowali sobie na uprzywilejowane traktowanie?

Sekstet ze Sky powinien zostać wyrzucony z wyścigu, podobnie jak cała reszta czasowych „przestępców”. Ci w grupetto nie musieli się spinać, dojechali do mety bez nadmiernego nakładu sił. Nie spóźnili się o 2-3 minuty, walcząc o utrzymanie się w limicie, ale intencjonalnie odpuścili, wychodząc z założenia, że niemal stu chłopa nikt nie odważy się ruszyć. I niestety, nie przeliczyli się, a na drugi dzień jeden z wypoczętych Jean-Pierre Drucker wykonał swój sprint życia po etapowe zwycięstwo.

Tak samo jak broniłem decyzji sędziów z Tour de France w sprawie biegnącego na Ventoux Froome’a, który upadł przez kibiców, tak samo uważam(y), że w Pirenejach popełniono błąd. Kolarstwo to nie wycieczka krajoznawcza. Reguły nie są po to, by je łamać. Nie zdążyłeś? Sorry, takie mamy zasady, papa. Obojętnie czy nazywasz się Gesink czy Gołaś. Obojętnie, czy jesteś ze Sky czy Movistaru. Obojętnie, czy masz paszport brytyjski, czy z Rosji.

Panowie sędziowie, miejcie jaja w egzekwowaniu własnych ustaleń. Nie przejmujcie się organizatorami. Zapracujcie sobie na respekt, który mają Brytyjczycy i odprawcie z kwitkiem nawet większą grupkę kolarzy, a nie tylko pojedynczych. Pamiętacie, jak wykluczyliście Nibalego za jazdę na klamce? Choć holowanie nadal jest obecne, to nikt już  nie jest na tyle głupi, by organizować sobie podwózkę na oczach milionów telewidzów. Dajcie przykład.

banner