Wypowiedzi po 105. edycji Mediolan - San Remo

kristoff-mediolan-sanremo2014

Po raz drugi z rzędu aura na trasie wyścigu Mediolan - San Remo dała kibicom i zawodnikom powody by stanowczo zakwestionować wiosenny charakter wyścigu.

Włoska "primavera" pokazała się z mało sympatycznej strony - w ubiegłym roku padał śnieg, dziś na trasie padał deszcz, a temperatura sprawiła, że z rywalizacji na 294-kilometrowej trasie zrezygnowało wielu zawodników.

W wyścigu ze startu wspólnego podczas igrzysk olimpijskich w Londynie zdobył brązowy medal. Ale dzisiaj zdecydowanie pobił to osiągnięcie. Norweg Alexander Kristoff wygrał 105. edycję Mediolan-San Remo.

Niesamowite uczucie. Niesamowite. Triumfowałem w jednym z najważniejszych wyścigów na świecie. Do tego w najdłuższym wyścigu na świecie. Przed startem mówiłem sobie, że będę zadowolony z top 10, tyle by mi wystarczyło

– mówił reprezentant rosyjskiego zespołu Katusha.

Norweg wykorzystał kapitalną pomoc Luki Paoliniego, który wywalczył dla swojego kolegi wyśmienitą pozycję wyjściową.

Luca bardzo mi dzisiaj pomógł, w ogóle cała ekipa jechała super. Sprint był ciężki, nieprzewidywalny. Finisz po pokonaniu 300 km różni się przecież od sprintu po 200 km. Normalnie w końcówkach nie tracę zbyt dużej energii, nawet na takich gigantycznych dystansach. Kiedy zobaczyłem, że finał rozpoczął Mark Cavendish, ja zacząłem swój. Na ostatnich 150 metrów miałem jeszcze sporo siły

– stwierdził Kristoff.

podium-mediolan-sanremo2014

W ciężkich warunkach pogodowych drugie miejsce na finiszu wywalczył lider ekipy Trek Factory Racing - Fabian Cancellara.

Jestem naprawdę zmęczony, to była jazda na przetrwanie. Było mi strasznie zimno. Brak Pompeiany nie zmienia jednego - to jest bardzo ciężki wyścig. W końcówce rozgrywka toczyła się między sprinterami, więc chyba nie poszło mi najgorzej

- mówił "Spratakus", który na kresce grzmotnął pięścią w kierownicę, wyrażając swoje niezadowolenie. Dla Szwajcara to drugie miejsce ma słodko-gorzki smak - już po raz czwarty z rzędu staje na podium najdłuższego wyścigu jednodniowego świata. Trzy drugie miejsca znaczą też jego wyjątkowy wynik we wszystkich monumentach w jakich startował - w ostatnich 10 największych klasykach, które ukończył, ma cztery zwycięstwa (Paryż Roubaix 2010 i 2013, Ronde van Vlaanderen 2010 i 2013), cztery drugie lokaty (Mediolan-San Remo 2011, 2012, 2014; Paryż-Roubaix 2011) i dwa trzecie miejsca (Mediolan-San Remo 2013 i Ronde van Vlaanderen 2011).

La Primavera jest ciężka, bo musisz być cierpliwym - czekasz i czekasz. Może przez to robi się trochę nudno. To nie Flandria, nie Roubaix. Rozważałem atak na koniec Poggio, ale zbyt wielu zawodników wyglądało świeżo. Po zjeździe to samo - nie było gdzie odjechać, więc czekanie na sprint było najlepszą i jedyną opcją

- mówił triumfator wyścigu z 2008 roku.

Jasne, że chciałem wygrać, a nie skończyć drugi, czy trzeci, jak przez ostatnie 4 lata. Ale warunki były specyficzne, cieszę się z tego jak wypadłem wśród najlepszych sprinterów. Finisz rozegrałem najlepiej jak umiałem, użyłem swoich "niesprinterskich" umiejętności by zająć dobrą pozycję, ale Kristoff był za daleko. Teraz chcę tylko wziąć gorący prysznic i wymyć oczy, bo nic nie widzę

- zakończył przemoczony Szwajcar.

Z trzeciego miejsca niesamowicie cieszył się z kolei Ben Swift (Team Sky). Dla Brytyjczyka wynik ten to spełnienie marzeń i wyraźny sygnał, że w wyścigach jednodniowych należy się z nim poważnie liczyć.

To jest wyścig, do którego przymierzałem się w przeszłości, o którym marzyłem przez lata. To jedyny  wielkich wyścigów, który odpowiada mojej charakterystyce, bo w terenie takim jak ten zwykle dobrze kręcę i dobrze się czuję. Zrealizowanie tego marzenia to wspaniałe uczucie

- powiedział Brytyjczyk oficerom prasowym zespołu Sky.

Chyba nigdy nie czułem się tak źle podczas wyścigu. Było po prostu zimno. Z upływem kilometrów czułem się coraz lepiej, a gdy pozbyliśmy się pelerynek przeciwdeszczowych i zaczęło się prawdziwe ściganie, byłem już sobą. Na podjazdach deszcz dał się we znaki wielu zawodnikom. Spodziewaliśmy się licznych ataków, ale wyszło inaczej

- mówił Swift, który jest dopiero czwartym Brytyjczykiem na podium włoskiego monumentu. Wcześniej trzecie miejsce wywalczył Brian Robinson (1957), a triumfy notowali Tom Simpson (1964) i Mark Cavendish (2009).

Ekipa jechała razem cały dzień. Nie chcieliśmy się wychylać, ale równocześnie trzymać się czuba peleton w końcówce. Ja się dobrze ustawiłem przed Cipressą i to pomogło. Na zjeździe robiłem wszystko by utrzymać się z przodu i bezpiecznie dojechać na finisz. Rozpoczynając sprint próbowałem wybrać kolarza, na którego kole usiądę. Trochę mnie przyblokowali, ale miałem szczęście i się wydostałem

- podsumowywał 26-latek.

Milano-Sanremo 2014

Rozczarowany swoją postawą był Peter Sagan (Cannondale). 10. miejsce nie mogło zadowolić lidera włoskiej ekipy, który przed rokiem finiszował drugi, a w przedwyścigowych typowaniach był zdecydowanie faworytem.

Nie będę oszukiwał: spodziewałem się innego wyniku, ale i mnie zła pogoda dała się we znaki. Nie było łatwo rozegrać finału w taki sposób, jaki sobie założyłem. Czułem, jakby moje nogi były zablokowane. Nie byłem w stanie zafiniszować. To był ciężki dzień

– powiedział Słowak.

Gwiazda teamu Cannondale tylko częściowo wyciągnęła wnioski z zeszłorocznej porażki. W najważniejszym momencie zabrakło jej mocy.

W mojej aktualnej formie dałem z siebie wszystko. Dziękuję mojej ekipie za pomoc i wsparcie. Teraz mam nadzieję, że belgijskie klasyki okażą się dla mnie szczęśliwsze i bardziej satysfakcjonujące

– dodał Sagan.

Rok temu "Hulk" przegrał z Geraldem Ciolkiem, któremu tym razem nie udało się obronić tytułu. Niemiec nie był jednak zbyt smutny z tego powodu.

Jestem zadowolony z tego, co dzisiaj pokazałem. Udowodniłem, że moje zeszłoroczne zwycięstwo nie było dziełem przypadku. Na ostatnich podjazdach pod Cipressę i Poggio chciałem jechać z przodu, udało się. W końcówce byłem nieco przyblokowany, nie mogłem pojechać mojego własnego sprintu. Finał był chaotyczny

– oznajmił zawodnik prokontynentalnego zespołu MTN-Qhubeka.

Do „wiosennych mistrzostw świata”, które w tym roku, podobnie jak w zeszłym, nic w sobie z wiosny nie miały, startował Mark Cavendish. Ostatecznie zameldował się na 5. pozycji.

Dzisiaj było strasznie zimno, przez cały dzień czułem się dziwnie. Zbyt wcześnie zacząłem mój sprint, ale kiedy minął mnie Sacha Modolo tak naprawdę nie miałem żadnego innego wyjścia, jak wystartować. Gdyby warunki pogodowe były trochę lepsze...

– relacjonował „Cav”.

Głowa mistrzowi Wielkiej Brytanii mówiła „pędź”, nogi za to mówiły zupełnie coś innego.

Kiedy zdecydowałem się na sprint, moje nogi się zatrzymały. One nie chciały współpracować. Kristoff przyleciał szybko, bardzo szybko. Jeszcze się spiąłem i udało się zdobyć 5. lokatę. Mimo wszystko jestem zadowolony z mojej formy tym bardziej, że dzisiejszy dzień był naprawdę ciężki. Iljo Keisse cały czas się mną opiekował. Świetną robotę wykonał Jan Bakelants. Przez 70 km chronił mnie przed wiatrem. Na ostatnich podjazdach Zdenek Stybar zawsze był przy mnie.

Aktywność w końcówce wyścigu wykazywał duet zespołu BMC - Philippe Gilbert i Greg van Avermaet. Z akcji organizowanych przez Belgów nie wyszło jednak wiele i obie czerwono-czarne koszulki zostały doścignięte ponad 2 kilometry przed finałem. Obaj skończyli w grupie, jednak dla Gilberta, który nastawiał się na zajęcie wysokiej pozycji, 13. miejsce to słaby występ.

Po raz drugi z rzędu mieliśmy bardzo ciężki wyścig, z deszczem i przy niskiej temperaturze. Ciężko mocniej kręcić w finale przy takich warunkach. To nie wymówka, po prostu było ciężej. Ja i Greg próbowaliśmy utrzymać czołowe pozycje na Cipressie i Poggio. Atakowałem, zrobiła się przerwa, miałem nadzieję, że uda mu się odjechać z kolarzem Bardiani. Ale nic z tego nie wyszło

- mówił Belg, który zmagania skończył w czołowej grupce.

Van Avermaet mimo dalszej pozycji był ze swojego występu zadowolony.

Myślę, że pojechaliśmy całkiem dobry wyścig. Było ciężko, ale wszyscy wykonali swoje zadania, a ja i Phil byliśmy w czołówce na Cipressie i Poggio. Nie wystarczyło to niestety by zgubić sprinterów.

Milano-Sanremo 2014

Bartosz Huzarski (Team NetApp-Endura) przyjechał ze stratą ponad 14 minut na 102. pozycji:

300 km po nic. Pierwsze 200 jeszcze jako tako ale przy drugiej fali ulewy i przy temperaturze niezmiennej 4 st. C po prostu zamarzłem. Nawet dla mnie to było za dużo

- napisał na Facebooku "Huzar".

fot. Lapresse

If you have found a spelling error, please, notify us by selecting that text and pressing Ctrl+Enter.

Spelling error report

The following text will be sent to our editors: