"My Francuzi wiemy jak..."

To się porobiło. Wszyscy chcą być jak grupa Sky. Mieć równie wspaniałe wyniki, wielki budżet, znakomitą organizację i prześwitujące czarne koszulki. Ekipa Dave’a Brailsforda jest w modzie, jest prorokiem, jest ideałem i maszynką do robienia kasy. Swojemu głównemu sponsorowi, koncernowi medialnemu BSkyB, nabija i tak już pełne kieszenie.

Sky to jeden z kilku teamów, które można określić narodowymi. W czasach, kiedy przymiotnik „narodowy” z reguły kojarzy się bardzo negatywnie, akurat w przypadku kolarstwa stał się on synonimem sukcesu. Popatrzcie tylko na inne „grupy państwowe”. I rosyjska Katiusza, i australijska Orica mają się świetnie. Wspierane przez krajowe związki drużyny mogą korzystać, a jakże, z państwowych centrum sportowych, czy opieki medycznej stojącej na wysokim poziomie. Do tego zastrzyk finansowy od sponsora generalnego powoduje, że co jak co, ale problemy egzystencjalne ich nie tyczą. Klawe życie. Nic tylko jeździć w ekipie narodowej.

Zaraz, zaraz, ktoś z Was powie, a co z Euskaltelem? Z tą słynną pomarańczową drużyną, która po prawie 20 lat w zawodowym peletonie została rozwiązana? Ok., przyznajmy szczerze, braci Basków tylko częściowo można uznać za team narodowy. Hiszpańska federacja rzadko interesowała się działalnością Euskaltelu, stajnia mogła liczyć jedynie na pomoc ze strony lokalnego rządu, regionalnego związku i własnych baskijskich ofiarodawców. Co nie zmienia faktu, że Euskaltel był protoplastą wszystkich narodowych zespołów, które dzisiaj ścigają się o największe laury.

Teraz drogą Sky, tych niebiańskich gladiatorów na rowerach Pinarello, chcą podążyć Francuzi. Ponad niebiosa – nomen omen – struktury zarządzania w brytyjskiej grupie wychwalał poza tym właściciel Tinkoff Bank Oleg Tinkov. Każdy patrzy jednym okiem na Sky, a drugim próbuje zgapić system i przystosować go do swoich potrzeb. Brailsford i nowy prezydent UCI Brian Cookson, który przez lata kierował brytyjską federacją i zasiadał na wysokim stanowisku w Sky Procycling, powinni wcześniej opatentować własne rozwiązania. Copyright by Sky. Kopiowanie surowo zabronione.

Na czym polega pomysł francuskiego związku? W największym skrócie FFC chce na modłę Sky stworzyć własną bazę szkoleniową i własny zespół mężczyzn i kobiet nie tylko na szosie, ale również w BMXach, na torze czy w przełajach. Brytyjczycy swoją siedzibę mają w Manchesterze, Francuzi zapewne wybraliby na nią świeżo co otworzony welodrom w podparyskim Saint-Quentin-en-Yvelines. Cel podstawowy brzmi: Francuz na najwyższym stopniu podium Tour de France, Francuzi sięgający po medale olimpijskie.

Wszystko ładnie, pięknie. Problem w tym, że Francuzi jak na razie snują wyłącznie plany, a w garści nie trzymają żadnych konkretów. Takie pogadanki-cacanki. Nie mają sponsora (takiego medialnego BSkyB, takiej gazowej Itery, takiej wybuchowej Orica), nie mają pieniędzy. Mają jedynie daleko idące sny o kolarskiej potędze. Sorry, ale jak na razie to mało. Za mało. Chociaż od marzeń wszystko się zaczyna...

Mimo wspaniałej karty, jaką Francuzi zapisali w historii kolarstwa, ostatnie trzy dekady były dla nich jedną wielką posuchą. Ostatnim tricolore, który triumfował w Grand Boucle, był Bernard Hinault w 1985 roku. Trzydzieści lat temu! O Giro d’Italia czy Vuelta a Espana nawet nie wspominając: w Giro Laurent Fignon zwyciężył w 1989 roku, we Vuelcie Laurent Jalabert w 1995 roku. Francuzi mogą się szczycić wieloma znakomitymi fighterami na dwóch kółkach, choćby takim Virenque, lecz wygrywali zawsze inni. Nawet tytuł mistrzowski Laurenta Brocharda (1998) większość tłumaczyła dniem konia, celnym zastrzykiem i fartem, a nie sportową klasą czempiona.

Do tego wszystkiego dochodzi – wielokrotnie wałkowana – afera Festiny. Ci wszyscy źli chłopcy, ten niedobry Willy Voet, te marzenia, które prysły, te złudzenia, to rozczarowanie. Ten koniec kolarstwa, jak pisały gazety w 1998 roku. Ci wszyscy brudni Dufaux, Moreau czy Rous. Synowie francuskiego peletonu. Nadzieje na lepsze jutro. Przegrani.

Dlatego nie dziwota, że Francuzi chcą wrócić tam, gdzie już kiedyś byli. Na sam wierzchołek piramidy, tam hen u góry. W niebie. We francuskim niebie.

Czy jednak inicjatywa „edycja-kopiuj-wklej” wypali? Czy powstanie francuska wersja Sky? Czy nad Sekwaną i Loarą chowana na serze i winie wyrośnie ekipa, która nie tylko stawi czoła konkurencji, ale również będzie ciągnęła za sznurki? Szansa ku temu nadarzyła się wręcz wyjątkowa, ponieważ jednym z propagatorów idei jest David Lappartient, czyli prezydent Europejskiej Unii Kolarskiej. Lappartient zresztą kiedyś chciał, by Tour de France rozgrywany był w historycznym modusie: same drużyny narodowe, żadne firmowe, co oczywiście jest mało prawdopodobne. Bo nawet te potencjalne ekipy narodowe muszą z czegoś żyć. Z pieniędzy, którymi sypnie sponsor.

Za ruchami wykonywanymi przez Francuzów widać wolę, i co najważniejsze, determinację. W takich kategoriach należałoby też postrzegać koncepcję Lappartienta zorganizowania szosowych mistrzostw Europy elity. Chyba nikt się nie spodziewa, że na starcie stanie śmietanka światowego kolarstwa, która przecież i tak ma w sezonie multum wyścigów. Nie da się przygotować w roku kilku szczytów formy. W ME pojawią się więc zawodnicy z drugiego planu. Ci, co dzielą i rządzą np. w imprezach z serii Europe Tour. A w niej narodowo Francuzi w 2013 roku byli na pierwszym miejscu, worldtourowy teraz Europcar zwyciężył w rankingu drużynowym, a indywidualnie w top 10 koguty miały trzech swoich ludzi. Przypadek te ME? Podobno w przypadki się nie wierzy.

Niech Francuzom się poszczęści z ich wariantem Sky, tego trzeba im życzyć, choć na dzień dzisiejszy przedsięwzięciu jest bliżej do utopii niż do real life. Kto nie próbuje, ten jednak nie zyskuje, więc trzymajmy kciuki za dzielnych Galów. Trzymajmy też kciuki za nas, za polskie kolarstwo. Bo czemu nie zmontować podobny narodowy zespół z bazą w Pruszkowie? Jest tor, jest zaplecze, są trenerzy. Być może brakuje tylko chęci...

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: