Giro d'Italia 2016: Alejandro Valverde: "ja się nigdy nie poddaję"

Hiszpański zawodnik wciąż celuje w podium Corsa Rosa.

Alejandro Valverde w swoim pierwszym występie w Giro d'Italia spisuje się wyjątkowo dobrze. Hiszpan w ostatnich latach bierze udział w coraz większej liczbie imprez na Półwyspie Apenińskim i po latach kalibrowania formy na lipcowy Tour de France zdecydował się wreszcie na debiut w majowym Giro d'Italia.

Lider ekipy Movistar po dwóch tygodniach rywalizacji zajmuje czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej, 38 sekund za Vincenzo Nibalim (Astana), 1:17 za Estebanem Chavesem (Orica-GreenEdge) i 3:29 za prowadzącym Stevenem Kruijswijkiem (Team LottoNL - Jumbo).

36-latek do Italii nie przyjechał na wakacje. Nie zmogła go deszczowa pogoda pierwszych dni, nie zaplątał się w kraksy i nie stracił głupio czasu. 15 etapów Giro było jak dotąd kwintesencją tego co w Hiszpanie podziwiają rywale i komentatorzy - mieszanką żelaznej konsekwencji, drużynowej współpracy, dynamiki i jazdy w górach na najwyższym poziomie.

Wczorajsza czasówka była bardzo dobra i pozwoliła mi potwierdzić to, co próbowałem pokazać na górskich etapach - nogi kręcą dobrze. Pojechałem bardzo dobrze... czuję się świetnie. Ekipa też jest w dobrej dyspozycji i na pewno rzucimy na pokład wszystko co mamy. Celem było i jest podium, a jestem blisko

- mówił Valverde w opublikowanym przez ekipę Movistar nagraniu video.

Hiszpan świetną postawą na stokach Alpe di Siusi odrobił nieco czasu do Chavesa i Nibalego, którzy do defensywy zepchnęli go na 14. etapie. Na atak duetu na Passo Valparola nie odpowiedzieli najgroźniejsi rywale, a Valverde na mecie zapisał trzyminutową stratę.

Jechaliśmy na wysokości przez dłuższy czas i bałem się tego, jak zareaguje na to mój organizm. 2200 metrów, 1800, znowu 2200... nie jestem do tego przyzwyczajony. To nie był mój dzień. Nie byłem zmęczony, po prostu kręciło mi się w głowie i nie czułem się pewnie

- wspominał.

Po poniedziałkowej przerwie kolarze wracają do ścigania na górskim odcinku naznaczonym dwoma długimi wspinaczkami i krótkim podjazdem na metę w Andalo.

Po dniu przerwy jest krótki etap, to będzie ciężkie przeżycie. Książka wyścigu mówi, że to premie drugiej kategorii. Podjeżdżałem obie i nie mam pojęcia czemu tak je sklasyfikowano. To są premie pierwszej kategorii

- mówił zdziwiony 36-latek, odnosząc się do Passo della Mendola (14,8 km; 6,5%, maks. 10%) i Fai della Paganella (10,2 km; 7,4%, maks. 15%).

Pytany o dyspozycję rywali i rozgrywkę w trzecim tygodniu, Valverde zaznaczył, że by odwrócić losy walki o podium potrzebne mogą być dłuższe ataki.

Astana będzie jechała jak wściekła. My też mamy w sobie tę sportową wściekłość, miejmy nadzieję, że także moc w nogach. Jeśli będziemy się dobrze czuli, będzie bitwa. Nie tylko na ostatnim podjeździe, być może przyjdzie nam zaatakować wcześniej

- powiedział odnosząc się do piątkowego etapu do Risoul.

Wyścig w Alpy wjeżdża w piątek - najpierw na kolarzy czeka 162-kilometrowy etap z metą we francuskiej stacji narciarskiej Risoul, a na zakończenie monstrualny 134-kilometrowy etap z trzema wspinaczkami, m.in. z Col de la Bonette i Col della Lombarda - których szczyty położone są odpowiednio na wysokości 2715 i 2350 metrów, co ponownie może okazać się kłopotem dla Valverde.

Niespodzianki mogą być na każdym etapie. To jest Giro, tu wszystko się może zdarzyć. Sobota to oczywiście kulminacja, straszny etap. Ciągle jestem blisko podium, więc nie możemy się poddać.

Hiszpan w wywiadzie analizował też krótko najgroźniejszych rywali.

Kruijswijk jest najmocniejszy. Nibali to furia i odwaga, na pewno zaatakuje. Chaves? Wygląda bardzo mocno, ale myślę, że jest zadowolony z tego gdzie jest. Majka? Pewnie zaatakuje, ale nie wydaje mi się, że postawi wszystko na jedną kartę. Zakarin? Jemu nie można pozwolić odjechać. On jest trochę jak Nibali, atakuje i niczego się nie boi

- wyliczał.

Valverde w stawce faworytów jest najstarszy, rywali w wiekowej klasyfikacji dystansując o 5, 8, a nawet 10 lat. Wiek zdaje się jednak nie mieć znaczenia dla "Balaverde" - podopieczny Eusebio Unzue zaledwie rok temu zakończył Tour de France na trzecim miejscu, notując wynik, którego nie udało mu się osiągnąć na przestrzeni wielu lat.

Chciałem zaznaczyć, jesteśmy ludźmi. Nasze organizmy nie zawsze reagują tak, jakbyśmy chcieli. Głowa mówi "dalej, dalej", a ciało wciska "stop". Przeciwnicy są niesamowicie utalentowani, ale ci, którzy mnie znają, wiedzą, że ja się nigdy nie poddaję. I szybko się podnoszę po upadku, co pokazałem wczoraj

- podsumował optymistycznie kolarz z Murcji.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: