Zostajemy w domu

fot. Marek Kosowski/rowery.org

O realiach w relacjonowaniu polskiego wyścigu słów kilka.

U nas nie zobaczycie raportów live z Tour de Pologne, nie zobaczycie zdjęć z przebiegu naszego narodowego touru. Zabraknie ekskluzywnych materiałów i wywiadów. Z jednego prostego powodu: zabraknie nas na jedynej polskiej worldtourowej imprezie.

A dlaczego nas nie ma? Nie chcieliśmy? Oczywiście, że chcieliśmy, lecz nie dostaliśmy akredytacji na cały tydzień, by móc podążać z wyścigiem, kolarzami i balonami. Po dogadaniu się z koleżeństwem z pro-cycling.org wystąpiliśmy do organizatorów razem, sądząc, że wspólnie zdołamy coś wywalczyć. Nie zdołaliśmy, zostaliśmy zbyci. Nawet nie znaleziono czasu na konkretną rozmowę. Potem okazało się, że owszem akra się znajdzie, ale... jedna na obie redakcje.

Chcieliśmy już podzielić Martynę oraz Pawła i wysłać do Warszawy każdą z połówek, by odebrali papierek na nazwisko Martyna Gadzała. Jednak po chwili dłuższej zadumy i filozoficznej refleksji, uznaliśmy, że nie tędy droga.

Szkoda, bo wydawało nam się, że serwujemy całkiem niezły kontent, że coś potrafimy zrobić i zaciekawić, zwrócić uwagę na pewne aspekty, które w medialnym harmidrze gdzieś się gubią i są zapominane. Jak widać, myliliśmy się. Nie należymy do mainstreamu, nie wychwalamy każdego jak popadnie, nie zarabiamy na tej „fuszce”, jesteśmy niezależni. Może dla niektórych zbyt niezależni...

Partner, tylko jaki?

Rok temu, owszem, trafiliśmy do rodziny medialnych partnerów... regionalnych czy lokalnych, nieważne jak to zwał. W zamian za publikację online można było poruszać się bez ograniczeń w rowerowym miasteczku i przejechać etapy w kolumnie... reklamowej. Czyli dwie godziny przed zawodowcami, zaczepista perspektywa.

Takim regionalnym partnerem, jak sama nazwa wskazuje, może być tytuł związany z regionem np. Gazeta Krakowska w przypadku Małopolski czy Życie Warszawy w przypadku stolicy. Ale czy rzeczywiście portal branżowy? Nam chodziło i cały czas chodzi o pełną akredytację: z utrzymaniem, noclegiem itd. Choćby jedną na każdą redakcję. Dla nas koszta niebotyczne, dla organizatora/ów niewielkie. A zyski są po obu stronach - my jedziemy na wyścig, a organizatorzy mogą być spokojni o relację live w dwóch językach, wywiady, poza-ramowe materiały z trasy i zza kulis. No i teksty w zagranicznych pismach czy na portalach, z którymi współpracujemy. Wszystko na gwarancji by rowery.org - gwarancja jakości taka sama przez ostatnie 18 lat, czyli pewnie dłużej niż wyścig istnieje w sieci. Nie żebyśmy się chwalili, uważali się za wybitnych czy uprawiali autoreklamę, daleko nam od tego, ale może w końcu nadszedł czas, by przedstawić kilka faktów.

Dla przykładu, kiedy w 2013 roku prowadziliśmy na Twitterze relację na żywo z górskich etapów, pisały do nas wszystkie zespoły WorldTour, chcąc dowiedzieć się, co dzieje się na trasie, gdyż relacja na oficjalnych kanałach nie podawała im żadnych przydatnych informacji. Podobnie przed rokiem, tu nawet koledzy i koleżanki z Cyclingnews musieli zerkać na naszą listę startową, bo w innych miejscach nie mogli znaleźć odpowiedniego formatu i poprawionych składów. Gdyby nie my, to Tour de Pologne w najważniejszym niemieckim medium internetowym w ogóle by nie zaistniał.

Równocześnie rozumiemy, że organizatorzy zainteresowani są współpracą tylko z największymi platformami medialnymi. Więc jeśli zapytacie: "to czemu właśnie wy mielibyście taki pakiet otrzymać?", odpowiemy: "bo inni go otrzymują." Koledzy i koleżanki różnych porównywalnych kolarskich inicjatyw. Jasne, chodzi głównie o zasięg. Zripostujecie: "a widzicie, zasięg, was czyta mniej ludzi!" Tak, zgadza się. Wierzymy jednak w dalszym ciągu głęboko, że znaczenie ma nie tylko ilość, ale również jakość.

Dla porównania: Eneco Tour wspierany jest oficjalnie przez dwa portale o podobnym do nas zasięgu: wielerrevue.nl i cycling.be. Podkreślmy, przez portal holenderski i belgijski, gdzie kolarstwo to przecież sport narodowy.

Trudny temat

W tym roku na wyścigu nie będzie nas, będą za to inni przedstawiciele prasy kolarsko-rowerowej oraz tradycyjnie media casualowe (dzięki Marek za ten zwrot). I dobrze, niech będą, niech pracują, niech piszą, niech te teksty będą czytane. Niech informują. My też będziemy informować, chociaż jesteśmy niemile widziani, na swój niekomercyjny sposób. Tak jak potrafimy najlepiej, na dystans, nie będąc na miejscu. Posiłkować  się będziemy m.in. pozostawiającymi wiele do życzenia relacjami telewizji publicznej, jednak we will do our best.

Powyższe akapity nie są żadnym wylewaniem żali i nie należy ich odczytywać w tym kontekście. Chociaż jak ktoś chce, tak je odczyta. Nie nasz problem. Chcemy jedynie zasygnalizować pewną dziwną politykę marketingową, choć pisząc to zastanawiamy się czy w ogóle warto.

Zaistniała sytuacja jest trochę osobliwa: redakcja, której bez większego kłopotu organizatorzy wystawiają akredytacje na Tour de France, Giro d’Italia, szwajcarskie wyścigi WorldTour czy niemieckie etapówki, której członkowie – bo przecież nie profesjonalni dziennikarze, my nimi nie jesteśmy – pisują zarówno w Polsce, jak i poza jej granicami, którzy są członkami międzynarodowych organizacji dziennikarskich i innych pokrewnych stowarzyszeń, na swój narodowy wyścig pojechać nie mogą. To znaczy: mogą. Mogą wydelegować Martynę Gadzałę bądź pojechać na własną rękę i własny koszt.

Szczerze? Na własny koszt to wolimy wybrać się na Amstel Gold, Fleche Wallonne, Paryż-Roubaix, Giro d'Italia czy Grand Boucle. Osobiście nawet do Hamburga. Niby liga ta sama, ale, nie oszukujmy się, renoma większa.

Mimo tego życzymy wszystkim udanego Tour de Pologne! Bo to jest, mimo niedociągnięć, całkiem fajny wyścig. Nasz wyścig, również tych mniejszych, z mniejszym zasięgiem.

fot. Marek Kosowski/rowery.org

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając błędny fragment tekstu i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: