Legenda Paryż-Roubaix

O początkach legendarnego wyścigu, który drogi północnej Francji przemierza już od 120 lat.

Paryż-Roubaix swoją legendę zawdzięcza niezwykle wymagającej trasie, najeżonej krótkimi brukowymi odcinkami, które wplecione są w ponad 250 kilometrową podróż spod Paryża do położonego przy granicy z Belgią Roubaix. Wyścig zawsze wzbudzał wielkie emocje, zarówno ze względu na wydarzenia na trasie, jak poza nią. Jedyny dziś wyścig szosowy regularnie kończący się finiszem na welodromie w tym roku będzie gościł peleton 114 raz.

Pomysłodawcy wyścigu z Paryża do Roubaix pochodzili z tego drugiego miasta, nazywanego często, ze względu na prężnie rozwijający się przemysł fabryczny, francuskim Manchesterem. Theo Vienne oraz Maurice Perez byli właścicielami dużej fabryki włókienniczej w Roubaix i oprócz prowadzenia biznesu zajmowali się też promocją sportu. Vienne był również promotorem walk bokserskich, ale do jego najbardziej spektakularnych pomysłów należało zorganizowanie walki lwa z bykiem, na którą przybyły tłumy zwabione niecodziennym wydarzeniem. Dwaj przedsiębiorcy kupili działkę i postanowili wybudować na niej welodrom, który od czasu otwarcia w 1895 roku cieszył się dużą popularnością. Roubaix, które rozwijało się w bardzo szybkim tempie, było miastem, do którego napływało sporo ludzi skuszonych możliwością znalezienia pracy. Pojawiały się kolejne fabryki, ludzi przybywało, więc Vienne i Perez wyczuli swoją okazję, wiedząc również doskonale jako kolarze amatorzy, że w północnej części Francji kolarstwo było wtedy bezsprzecznie najpopularniejszym sportem.

W lutym 1896 roku, zainspirowani powodzeniem wyścigu Bordeaux-Paryż, wpadli na pomysł, aby zorganizować wyścig, który prowadziłby z Paryża do Roubaix. Sprawa nie była prosta i obaj panowie nie mieli szans sami zorganizować podobnie zaawansowanego przedsięwzięcia logistycznego. Pomoc nadeszła z dwóch stron. Po pierwsze, w projekt zaangażował się komunizujący mer Roubaix, Henri Carette. Jego pobudki co prawda mocno różniły się od tych, które przyświecały dwóm biznesmenom – rywalizację sportową widział on przez pryzmat walki klasowej – ale cel pozostawał wspólny.

Po drugie, panowie udali się do Paryża w poszukiwaniu wsparcia, które, jak słusznie sądzili, mogło nadejść ze strony mediów. Dziennikarz Paris-Vélo Louis Minart, do którego się udali, odesłał ich do swego szefa, Paula Rousseau. Ten, nie wiedząc czy powinien się zgodzić, wysłał na rekonesans jednego z korespondentów, zajmującego się kolarstwem Victora Breyera. Zmordowany całodzienną harówka, Breyer powrócił do Paryża z mieszanymi uczuciami i dopiero po długiej rozmowie z Viennem i Perezem zgodził się poprzeć projekt.

Start pierwszej edycji ustalono na 19 kwietnia 1896 roku. Zawodnicy ruszali z samego Paryża, a nie jak obecnie z jego okolic. Na starcie miało stanąć 118 zawodników, co, kiedy przypomnimy sobie zaledwie 37 kolarzy na starcie pierwszej edycji „Flandrii” 17 lat później, mogło robić wrażenie. Dzień wyścigu sprowadził jednak organizatorów na ziemię, gdyż połowa zapisanych nie pojawiła się w wyznaczonym miejscu. Samo zainteresowanie tak wśród kolarzy, jak kibiców nie może jednak dziwić, jako że w samym Roubaix działały wówczas już cztery kluby kolarskie, a do Francji zjeżdżali najlepsi zawodnicy z całej Europy, gdyż było tam najwięcej okazji do rywalizowania na szosie.

Startujący, których ostatecznie zarejestrowano 51, zostali podzieleni na dwie kategorie, a więc zawodników „z okolic Lille” oraz wszystkich pozostałych. 280-kilometrowa trasa była sporym wyzwaniem, a najlepiej poradził sobie z nim Niemiec Joseph Fischer. Fischer już od połowy trasy był na przedzie razem z Walijczykiem Arthurem Lintonem, który jednak wskutek zderzenia z psem nie był w stanie nawiązać walki o zwycięstwo. O dużym umiędzynarodowieniu wyścigu świadczyć może pochodzenie zwycięzcy oraz zdobywcy drugiego miejsca, Duńczyka Charlesa Meyera, który miał już wówczas na koncie tryumf w prestiżowym Bordeaux-Paris. Linton natomiast finiszował na czwartym miejscu.

Wyścig Paryż-Roubaix, ze względu na stabilność finansową i sporą popularność kolarstwa w północnej Francji, miał zapewniony byt i nie groził mu los Liege-Bastogne-Liege, które po trzech pierwszych edycjach zniknęło z kolarskiej mapy, aby ponownie pojawić się dopiero w 1908 roku. Kolejne edycje wyścigu, który nie był jeszcze znany jako „Piekło Północy” (taki przydomek został mu nadany po I wojnie światowej), promowały nieraz późniejszych tryumfatorów Tour de France i dawały francuskim zawodnikom możliwość rozpoczęcia sezonu na wymagającej trasie.

Paryż-Roubaix nie był dla wielu zawodników wyścigiem docelowym. Spełniał raczej rolę przygotowawczą przed rozgrywanym miesiąc później dwa razy dłuższym Bordeaux-Paryż. Do czasu wojny rozgrywany był jednak bez przerwy, jego prestiż wzrastał z każdym rokiem, a organizatorzy doczekali się dominatora w postaci Octave Lapize’a, który tryumfował w latach 1909, 1910 oraz 1911. Ten sam, który organizatorów Tour de France wyzywał od morderców za nagromadzenie górskich trudności, stawał rokrocznie na starcie Paryż-Roubaix i mimo postury górala, trzykrotnie zwyciężał w wyścigu dziś uważanym za jedno z największych wyzwań dla zawodowego kolarza.

ASO/B.Bade

Paryż-Roubaix przez lata ewoluował. Trasa ulegała zmianom, dodawano kolejne sekcje brukowe, które z czasem stały się symbolem wyścigu. Dla jednych bolesnym, dla innych romantycznym. Dziś bez Lasku Arenberg czy Mons-en-Pévèle nie wyobrażamy sobie tego wyścigu. Jest to jedna z tych imprez, gdzie ślady przeszłości stykają się ze współczesnością, w oczywisty sposób ją wzbogacając. Każdy kibic kolarstwa wyczekuje kiedy ujrzy welodrom w Roubaix w pewną kwietniową niedzielę. Niedzielę w Piekle.

banner