Johan Bruyneel szczerze o dopingu w latach 90.

Były manager zespołu US Postal i człowiek stojący za sukcesami Lance'a Armstronga, Johan Bruyneel, po raz pierwszy w przestrzeni publicznej poruszył ze szczegółami temat dopingu.

Belg w 2014 roku otrzymał 10-letnią dyskwalifikację od Amerykańskiej Agencji Antydopingowej (USADA), a po apelacji Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) od 2018 roku mocą wyroku Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS) zdyskwalifikowany jest dożywotnio.

Pogodziłem się z dożywotnią dyskwalifikacją, zaakceptowałem ją. Biorę odpowiedzialność za to, co się stało, nie za wszystko o co jestem oskarżany przez USADA. Zaakceptowałem, że byliśmy częścią pokolenia, dla którego sport wyglądał inaczej niż dzisiaj

– powiedział w obszernej rozmowie z badaczami International Network of Doping Research przy duńskim Aarhus University.

Bruyneel w przeszłości przyznał już, że wstydzi się swoich działań i arogancji, aczkolwiek podkreślał również, że US Postal nie robiło niczego, co odbiegałoby od standardów ówczesnego peletonu.

Byłem kolarzem w latach 1987 i 1998. Miałem kontakt z metodami dopingowymi w trakcie kariery, one były mi oferowane i ja je przyjmowałem

– zaznaczył w poprowadzonej w formie podcastu rozmowie.

Belg po raz pierwszy tak otwarcie mówił o dopingu i swoim udziale w prowadzeniu zespołu US Postal, który w latach 1999-2005 z Lancem Armstrongiem wygrał siedem wyścigów Tour de France.

Możemy oczywiście powiedzieć, że to była norma, że taka była kultura. To prawda, ale to niekoniecznie czyni te zachowania właściwymi. W tym punkcie życia, wiedząc to, co wiem dziś, żałuję, że pewne rzeczy miały miejsce, że byłem współautorem pewnych decyzji

– dodał.

Bruyneel na podstawie doświadczeń swojej generacji malował obraz sytuacji, w jakiej znajdowali się młodzi sportowcy. Te wspomnienia zgodne są z tym, co wcześniej opisywali jego byli podopieczni, m.in. Jonathan Vaughters.

Doping to nie biało-czarna sytuacja. Trzeba umieć postawić się w sytuacji kolarza. Weźmy lata 90.: młody chłopak, który zaczyna z hobby, z marzeniem. Niektórzy mają talent, niektórzy do tego są w stanie dołożyć tyle pracy, żeby móc myśleć o byciu wśród najlepszych wśród amatorów, a potem dotrzeć do zawodowego peletonu. To moje doświadczenie.

Kiedy ja zacząłem się ścigać, EPO jeszcze chyba nie było w obrocie. Kiedy zostajesz zawodowcem, konfrontujesz się z najlepszymi kolarzami świata różnych generacji, nie tylko swojego pokolenia. Jesteś młody, a w grze wciąż są dużo starsi kolarze. W normalnych warunkach, jeśli masz talent, poświęcasz się temu sportowi, jesteś zdyscyplinowany, wyróżniasz się etyką pracy, wskakujesz do najwyższej ligi. Po jednym, dwóch, może trzech latach zdajesz sobie sprawę, że robisz wszystko jak należy, ale to nie jest wystarczające

– mówił.

Stosowanie rekombinowanej erytropoetyny (EPO) w peletonie w latach 90. XX wieku i na początku XXI wieku było powszechne wobec braku realnych środków wykrywania tego środka. EPO, jako hormon pobudzający produkcję czerwonych krwinek, dawał olbrzymie zyski kolarzom o naturalnie niższym poziomie hematokrytu, a mniejsze kolarzom o wyższym poziomie. W tej sytuacji dysproporcje między kolarzami stosującymi ten środek a tymi niestosującymi go były ogromne, a największe zyski notowali kolarze niekoniecznie najlepiej fizjologicznie predestynowani.

W moim czasie do tego dochodziła świadomość, że ludzie, od których byłeś wcześniej mocniejszy, są albo na twoim poziomie albo mocniejsi. Po 2-3 latach zaczynasz się orientować, że coś jest grane. Tak było w moich czasach. EPO w porównaniu o innych środków to zupełnie inny poziom. Wcześniej mieliśmy kortykosteroidy, sterydy anaboliczne, testosteron. One robiły różnicę, ale nie taką jak EPO. W przypadku EPO to nie była kwestia tak lub nie. Albo bierzesz i robisz to cały czas i, jeśli jesteś dobry, to winduje cię do grona najlepszych. Albo może się pakować i wracać do domu. To było tak proste. Tak wielka różnica między tak i nie

– wspominał.

Bruyneelowi nie podoba się postrzeganie zawodników wspomagających się dopingiem krwi jako złych, a kolarzy jeżdżących na kortykosteroidach jako mniej złych. Doping to doping, mówi.

Wyobraźcie sobie to w ten sposób: młodzi zawodnicy najczęściej nie mają życiowego planu B. Zaczęli kolarstwo w wieku 14-15 lat, poważnie zaczęli o tym myśleć w wieku 18 lat. Teraz trochę się to zmieniło, ale w moich czasach nie było planu awaryjnego, to było ich dorastanie, ich sposób na życie. Jeśli masz 21-23 lat i orientujesz się, że wszystko co robisz nie jest wystarczające, nie możesz zawrócić... co możesz zrobić? Oni nie mają wykształcenia. Niektórzy musieli zawrócić, ale w tej sytuacji chcesz trzymać się tego sportu jak najdłużej. Łatwo powiedzieć "wszyscy brali i to było takie złe". Oczywiście, że było złe. Ale to nie jest ani łatwe ani biało-czarne. Nie chcę tego bronić, ale to delikatny temat i trudny do oceny

– zaznaczył.

Mogli sądzić? Mogli

Bruyneel w swoich rozważaniach wskazał na rozziew między procedurami organizacji antydopingowych i przepisami organizacji sportowych a sposobami prowadzenia spraw w sądach powszechnych.

Belg uważa, że amerykańska agencja nie posiada jurysdykcji nad nim, obywatelem Belgii. Zaznacza, że wszystkie działania prowadzone były w formie arbitrażu, a on nie podpisał nigdy umowy arbitrażowej z amerykańską Agencją. Co ciekawe, to on sam zdecydował się podjąć walkę z USADA w ramach zaproponowanego schematu prowadzonego przez American Arbitration Association (AAA).

Zostałem zmuszony do odpowiedzenia na dyskwalifikację, którą na mnie nałożyli, a w ramach tego złożyć musiałem apelację do CASu, który wydał wyrok. Moje prawa dotyczące przedawnienia, równego traktowania i proporcjonalności sankcji zostały zupełnie zignorowane

– napisał w załączonym liście, zaznaczając, że ten rozdział swojego życia uważa za zamknięty i że nadal chce pracować w kolarstwie.

Zarówno USADA, jak i AAA jasno potwierdziły, że złamania przepisów antydopingowych otworzyły furtkę do tego by Bruyneel został objęty działaniami USADA.

USADA, która swoją jurysdykcją obejmuje kolarzy amerykańskich, zajmować się mogła sprawą Armstronga, a ponieważ odkryła dopingowy schemat wokół US Postal, na mocy art. 15.3 Kodeksu WADA mogła przesłuchiwać i karać uwikłanych w to naruszenie. Co więcej, Bruyneel, jako posiadacz licencji UCI, zobowiązany był do przestrzegania przepisów antydopingowych UCI, które zapisy Kodeksu WADA odzwierciedlają w paragrafie 11. 

W skrócie: kto udowodnił, ten wymierza karę i to na swoich zasadach.

USADA obeszła natomiast przepisy o przedawnieniu (8 lat) na gruncie prawa amerykańskiego.

Konstrukcja prawna jest następująca: w 2005 roku Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) zarządził, że: “przerwanie, zawieszenie, wygaśnięcie lub rozszerzenie takiego [ośmioletniego] okresu powinno być rozważone w kontekście prawa prywatnego kraju, gdzie zainteresowane władze sportowe mają siedzibę. (CAS 2005/C/841 CONI)”. Na mocy orzecznictwa amerykańskiego, kto ukrywa dowody i zataja fakty w celu ukrycia swojego oszustwa, nie może korzystać z przepisów o przedawnieniu.

Armstrong, który 9 razy skłamał pod przysięgą i któremu udowodniono wpływanie na licznych świadków i zastraszanie, nie mógł zatem skorzystać z przepisów o przedawnieniu.

Bruyneel przyznaje, że w ramach systemu swoich czasów robił mniej niż chwalebne rzeczy, ale kwestionuje legalność metod agencji, która zmusiła go do przyznania się do robienia tych rzeczy.

Raport USADA z 2012 roku nazwał "sensacyjnym reportażem" i podtrzymuje, że sprawa nie utrzymałaby się w żadnym sądzie.

Nazwałbym to biznesem antydopingowym, nie systemem. Nie zapominajmy, że te organizacje są przecież finansowane przez pieniądze rządowe, więc mam wrażenie, że czasami to bardziej biznes

– stwierdził.

Jako przykład Bruyneel podaje 6-miesięczne sankcje dla kolarzy zeznających przeciwko Armstrongowi. Były manager wskazał, że w zeznaniach dla USADA kolarze przyznali się m.in. do rozprowadzania środków dopingowych, kary zagrożonej 4 letnią banicją. Te nawet po skróceniu, nadal byłyby rocznymi karami.

Po 6-letniej batalii prawnej Belg przyznaje, że walka nie była warta wydatków na prawników, stresu, kłopotów osobistych. Belg w marcu przyznał, że proces kosztował go małżeństwo i zdrowie: wcześniej szukał pomocy psychologicznej i lekarskiej.

Suchej nitki Bruyneel nie zostawił za to na byłym prezydencie UCI, Brianie Cooksonie. Za rządów Cooksona powstała Niezależna Komisja ds. Reformy Kolarstwa (CIRC), która sporządziła raport na temat praktyk dopingowych oraz czynników utrzymujących w miejscu dopingową kulturę w zawodowym kolarstwie.

Rozmawiałem z nimi przez 2 dni. Powiedziałem im o swoich doświadczeniach jako kolarz i manager. Byłem bardzo zaskoczony, gdy przeczytałem raport i nic z moich zeznań nie zostało w nim ujęte. Nic, zero. Nie byli zainteresowani. Raport CIRC był manewrem PR-owym, by pokazać, że badali przeszłość, i że nie chcą być za nią obwiniani. Gdyby to był raport antydopingowy, to wyglądałby inaczej. [Cookson] wydał na to 3 miliony, a w mojej ocenie raport nie zmienił nic

– podsumował Bruyneel.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając błędny fragment tekstu i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: