Magia Giro d'Italia. Etna, wiatry i Contador

Gniew mocarza, podmuchy wiatru i słoweńska odyseja. Wspinaczka na Etnę podczas Giro d'Italia pojawiała się pięć razy. Tylko raz jednak powstałe na podjeździe różnice miały większe znaczenie w klasyfikacji generalnej.

Wspinaczka na Etnę po raz szósty w historii znalazła się w programie Giro d'Italia. Wyścig przełożony został na październik, ale w ramach majowego cyklu "Magia Giro d'Italia" przyglądamy się wjazdom na (wciąż aktywny!) sycylijski wulkan.

Etna jako podjazd dla kolarzy w XX wieku wykorzystana została zaledwie dwa razy. Dopiero w ostatnich 10 latach podjazd powrócił trzykrotnie, a organizatorzy zdecydowali się wykorzystać go w pierwszej fazie wyścigu.

Etap z metą na podjeździe we wczesnej fazie wyścigu to zwykle pierwszy test dla faworytów, ale niekoniecznie test miarodajny. Na tym etapie wyścigu 15 lub 18 kilometrów wspinaczki nie wprowadzało tradycyjnie wielkich różnic między liderami, choć zmęczyć się było gdzie, gdyż 7-procentowe średnie nachylenie przerywają bardziej strome wstawki. Dużą rolę gra jednak topografia: wulkaniczny krajobraz to w zasadzie skały, przed wiatrem nie ma się gdzie schować.

W pięciu podejściach na Etnę, kolarz podjeżdżali zwykle od południa, kończąc rywalizację w Rifugio Sapienza. W tym roku organizatorzy peleton wysłać chcą od strony północnej

1967 || Pierwszy wulkan

Etnę po raz pierwszy peleton szturmował w 1967 roku, a etap siódmy, z metą zlokalizowaną w Rifugio Sapienza, wygrał Franco Bitossi.

Zapis wideo z ówcześnie prowadzonej relacji telewizyjnej wyraźny nie jest, ale warty jest przejrzenia, choćby tylko by zobaczyć jak komicznie wyglądała wtedy kolumna wyścigu eskortująca zawodników.

Etap nie zmienił zasadniczo losów wyścigu, a na mecie różnice między faworytami wyścigu nie były wielkie: zdobywca maglia rosa Felice Gimondi przyjechał na metę w większej grupce.

1989 || Portugalski zwycięzca

Giro d'Italia na Sycylię przyjeżdżało regularnie, ale na zbocza Etny powróciło dopiero w 1989 roku. W programie wspinaczkę umieszczono już na drugim etapie, a zwycięsko z walki na ostatnim kilometrze wyszedł Acacio da Silva.

W przeciwieństwie do poprzedniej wizyty oraz tych po niej następujących, kolarze nie wspinali się na wysokość 1800-1900 metrów: Da Silva triumfował na wysokości 1300 metrów, a wspinaczka ponownie nikomu z faworytów kłopotów nie przysporzyła.

Portugalczyk, który przez dwa dni nosił koszulkę lidera, w klasyfikacji generalnej wiele nie zwojował. Wyścig w tymże roku wygrał Laurent Fignon, a polscy kibice pamiętać mogą dwa wygrane przez Lecha Piaseckiego etapy.

2011 || Gniew mocarza

Alberto Contador nie był zadowolony. Hiszpan Giro d'Italia zaczął z wiszącym nad jego sportową karierą widmem dyskwalifikacji za stosowanie zabronionych środków wspomagających. Przeciągające się procedury dla kolarza musiały być torturą, dla dziennikarzy tematem dominującym kręcące się dalej wyścigi.

"El Pistolero" nie bawił się w czekanie, atakował już na ósmym etapie, w mało sprzyjającym mu terenie podążając za Oscarem Gatto, który wygrał tenże odcinek.

Na dziewiątym etapie, zakończonym wspinaczką na Etnę, Hiszpan sprint na metę rozpoczął 6800 metrów przed metą. Tym razem w siodełku, z charakterystycznie przekrzywioną głową, Contador na kole miał Michele Scarponiego a 6 kilometrów przed metą także Jose Rujano.

"El Pistolero" przyspieszał, gubiąc Scarponiego, daleko w tyle zostawiając młodego Vincenzo Nibalego i dziarskiego Romana Kreuzigera oraz całą resztę stawki. Koło trzymał tylko niski Rujano, ale i jego Contador odczepił i na mecie nie pozostawił złudzeń co do tego, kto zdominuje wyścig.

Hiszpana, który wyścig wygrał, zdyskwalifikowano na początku sezonu 2012 za nieumyślne złamanie przepisów antydopingowych. Dwuletnia banicja, gdy pod uwagę wzięto okres trwania procesu wyjaśniającego, zabrała mu zwycięstwo w Tourze (2010) i Giro (2011).

2017 || Odyseja Jana Polanca

Król Itaki, Odyseusz, wieloletnią tułaczkę po zakończeniu wojny trojańskiej zawdzięczać miał nie tyle klątwie Posejdona, co nieroztropnemu wypuszczeniu przez jego towarzyszy wichrów z worka, w którym zamknął je pan wiatrów, Eol. Jakże dobrze mieć jest zatem wiatr po swojej stronie.

Wiatry 9 maja 2017 roku sprzyjały Janowi Polancowi. Nie wiemy, czy i dla niego król wiatrów wiązał jakiś mieszek, ale Słoweniec etap z metą na Etnie wygrał po samotnej ucieczce. 25-latek cieszył się niesamowicie: dwa lata wcześniej wygrał etap Giro, także zakończony na podjeździe i od tego czasu dowieść próbował, że nie dokonał tego przypadkiem.

Słoweniec przez cały dzień jechał w ucieczce, a gdy na zboczach Etny został sam, wygranej nie mógł być pewien. 4 minuty przewagi topniały jednak opornie, gdyż za jego plecami wiatr ustawił grupkę faworytów na pozycji defensywnej.

Podmuchy wiatru 3 kilometry przed metą zignorował Vincenzo Nibali, ale ostatecznie odjechać udało się Ilnurowi Zakarinowi. Tatar gonił samotnego uciekiniera, ale ten już widział metę. Wiatr zmógł uporem silnej głowy i równym tempem, za co na podium odebrał zasłużone laury.

2018 || Australijska robota

Simon Yates z Giro d'Italia 2018 wspomnienia ma mieszane. W wieku 25 lat przez 18 dni kontrolował wyścig, cieszył się prowadzeniem i wygrywał etapy, potwierdzając, że ekipa Mitchelton-Scott dobrze zrobiła rekrutując go w swoje szeregi. Z drugiej strony, zwycięstwo wymknęło mu się z dłoni po w finale zmagań i Brytyjczyk od tamtego czasu regularnie przypomina, że chciałby się odkuć.

Wspinaczka na Etnę, podobnie jak w roku 2017, była pierwszym górskim testem wyścigu. Ten do Włoch zmierzał z Izraela. Powrót na kontynent przez Sycylię pozwalał sprawdzić formę faworytów wyścigu, ale nie miał wprowadzić znaczących zmian.

Dla Yatesa etap będzie wspomnieniem o tyle miłym, że kolarzom australijskiej ekipy udało się zrobić to, co zwykle na górskich etapach nie jest do osiągnięcia. Na 5 kilometrów przed metą ruszył Esteban Chaves – mikry Kolumbijczyk przez dwa poprzednie sezony męczony był chorobami i brakiem formy – i natychmiast zyskał przewagę. Kotłowanie za jego plecami nie pozwoliło na zorganizowanie pogoni, a czujący się świetnie Simon Yates zaatakował półtora kilometra przed metą.

Brytyjczyk ryzykował sporo: jeśli odczucia zwodziły go, kolarze Mitchelton-Scott mogli przegrać etap, bo na kole Brytyjczyka do jego kolegi dowieźliby się inni. Yates nie pomylił się, samotnie dojechał do Chavesa i dwójka razem przecięła linię mety.

Różnice między faworytami nie przekroczyły jednak pół minuty: za dwójką australijskiej ekipy grupkę najlepszych zawodników przyprowadził Thibaut Pinot, spóźniony tylko o 26 sekund.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając błędny fragment tekstu i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: