Zmiana, ale na co? Brian Cookson o modelu biznesowym kolarstwa

Zmiany nie muszą przynieść pozytywnych efektów, przestrzega były prezydent UCI, Brian Cookson. I dodaje: uważajcie na to, czego się domagacie.

Brian Cookson w felietonie na łamach "Cycling Weekly" zabrał głos na temat modelu biznesowego kolarstwa. Były prezydent Międzynarodowej Unii Kolarskiej (2013-2017) i British Cycling (1997-2013) obszernie odniósł się do kluczowych elementów budujących gospodarczą strukturę kolarskiego świata.

Debata o przyszłości kolarstwa i utrzymaniu się w biznesie ekip na sile przybrała w toku pandemii wirusa SARS-Cov-2, który do oszczędności zmusił zespoły a do odwołania wyścigów liczne grono organizatorów. Po stronie istniejącego obecnie modelu kolarstwa opowiedział się manager Lotto Soudal, John Lelangue, aczkolwiek do reform wezwał szef Team Ineos, Dave Brailsford.

Kolarstwo to część przemysłu rozrywkowego. [Kolarze] zapewniają rozrywkę czy też produkt, który konsumenci mogą chcieć lub nie chcieć oglądać. Są więc tyle warci ile konsumenci są gotowi zapłacić, bezpośrednio lub pośrednio

– zaznaczył Cookson na początku swojego tekstu.

Według byłego prezydenta UCI sport posiada trzy źródła dochodu: dochody ze sprzedaży biletów, dochody z transmisji telewizyjnych, a także możliwość promowania sponsorów. Cookson twierdzi, że pod względem dwóch pierwszych kolarstwo nie stoi na najlepszej pozycji.

Kolarstwo torowe to welodromy, przełaje, MTB, BMX i Trial czy kolarstwo artystyczne rozgrywane są na obiektach, na które można sprzedawać bilety. Ale to działa najlepiej w krajach, w których te dyscypliny są popularne: w Belgii w przypadku przełajów, w Wielkiej Brytanii w przypadku wyścigów torowych

– wyliczał.

W przypadku kolarstwa szosowego wskazał, że organizatorzy zarobić chcą przez organizowanie "miasteczek wyścigu", specjalnych stref, które oferują całodniową rozrywkę przy oglądaniu wyścigów w towarzystwie VIPów.

Sama organizacja wyścigu nie jest jednak inwestycją długofalową.

Tradycyjnie kolarstwo szosowe można oglądać za darmo przy szosie. To nie generuje przychodów. Koszt organizacji imprezy, zwłaszcza z wykorzystaniem infrastruktury, którą są publiczne drogi, jest olbrzymi. Na zwrot kosztów liczyć można tylko gdy wyścig się odbywa, to nie są koszty inwestycyjne, które można rozłożyć na lata

– analizował.

Cookson przywoływał także kwestię sprzedaży biletów wstępu na kluczowe podjazdy Tour de France. Brytyjczyk zaznaczył, że przy setkach tysięcy widzów na zboczach Alpe d'Huez, organizatorzy mogliby sporo zarobić. Według jego wiedzy, takie zabiegi stosowano już w przeszłości.

Widziałem bilet wstępu na Mont Ventoux z wczesnych lat 60. XX wieku. Kosztował, jeśli dobrze pamiętam, 10 franków. Jasne, organizator musi brać pod uwagę koszty ustawienia barierek, zorganizowania sprzedaży biletów, może potrzebne są zmiany w prawie. Ale to już było i może zostać zorganizowane ponownie

– wskazał.

Tour de France znajduje się nie tylko w centrum uwagi organizujących wyścigi kolarskie i biorących w nich udział ekip, ale i modelu biznesowego kolarstwa. "Wielka Pętla" i prawa do jej transmisji to klejnot w koronie organizatora, Amaury Sport Organisation (ASO). Cookson ocenia, że około 70 procent wskaźnika rentowności (ROI) ekip WorldTour związane jest z występem w Tour de France.

Trudno jest określić ile warte są prawa do transmisji Touru. ASO nie udostępnia takich informacji. Gdyby jakimś cudem ASO zdecydowało się podzielić prawami do transmisji z zespołami, każda ekipa dostałaby w najlepszym razie, według znanych mi szacunków, po kilka milionów euro. (...) A jasne jest, że ASO się nie podzieli. Nigdy.

– przyznał.

Cookson kwestię sprzedaży praw do transmisji porównał do systemu funkcjonującego w innych sportach.

Dlaczego w sprzedaży praw do transmisji wyścigów kolarskich nie ma tak wiele pieniędzy? Bo nie ma wystarczająco wielu widzów by stacje telewizyjne chciały płacić organizatorom. Widzowie, którzy kolarstwo oglądają, wolą robić to bez dodatkowych opłat lub przez tanie opcje, jak Eurosport. Porównajmy koszt oglądania Touru w domu z kosztem oglądania Premier League.

Piłki nożnej nie możesz oglądać bez odpowiedniej subskrypcji, którą sprzedają stacje telewizyjne. Te stacje z kolei zapłaciły ciężkie miliony organizatorom (lub ciałom rządzącym sportem) za prawa do transmisji tych meczów, wiedząc, że będą mogły pobierać odpowiednie opłaty od kibiców i od innych firm, które reklamować się będą chciały w przerwie.

Według Cooksona, dopóki zachowana będzie obecny układ sił i najwięcej do powiedzenia będą mieli właściciele Tour de France, zmiany nie są prawdopodobne. W kwestii zmiany krajobrazu sceptycznie podszedł m.in. do inicjatywy ekip zrzeszonych w organizacji Velon, a brak możliwości zmian na modłę piłkarską przypisał m.in. brakowi więzi łączących kibiców z zawodowymi ekipami.

Nie widzę alternatywy. Kolarstwo stworzyło unikalny model, system, w którym olbrzymie koszty prowadzenia wyścigów pokrywane są przez siatkę sponsorów, lokalnych władz oraz w ograniczonym zakresie sprzedaż praw do transmisji. Zarówno sponsorzy jak i władze korzystają na relacjonowaniu tych wyścigów. (...) Kibice mogą ignorować podmioty płacące za widowisko, ale to jest widowisko, które kochamy. Fakt, że nie trzeba wiele płacić by je oglądać, czyni je jeszcze lepszym. Pamiętajcie stare porzekadło: uważajcie na to, czego się domagacie...

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając błędny fragment tekstu i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: