Mathew Hayman: "powinienem był częściej siadać na trenażer"

Pierwsza część rozmowy z Mathew Haymanem, australijskim kolarzem, który, po wymuszonych kraksą czterech tygodniach treningów na trenażerze, na welodromie w Roubaix pokonał samego Toma Boonena.

Obostrzenia dotyczące wychodzenia z domu czy uprawiania sportów na zewnątrz wprowadzone w wielu krajach Europy i świata zmusiły do pozostania w domu również zawodowych kolarzy. Wraz z wymuszoną globalną pandemią Covid-19 przerwą w startach, wiele tygodni wyrzeczeń i ciężkiej pracy poszło na marne. Kolarze zamiast o jak najlepsze miejsca na wyścigach, walczą o utrzymanie jako takiej formy i ogólnej tężyzny fizycznej. W kontekście tysięcy ludzi umierających z powodu tej choroby nie ma to oczywiście najmniejszego znaczenia.

Przymusowe odkurzenie trenażera nie musi być zgoła złe. Wie o tym najlepiej Mathew Hayman. Australijski specjalista od klasyków, który po kilkunastu latach startów w Paryż-Roubaix wciąż nie porzucał marzeń o tym, by stanąć choćby na podium. Nie dość, że pomimo rosnącego doświadczenia szanse na spełnienie tego marzenia malały z każdym rokiem, to na samym początku wiosennej kampanii w roku 2016, w kraksie, doznał pęknięcia kości ramienia.

Po kilku tygodniach przymusowego rozbratu ze ściganiem na szosach i mariażu z trenażerem (i drabiną) Mathew Hayman pojechał wyścig życia i na finiszu na welodromie w Roubaix pokonał samego Toma Boonena. W rozmowie z "Rowery.org" wspomina tygodnie spędzone na trenażerze i podsuwa sugestie, jak radzić sobie z treningami w domu. Czy jest lepszy ambasador pozostania w domu zamiast wychodzenia na trening na dwór? Zapraszamy do lektury.

Jakub Zimoch: Widziałem wczoraj zdjęcia kolorowanek Twoich dzieci, więc podejrzewam, że u Ciebie i Twojej rodziny wszystko OK, że jesteście zdrowi i bezpieczni.

Mathew Hayman: Tak, chwilę zajmuje przyzwyczajenie się do nowej rzeczywistości i nowego stylu życia. Wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma. Gdy jesteś na wyścigach, chcesz być w domu z rodziną i dziećmi. Jak jesteś w domu z dziećmi, to marzysz o tym, żeby właśnie odbywał się jakiś wyścig. Fajnie jest przebywać w domu, i przyzwyczajam się do tej rutyny.

View this post on Instagram

Bit disrespectful don't you think? #kidsthesedays

A post shared by Mathew Hayman (@mathew.hayman) on

Wróćmy do przełomu sezonów 2015 i 2016. Jakie cele stawiałeś sobie przygotowując się do kolejnego roku w peletonie?

To był sezon jak każdy inny. Dla mnie zawsze cel stanowiły klasyki. Myślałem, że uda mi się wskoczyć do składu na Tour de France. W 2015 przejechałem Vueltę, mieliśmy całkiem niezły wyścig, kilka zwycięstw etapowych z Estebanem Chavezem i Calebem Ewanem. Sprawiło mi to wiele radości, ale dla mnie celem zawsze były klasyki, a reszta sezonu na zasadzie „zobaczymy, co będzie”. Cały trening, który wykonałem w Australii i później na wysokości, miał na celu przygotować mnie do klasyków.

Jaka była Twoja forma przed kraksą w Omloop?

Dobra, taka jak w poprzednich latach. Nie udało mi się znaleźć w finałowej rozgrywce, próbowałem przeskoczyć, ale nie wyszło. Nogi kręciły jednak dobrze. Czekało mnie jeszcze wiele ścigania i oczywiście nie chciałem być zbyt dobry zbyt wcześniej. Czułem się pewnie i komfortowo, wykonałem pracę na wysokości. W ostatnich latach zawodowstwa czułem, że mi to bardzo pomaga, więc z Australii poleciałem do RPA i tam trenowałem. Moja forma była bardzo dobra, a ja byłem bardzo zmotywowany i gotowy odebrać nagrody za ciężki trening.

I wtedy leżałeś w kraksie. Jaka była Twoja pierwsza myśl? Skreślałeś już sezon?

Pierwsza myśl dotyczyła całej ciężkiej pracy, którą ta kraksa przekreśliła. Nawet nie po jednym wyścigu, po połowie wyścigu. Myślę, że wielu kolarzy teraz myśli to samo – cała ich ciężka praca poszła na marne. Dla mnie to miesiące treningów, w Australii, w niewyobrażalnym upale, podczas których myślisz sobie, że musisz to zrobić dla klasyków. Stracić wszystkie treningi, całą ciężką pracę w jednej kraksie, zanim mogłem się pokazać... Łatwiej byłoby mi zostać pokonanym, niż tak po prostu to wszystko stracić. Mogę sobie poradzić z porażką, ale utrata możliwości startów, pokazania się, to przygnębiało.

Jak dużo czasu upłynęło, zanim zdałeś sobie sprawę, że możesz jakoś nadal trenować i ratować sezon?

Miałem rękę w gipsie od dłoni aż za łokieć. Lekarze w szpitalu mówili mi, że potrzebuję 6 tygodni zanim będę mógł wrócić na szosę. Był ze mną lekarz drużyny i on też zgadzał się z tymi prognozami. Może mógłbym wrócić do jazdy po 6 tygodniach, ale do ścigania? Powiedziałem, że 6 tygodni od tego dnia, to sobota przed Paryż-Roubaix. Lekarz ze szpitala powiedział, że być może. Może w Belgii, jako kolarski kibic, nie chciał być niemiły. Drużynowy lekarz pokręcił głową i powiedział, że mój sezon klasyków jest skończony.

Po paru dniach wskoczyłem na trenażer, żeby tylko zobaczyć, co mogę zrobić. Położyłem moje ramię w gipsie na drabinie, pokręciłem 20 minut. Chciałem utrzymać formę, zobaczyć, co mogę uratować z całej ciężkiej pracy, którą wykonałem. Nie chciałem tylko siedzieć i patrzeć jak [forma] znika. Myślę, że wielu kolarzy jest teraz w takiej samej sytuacji. Niekoniecznie chcą być w lepszej formie, raczej po prostu chcą uniknąć jej utraty zbyt szybko. Kiedy będą mogli znowu wyjść i trenować, będą mogli ją tylko doszlifować, bez zaczynania od początku.

Wracając do mnie. Po dwóch dniach kręcenia, zrobiłem sobie kilka dni przerwy, bo to nie miało sensu. Nie wykonałem w sumie żadnej pracy, byłem wciąż obolały po kraksie. Miałem sporo szczęścia, że nie miałem żadnych poważnych ran ani ubytków skóry pod gipsem. Jak tylko zaczniesz kręcić na trenażerze, zaczynasz się pocić, więc jeśli tylko byłyby tam jakieś otarcia czy rozcięcie, mógłbym mieć problem z infekcjami.

Myślę, że wszystko nabrało rozpędu, gdy zacząłem trenować ze Zwiftem. Zacząłem robić więcej sesji, czułem się bardziej zmotywowany. Zacząłem robić sprinty, podjazdy, zacząłem jeździć z programem treningowym. Wysłałem moje wyniki trenerowi, a on odpisał, że nawet z tymi kilkoma dniami przerwy ciągle pracuję wystarczająco dużo, z odpowiednią intensywnością, żeby utrzymać odpowiednią formę. W tym momencie zacząłem myśleć, że utrzymanie formy i powrót do ścigania jest możliwy. Jednocześnie nie wiedziałem, kiedy będę mógł się ścigać.

To był prawdziwy rollercoaster – jednego dnia miałem motywację, kolejnego nie byłem pewien, czy ma to sens. Czasem mój trener zakładał 3-4 godziny jazdy na trenażerze, a ja schodziłem po 20 minutach. To nie tak, że postanowiłem sobie, że będę trenował do Paryż-Roubaix i wszystko poszło gładko. W niektóre dni czułem się lepiej i trenowałem więcej niż zakładał program treningowy. Innego dnia znowu zastanawiałem się, co ja do cholery w ogóle tutaj robię.

Jak długo zajęło ci zaprojektowanie słynnego systemu do treningu z drabiną? Od razu wiedziałeś jak to wszystko ustawić?

To było 2 dni po mojej kraksie. Postawiłem tam drabinę, ponieważ w gipsie ciężko utrzymać kierownicę, a ja naprawdę nie chciałem dorobić się bólu pleców. Po 2 dniach treningów zdałem sobie sprawę, że muszę dać mojemu ciału trochę więcej czasu, żeby doszło do siebie po szoku związanym z upadkiem. Ale nie minęło wiele czasu zanim zacząłem trenować porządnie.

Z tego co wiem, to nie od razu zacząłeś trenować na Zwifcie.

Tak, przez pierwsze dni patrzyłem po prostu w ścianę albo telewizor. Mój trener z Australii nie skontaktował się ze mną od razu po wypadku. Wiedział oczywiście, że leżałem i zastanawiał się jak to wygląda z mojej perspektywy. Komuś z zewnątrz ciężko jest ocenić, jak czuję się ktoś po takim wypadku, więc chciał mi dać kilka dni czasu na dojście do siebie i czekał, aż to ja się z nim skontaktuję. Po kilku dniach wysłałem mu to słynne zdjęcie na trenażerze. Był trochę zszokowany, że ja naprawdę chcę to zrobić. Myślałem, że wskoczę na trenażer i jakoś to będzie, ale prawda jest taka, że na początku te sesje nie miały większego sensu. Zdałem sobie sprawę jak ciężko jest trenować w domu. Ale jak tylko podłączyłem się do Zwifta, wszystko stało się łatwiejsze. [Po zwycięstwie w Paryż-Roubaix Hayman został ambasadorem Zwifta].

Myślę, że przyszłe pokolenia kolarzy, nie będą nawet wiedziały jak naprawdę wyglądały kiedyś treningi na trenażerze, kiedy ustawiało się sprzęt i włączało muzykę albo telewizję. Wtedy było to o wiele trudniejsze niż teraz. Kiedy trenażer odwzorowuje to, co widzimy na ekranie, to pozwala się bardziej zaangażować i jesteś w stanie jechać dłużej. To stanowiło dla mnie prawdziwy przełom.

Jeździłeś jedynie po Wattopii czy miałeś jakiś program treningowy?

Nie, miałem program treningowy. Zazwyczaj rano robiłem trening interwałowy, jutro [w środę, 8 kwietnia] będę podobny prowadził na Zwifcie. To 50 minut tempa z przyspieszeniami. Mój trener starał się ciągle planować wszystko wokół Roubaix. Ja myślałem o Giro, ale zespół był już pełny, więc mój program miał zostać bez zmian – klasyki, przerwa i próba dostania się do zespołu na Tour de France.

Trener ciągle rozpisywał moje treningi wedle tego planu. Rano jeździłem solidne interwały, a wieczorem wracałem na przejażdżki w grupie, ze stałym tempem. Starałem się dodać więcej czasu na rowerze, więcej spalonych kalorii. Wieczorne treningi nie miały już takiej rozplanowanej struktury, jak te poranne. Jeździłem więc po Wattopii, ale poranne treningi planowaliśmy bardzo szczegółowo.

Myślisz, że trening w środowisku, w którym możesz kontrolować tyle parametrów, był lepszy, bardziej efektywny? Czy jednak nic nie może zastąpić prawdziwego treningu na drodze?

To dobre pytanie. Myślę, że jest wiele możliwych kombinacji, żeby poprawnie na nie odpowiedzieć. Potrzebne jest doświadczenie z prawdziwej jazdy na rowerze, trzeba wiedzieć jak się ścigać. Treningi na trenażerze dały mi możliwość skupienia się na konkretnych aspektach, której normalnie bym nie miał. Byłem w stanie wykonywać konkretne ćwiczenia. Wskoczyć na trenażer, zrobić trening, zeskoczyć z roweru, bez zbytniego zmęczenia. Nie męczyłem się też mentalnie, co normalnie wiąże się ze startami w tych wszystkich innych wyścigach. Siedzenie w hotelach, te wszystkie stresujące sytuacje.

Zamiast tego, przebywałem w domu, mogłem potrenować przez półtorej godziny i po popołudniowym treningu wziąć piwo i posiedzieć na kanapie. Normalnie robiłem moją drugą sesję oglądając De Panne albo Dwars Door Vlaanderen. Smutno mi było, że je opuszczam, ale nie miałem dzięki temu wszystkich innych stresów związanych z wyścigami przez te 3 tygodnie. Fizycznie czułem się o wiele świeższy, a jednocześnie mogłem odpowiednio trenować. Bardziej jak lekkoatleci, którzy trenują pod jedno konkretne wydarzenie. Miałem oczywiście za sobą pracę, którą wykonałem wcześniej, ale uważam, że na trenażerze można się przygotować bardzo dobrze do konkretnych zawodów.

Myślę, że po 2016 roku, gdy wróciłem do starego reżimu wychodzenia i jazdy na dworze, powinienem był częściej siadać na trenażer. Zamiast jeździć przez 3-4 godziny, powinienem wsiąść na trenażer i zrobić konkretne ćwiczenia w o wiele krótszym czasie. Szczególnie gdy jesteś starszy, wyjście na dwór i jazda przez kilka godzin staje się bardziej naturalna. Jednak robienie interwałów jest wciąż ciężkie, nawet gdy jesteś doświadczonym zawodowcem.

Ile tygodni spędziłeś na trenażerze?

4 tygodnie? Myślę, że 4 tygodnie, musiałbym dokładnie sprawdzić w Training Peaks. Ostatecznie na trenażerze zostałem dłużej. Pamiętam, że myślałem, że mogę już wyjść normalnie na rower i zobaczyć jak zachowa się moje ramię. Byłem pewien, że już mogę jeździć na na rowerze. Z drugiej strony, zdałem sobie sprawę, że jak pójdę na rower sprawdzić, jak ma się ręka, to pojeżdżę przez półtorej godziny, podczas gdy zostając na trenażerze zrobię 3 godziny dobrego treningu, z interwałami i obciążeniami. Pomyślałem, że to będzie dla mnie lepsze i poczekałem do kolejnego dnia przerwy w moim planie treningowym, żeby wziąć rower i sprawdzić rękę. Poczekałem do ostatniego tygodnia przed dwoma wyścigami w Hiszpanii, które miałem przejechać po powrocie do ścigania. Wtedy poszedłem na przejażdżkę w grupie z innymi zawodnikami na 5-6 godzin. To był mój pierwszy prawdziwy test na szosie. To było jakieś 10-12 dni przed Paryż-Roubaix.

A jaki był drugi najdłuższy czas, który spędziłeś jeżdżąc tylko na trenażerze?

[śmiech] Jeśli najdłuższy to były 4 tygodnie… Myślę, że drugim najdłuższym będzie obecna sytuacja. Nie to, że teraz trenuję. Poza sytuacjami, kiedy w Belgii bardzo padało, to nie trenowałem na raz dłużej niż 3-4 dni. Odkąd zostałem dyrektorem sportowym, jak wspomniałeś, mam w domu troje dzieci, a teraz jesteśmy odizolowani. Podobnie jak inni dyrektorzy, którzy kiedyś zawodowo się ścigali, zacząłem biegać, żeby utrzymać jakąś formę. Na bieganie zawsze łatwiej znaleźć czas podczas wyścigu. Ale odkąd jesteśmy zamknięci, wróciłem na trenażer. W krótkim czasie dostajesz taką samą porcję ćwiczeń. Wskakujesz, jedziesz naprawdę ostro, zeskakujesz, bierzesz prysznic i zrobione. Jak zakończyłem karierę, to ciężko było wciąż wychodzić na rower na 3-4 godziny, bo robiłem to przez ostatnie 20 lat, a teraz chcę spędzać też czas z rodziną.

Gdy trenowałeś na trenażerze z ręką w gipsie, to włączyłeś do swojego programu jakieś inne ćwiczenia – szczególnie żeby wzmocnić rękę po zdjęciu gipsu?

Gips zdjęto mi po 12-14 dniach od złamania. Jeździłem do miejsca w Holandii, gdzie próbowaliśmy pomóc pęknięciu goić się jak najlepiej z użyciem różnych metod stymulacji elektromagnetycznej i fizjoterapii. Używali różnych metod, by przyspieszyć i wspomóc proces gojenia się. Kilka razy brałem samochód i jechałem 100 kilometrów na terapię. Robiłem normalną rehabilitację, ale w zasadzie to wszystko. Trenowałem na trenażerze i miałem nadzieję, że będę w stanie wrócić na wyścig. Naprawdę nie wiedziałem czy wrócę, to była prawdziwa huśtawka. Jednego dnia myślisz, że zrobiłeś duży krok naprzód, następnego wygląda, że jednak był to krok do tyłu i nie czujesz się już tak dobrze. Przez tak długi czas skupiasz się na jednej części swojego ciała, że zaczynasz porównywać i zastanawiać się, czy jest lepiej niż wczoraj. Ta niepewność nie umilała czasu.

Obecnie większość krajów w Europie wprowadziła poważne obostrzenia dotyczące przebywania na zewnątrz i aktywności fizycznej. Mitchelton-Scott był chyba jedną z pierwszych drużyn, która zaczęła w tym okresie regularnie trenować w domu korzystając ze Zwifta. Jak Twoje doświadczenia mogą pomóc zawodnikom?

Wydaję mi się, że nikt nie ma doświadczenia z trenowaniem i życiem w takich czasach. Ja z moją złamaną ręką wiedziałem, kiedy to się skończy. Dobra, nie wiedziałem, czy wrócę na Paryż-Roubaix, ale wiedziałem, że wrócę i moja sytuacja się polepszała. Jestem w kontakcie z ludźmi ze Zwifta, byłem w kontakcie z nimi odkąd wygrałem w Roubaix. Centrum serwisowe naszej drużyny znajduje się w północnych Włoszech, więc pewnie jako jedni z pierwszych zdaliśmy sobie z powagi sytuacji i przestaliśmy się ścigać, myślę, że z dobrych powodów. Drużyna postawiła zdrowie zawodników i obsługi na pierwszym miejscu. Znajdowaliśmy się w epicentrum pandemii i myślę, że teraz jest jasne, dlaczego ta decyzja została podjęta.

Myślę, że na początku wiele osób nie doceniało tego, co się dzieje – najpierw w Chinach, a potem we Włoszech, gdy wciąż był to jakiś "inny" kraj. Im bliżej nas, tym poważniejszym problemem to się staje. Więc szybko przesiedliśmy się na Zwifta. Po części też, żeby utrzymać kontakt z fanami i dać im możliwość jazdy z nami. Teraz, gdy wszystkie wyścigi są odwołane, razem z dyrekcją drużyny i sztabem trenerskim daliśmy kolarzom do zrozumienia, że to nie będzie tydzień czy dwa przerwy. Wielu z naszych zawodników jest we Włoszech albo Hiszpanii, więc są kompletnie odizolowani. Jedną z rzeczy, które zrobiliśmy, to danie im czasu by oswoili się z nową sytuacją i stylem życia. Nie zmuszaliśmy ich do treningów. Teraz wszyscy są OK i szukają swojego miejsca, dbają o formę, sprawność fizyczną, więc, gdy to się skończy, będą mogli szybko wrócić na szosę i zacząć się ścigać.

Muszę przyznać, że kilka dni temu moja żona spojrzała na mnie i powiedziała, że cieszy się, że już nie jestem aktywnym zawodnikiem, bo nie wie, jakbym zniósł taką przerwę i zaprzepaszczoną pracę przed klasykami. Chyba zdała sobie sprawę, czym byłoby życie ze mną, gdybym znalazł się w takiej sytuacji jak zawodnicy obecnie. Myślę, że nie ma zawodnika, który nie zdaje sobie sprawy, że tu chodzi o coś więcej niż on sam czy kolarstwo, że to sprawa zdrowia publicznego. Jesteśmy jednym sportem pośród wielu. Sport to nie sprawa życia i śmierci. Mimo wszystko, wszyscy poddali się reżimowi treningów, pracowali dzień po dniu i zostało im to odebrane z dnia na dzień. To musi boleć. Licząc kolejne tygodnie bez wyścigów, które powinny się odbyć, w zeszły weekend mieliśmy mieć "Flandrię", a w ten Paryż-Roubaix.

Myślę, że ta niepewność jest najgorsza. Jak tylko będziemy znać datę powrotu, to będzie już łatwiej. Nie ma znaczenia czy w czerwcu, lipcu czy później. Jak tylko będziemy znać termin, to będzie o wiele łatwiej. A dla nas wszystkich to okazja do odnowienia miłości do sportu. Braliśmy kolarstwo za coś oczywistego, a teraz, gdy go nie ma, możemy docenić, ile dla nas znaczy. Pamiętam, gdy sam mogłem wrócić do Roubaix. Inni kolarze odczuwali już zmęczeni klasykami, ale dla mnie to było coś specjalnego.

A co doradziłbyś amatorom, którzy chcą kręcić na trenażerze w domu?

Jak ze wszystkim, najważniejsze to zacząć. Mówiąc z perspektywy Zwifta, można trenować samemu, w grupie. Interakcje w tej społeczności są fajne. Ja sam wiele razy nie miałem wrażenia, że trenuję. Ponieważ trenujesz z innymi ludźmi, to w pewnym sensie czujesz się zobowiązany, żeby nie przerwać dopóki nie skończysz. W porównaniu z prostym trenażerem i patrzeniem w ścianę, oglądaniem filmów czy słuchaniem muzyki, o wiele trudniej przerwać trening. Nawet jeśli idzie ci bardzo źle, to wciąż ciężko jest kliknąć na przycisk odpowiedzialny za wylogowanie się i przerwanie treningu.

Poza tym, warto urozmaicać swoje treningi. Kilka dni na trenażerze, kilka dni z innymi ćwiczeniami w domu. Pobaw się z dziećmi, porób przysiady. Daryl Impey ma na swoim Instagramie trochę różnych pomysłów. Koszenie trawy z dziećmi na plecach i inne podobne. Starajmy się pozostać w formie, ale i bądźmy realistami. Nikt nie pobije żadnych rekordów. Jest tylko kilka osób, które próbują bić rekordy w jeździe na Zwifcie.

Jutro opublikujemy drugą część rozmowy, skupiającą się przede wszystkim na Paryż-Roubaix.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając błędny fragment tekstu i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

1 Comment

  1. Krzysztof

    11 kwietnia 2020, 20:12 o 20:12

    Super rozmowa!

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this:

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: