Marion Sicot. Doping i zarzuty molestowania

Francuzka Marion Sicot przyznała się do sięgnięcia po zabronione wspomaganie. Była zawodniczka ekipy Doltcini-Van Eyck, która na dopingu przyłapana została w 2019 roku, przestała zaprzeczać i historię sportowego oszustwa opowiedziała w kontekście nadużyć, do których dochodzić miało w belgijskiej grupie.

Zawodniczka ekipy Doltcini-Van Eyck w czerwcu 2019 roku poinformowana została o pozytywnym teście antydopingowym na erytropoetynę (EPO). 25-latka od tego czasu zaprzeczała by doping stosowała.

W niedzielę, 8 marca, w rozmowie ze stacją telewizyjną "Stade 2", Sicot przyznała, że sama zakupiła produkty dopingowe i z nich korzystała. Francuzka poprosiła równocześnie o skrócony wymiar kary, tłumacząc, że do takiego wyboru skłoniły ją miesiące psychologicznego znęcania się przez dyrektora sportowego, Marca Bracke'a.

Zasługuję na karę, ale chciałabym otrzymać jej łagodny wymiar, ze względu na okoliczności. Nie byłam sobą, kiedy to zrobiłam

– powiedziała.

Sprawa Sicot w ubiegłym roku nabrała rozgłosu, tym bardziej, że jej trenerem w pierwszej połowie 2019 roku miał być Franck Alaphilippe, kuzyn Juliana Alaphilippe'a, dziś trener ekipy Deceuninck-Quick-Step. Sicot i Alaphilippe zaprzeczyli by do złamania przepisów doszło w trakcie ich współpracy: Alaphilippe wyjaśnił, że pomoc w treningach prowadził przez internet i że współpraca skończyła się przed krajowymi mistrzostwami, do których Sicot przygotowywała się z pomocą zabronionych środków.

Sicot w rozmowie ze "Stade 2" przyznała, że EPO kupiła przez internet, wpisując w wyszukiwarkę Google "kup EPO" i dokonując zakupu na stronie zarejestrowanej w Chinach. Francuzka podobnie tłumaczyła podanie specyfiku przed krajowymi mistrzostwami: instrukcję zrobienia zastrzyku znalazła w internecie.

Sicot krajowe mistrzostwa skończyła przed rokiem na 9. miejscu w wyścigu ze startu wspólnego i 10. w jeździe indywidualnej na czas.

Zarzuty molestowania

Sicot w belgijskiej grupie ścigała się w latach 2018 i 2019. W rozmowie z francuską telewizją stwierdziła, że dyrektor sportowy Marc Brake miał nękać ją, nie pokrywać kosztów podróży oraz domagać się cotygodniowego przesyłania roznegliżowanych zdjęć.

Reportaż "Stade 2" zawierał kopie wiadomości tekstowych między Sicot i Brackem. Dyrektor sportowy miał w nich domagać się regularnego przesyłania zdjęć w bikini. Przesyłanie ich miało być sposobem kontrolowania wagi zawodniczki i kluczem do bycia wybraną do składu na wyścigi. Bracke prosić miał o zachowanie tej procedury w tajemnicy.

Bywało, że prosił o zdjęcia dwa razy w tygodniu. Było dla nie jasne, że jeśli nie będę ich wysyłała, nie znajdę się w składzie na wiosenne wyścigi. Wzbudzało to we mnie wstręt, przez duże W

– tłumaczyła Sicot, zaznaczając, że odmówiła, gdy Bracke domagać się miał "odważniejszych zdjęć w stringach".

Francuzka zaznaczyła, że do sięgnięcia po doping skłoniła ją chęć osiągnięcia sportowego wyniku, który, w jej mniemaniu, pozwoliłby jej być traktowaną na równi z innymi zawodniczkami w ekipie.

Francuska Federacja Kolarska (FFC) już w niedzielę, 8 marca, wystosowała oficjalne pismo, w którym poprosiła Międzynarodową Unię Kolarską (UCI) o wszczęcie odpowiedniej procedury w sprawie praktyk w ekipie Doltcini-Van Eyck.

Belgijski zespół i jego kierownictwo jest już obiektem zainteresowania UCI, gdyż w ostatnich dniach dwa inne przypadki zarzutów nieodpowiedniego zachowania i molestowania opisał francuski dziennik "Le Monde".

Pierwszy przypadek to historia Kanadyjki Maggie Coles-Lyster, która w ekipie ścigała się w 2017 roku. 18-letnia wtedy zawodniczka zaczynała ówcześnie przygodę w peletonie, ale jej sportowe doświadczenie przyćmiły epizody molestowania i stalkingu przez jednego z masażystów.

To był mój pierwszym masaż u niego. Jego dłonie wędrowały zdecydowanie za wysoko, dotykał mojej pochwy. Miałam na sobie bieliznę, ale wydało mi się to dziwne. Czułam się niekomfortowo, ale nie chciałam wyjść na zawodniczkę, która narzeka od samego początku, a dostała szansę w Europie. On zaczął robić mi zdjęcia podczas posiłków i wysyłać mi je z intymnymi wiadomościami

– wspominała, wskazując, że bariera językowa nie pozwoliła na poradzenie się koleżanek z ekipy.

Coles-Lyster początkowo nie wiedziała jak zareagować i dopiero po powrocie do Kanady napisała maila do managera zespołu, tłumacząc, że czuje się niekomfortowo w obecności masażysty. Ten miał asystentowi przykazać by do zawodniczek zachowywał dystans. Pracownik ten, po kolejnych skargach, został zwolniony, aczkolwiek zatrudnienie miał znaleźć w innej żeńskiej ekipie. Kanadyjka, dziś ścigająca się głównie na torze, w końcu o molestowaniu zdecydowała się opowiedzieć również rodzicom.

Potrzebowałam sporo odwagi by z nimi o tym porozmawiać. Zrozumienie co się wydarzyło i pogodzenie się z tym... dla wielu kobiet to piętno, wiele emocji, niestety także wstyd i poczucie winy. W głębi serca wiesz, że rodzice zawsze ci uwierzą, ale w głowie roi się od myśli. Mam świetną relację z rodzicami, zaczęliśmy rozmawiać i oni bardzo mi pomogli

– powiedziała w rozmowie z "The Canadian Press".

Nie mówiłam o tym przez jakiś czas. Nie wiedziałam, jaki to będzie miało na mnie wpływ. Zawsze myślisz w tym kontekście o przyszłości zawodowej. Do tego dochodzi element tego, że ci nie wierzą. (...) zaczęłam rozmawiać z Sarą... byłam w szoku jak wielu ludzie nie ma pojęcia, że to się dzieje w świecie sportu. Tę historię trzeba powiedzieć by jakakolwiek zmiana mogła się zacząć

– tłumaczyła.

"Le Monde" opisuje też doświadczenia Amerykanki Sary Youmans, która złożyła skargę na Bracke'a do Komisji Etyki UCI na podstawie protokołu umożliwiającego zgłaszanie zachowań naruszających integralność mentalna i fizyczną. Youmans, która w październiku 2019 roku rozmawiała z Brackem o możliwości podpisania kontraktu, otrzymywać zaczęła wiadomości z prośbą o przesłanie zdjęć w bieliźnie. "Prześlij zdjęcia w bikini. Nie wstydź się... to początek relacji budowanej na zaufaniu" – cytuje jedną z nich "Le Monde".

Youmans odmówiła i nie zdecydowała się na podpisanie kontraktu (który notabene nie zapewniałby jej wynagrodzenia). Jej skarga skończyła się ostrzeżeniem dla Bracke'a, a Komisja Etyki UCI wszczęła procedurę wyjaśniającą.

Nie chciałem dać się postawić w niebezpiecznej sytuacji. Nie mam przyjaciół ani rodziny w Europie. Jeśli nie miał oporów by tak zachowywać się w sieci, ja bałam się przyjechać na obóz treningowy, gdzie to on miałby nade mną przewagę.

– powiedziała w rozmowie z "Le Monde".

Bracke w odpowiedzi na pytania francuskiego dziennika potwierdził, że prosił zawodniczki o zdjęcia, aczkolwiek zdjęcia nóg, tylko "w celach zawodowych", podkreślając, że miały to być tylko zdjęcia nóg i że nie interesują go zdjęcia kobiet w bieliźnie.

Doltcini-Van Eyck odpowiada ofensywą

Ekipa Doltcini-Van Eyck w opublikowanym 10 marca komunikacie odniosła się do zarzutów Sicot. Póki co osobnego komentarza nie doczekały się kwestie podnoszone przez Coles-Lyster i Youmans, obie sprawy minimalizowane są wtrąceniem.

Bardzo długi komunikat opublikowany w serwisie Facebook dystansuje ekipę od dopingowego przewinienia Francuzki. Więcej, ekipa w komunikacie pyta Sicot o samowolne opuszczenie hotelu przed wyścigiem La Course, 30 minut przed przybyciem kontroli antydopingowej, sugerując, że ktoś powiadomił ją o niej.

To kłamstwo, że była pod dużą presją by osiągać dobre rezultaty. Ale tak, mamy prawo oczekiwać profesjonalnego podejścia od zawodniczek, a powrót po przerwie zimowej z dużą nadwagę nie jest taki, szczególnie dla zawodniczki mającej ambicje na podjazdach. W tym kontekście, dyrektor Marc Bracke popełnił błąd (do którego się przyznaje) i poprosił o zdjęcia by monitorować postępy odchudzania. To dawniej było normalnością. Wie o tym wiele osób

– można w nim przeczytać.

Ekipa zapewnia, że Marc Bracke jest gotowy współpracować z organami prowadzącymi procedury wyjaśniające.

[Sicot] Nigdy nie skarżyła się, nie wspominała o tym koleżankom ani obsłudze (w tym kobiecej, staramy się zatrudniać dużo kobiet w obsłudze). Gdyby choć raz powiedziała, że czuje się nieswojo, nigdy więcej by się to nie powtórzyło.

Ekipa zarzuca, że Sicot nie wykonywała założeń taktycznych zespołu i izolowała się od reszty. Sicot nie miała otrzymać kontraktu na sezon 2019, ale "miała błagać i obiecywać, że sezon zacznie z normalną wagą".

Kłamstwem jest też to, że dyrektor sportowy nie dopuszczał jej do wyścigów. Jej program startowy w 2019 roku jest niemal dokładną kopią z 2018 roku, co można łatwo sprawdzić

– napisano.

Oświadczenie tłumaczy, że przesyłane zdjęcia dyrektor sportowy później usuwał i informował o tym zawodniczkę. Gdy Sicot osiągnęła w kwietniu odpowiednią wagę, prośby miały ustać.

Nikt nie zauważył depresji u Marion Sicot, depresji, która miała doprowadzić ją do sięgnięcia po doping. Stan ten, który spowodować miał dyrektor sportowy, został prawdopodobnie wymyślony na potrzeby dopingowej spowiedzi

– zarzuca ekipa.

Mamy wrażenie, że Marion Sicot przeczytała artykuł z 29 lutego 2020 roku w "Le Monde", w którym nazwa naszej ekipy pojawia się w kontekście dwóch przypadków (jeden nigdy nie był przypadkiem, a druga sprawa została zamknięta). To zainspirowało ją by dopingową konfesję połączyć z oskarżeniami pod adresem dyrektora sportowego, wykorzystując atmosferę ruchu #MeToo by zbudować pełną emocji narrację i otrzymać skrócony wymiar kary

– dodaje.

Komunikat na celownik bierze także "Stade 2", zarzucając stacji brak rzetelności i brak odpowiedzi na propozycje rozmowy, wysyłane przez Bracke'a.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając błędny fragment tekstu i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: