Różowe historie Piotra Ejsmonta: etap 18. W krainie Bottechii i Ceschina

Podobnie jak Giro, tak i cykl różowych historii Piotra Ejsmonta powoli dobiega końca. W jednym z ostatnich odcinków przywołuje on słynnego Ottavio Bottecchię oraz lodziarskiego mistrza Leonardo Ceschina.

Rower: W krainie Bottechii

Ottavio Bottecchia urodził się w prowincji Veneto w San Martino di Colle Umberto. W czasie I Wojny Światowej walczył, podobnie jak jego brat i siostra, na froncie w pobliżu rodzinnej miejscowości. Cała trojka została za zasługi oznaczona medalami.

Już przed wojną Ottavio interesował się kolarstwem, więc podczas wojny był w brygadzie bersalierów, wożąc na swoim rowerze prawie 30-kilogramowy karabin maszynowy. Niektóre przygody włoskich kolarzy-bersalierów zostały ujęte w książce Ernesta Hemingwaya „Pożegnanie z bronią”.

Po wojnie Ottavio zaczął się ścigać i w 1923 roku zadebiutował w Giro d’Italia. Był to jego jedyny start w tym wyścigu. Jeden z etapów prowadził przez jego rodzinne strony z Triestu do Mantui. Start miał miejsce o 3:34 w nocy spod kawiarni Fabris. Za Triestem w ciemnościach nocy kolarze wjechali na wzgórze Prosecco. Potem udali się na wzgórza Carso, znane z okrutnych walk wojennych. W okolicach Ronchi napotkali na zamykający się przejazd kolejowy. Nadjeżdżał pociąg towarowy, ale jego maszynista był tak uprzejmy, że zatrzymał pociąg, pozwalając przejechać kolarzom.

Od Udine wszyscy kibice wypatrywali Bottecchię. Witano go z wielkim entuzjazmem. Przejazd przez Pordenone, Sacile, Orsago oraz Conegliano to był wielki triumfalny przejazd Ottavio. Na mecie w Modenie wyprzedził go jednak Alfredo Sivocci. W klasyfikacji końcowej Bottechia zajął piąte miejsce, ale wygrał klasyfikację dla kolarzy izolowanych. Zarobił w sumie aż 8475 lirów. Potem został wezwany do Paryża i wystartował w Tour de France, zajmując drugie miejsce. Jako pierwszy Włoch w historii wygrał Tour w 1924 i 1925 roku. Zmarł w 1927 roku w szpitalu w Gemonie w wyniku ran odniesionych w niewyjaśnionym do dziś wypadku na szosie podczas treningu .

We wrześniu 2019 roku na drogach przemierzanych 100 lat wcześniej przez Bottechię odbędą się kolejne szosowe mistrzostwa świata dla dziennikarzy, nie tylko tych sportowych. Zmagania rozpoczną się od sprintu na czas na 1 km w Treviso. Dla kolarzy ma być rozłożony czerwony dywan na trasie. Potem będzie, tuż za miastem, rozegrana jazda na czas, a na koniec wyścig ze startu wspólnego z Bassano del Grappa przez Marosticę, z metą na wzgórzu La Rosina, tuż przed znaną doskonałą restauracją. W programie turystycznym m.in. może być trening z byłym mistrzem świata Alessandro Ballanem, zwiedzanie fabryki Pinarello albo zdobycie Monte Grappa. Jako kierownik polskiej drużyny naszym zawodnikom oferuję dla zachęty prosecco, bowiem jedni jadą dla sławy, drudzy dla wielkiego spotkania towarzyskiego i zwiedzania okolic.

Przysmak: Leonardo Ceschin - lodziarz czy artysta?

Z Leonardo poznałem się dwa lata temu. Zawsze mnie intrygował. Będąc w pobliżu jego miejscowości Pordenone, umówiliśmy się na spotkanie w jego zakładzie. Zakład znajduje się w pobliżu miejskiego szpitala, na jednej z głównych ulic tego małego, przemysłowego miasteczka. Pomimo wczesnej pory Leonardo krzątał się po zakładzie razem ze synem. Kiedy nastaje sezon, wspomaga go jeszcze przy sprzedaży żona Loredaną Vazzola.

Zakład jest mały. Na frontowej ścianie umieszczona jest przez całą szerokość witryna, z której sprzedaje się lody na wynos. Pochodzi z pierwszego wyposażenia i ozdobiona jest z przodu ręcznie zdobionymi kafelkami. Gdyby nie napis na ścianie, że jest to lodziarnia mistrza świata, na pierwszy rzut oka trudno byłoby zauważyć w nim coś wyjątkowego. Tymczasem kryje się tu siła niesamowitych pomysłów. Wśród mistrzów, których poznałem, Leonardo zajmuje miejsce wyjątkowe. Cztery razy był finalistą krajowych mistrzostw w lodziarstwie, aż w 2011 roku wygrał zawody Coppa d’Oro. Rok później był członkiem zwycięskiej drużyny Włoch która, także w Rimini, wygrała lodziarskie mistrzostwa świata Coppa del Mondo della Gelateria. Jednak wielkość kunsztu Leonardo nie liczy się tak w zdobytych przez niego tytułach, co w podejściu do zawodu i źródeł inspiracji. Posłuchajmy, co ma do powiedzenia:

Moje lody są trudne. Najnowsze nazwałem „Gente” (ludzie). To pochodzi z poezji, która mówi o życiu kobiety, jej dzieciństwie, jak potem wyjechała za granicę, aż zestarzała się. Chciałem, żeby pod językiem najpierw poczuło się dzieciństwo, potem dojrzałość i na koniec starość. Posłużyłem się prostą regułą, że jedne smaki rozpoznaje się w ustach najpierw, drugie potem (retrogusto), a pozostałe na samym końcu. Postąpiłem według tej sekwencji. Najpierw zaoferowałem słodkość, potem połączenie mango i brzoskwini, które było mniej słodkie, a na koniec gorycz imbiru.

Lody „Sen” mają inną historię. Zacznijmy od głębokiej ciemności rozświetlonej gwiazdami. Z niej schodzi pieszczota mgły na śpiącego łabędzia, który wydaje się być pogrążony we śnie. Kiedy byłem dzieckiem, podczas zimnych wieczorów mama przygotowywała mi przed zaśnięciem napar z koszyczków kwiatów rumianku. On uspakaja dziecko i pozwala mu zasnąć. Dawał poczucie słodkiego snu. Tuż przed zaśnięciem przywoływał w myślach fantazje, wyobrażając najpiękniejsze rzeczy. Jedną z nich było latanie - fruwałem gdzie chciałem. Odrywałem się od okna i wylatywałem, żeby wyzwolić się w dalekich krajach. To było uczucie tak realne, że nie potrafiłem rozróżnić, czy to jawa, czy sen.

Zatem rumianek jest wiodącym tematem. Potem rozszerzyłem go o towarzyszącą nutę wanilii oraz inne przyprawy z brzoskwinią, żeby pozytywnie przerwać sen, z krokantem pistacjowym.

Największą trudność sprawiło znalezienie sposobu, żeby dać nutę lekkiego rumianku bez posmaku taniny. Potrzebne były liczne próby techniczne. Na koniec znalazłem to, co chciałem. Lody składają się z rumianku wzbogaconym smakiem wanilii, przybliżone przez sos brzoskwiniowy oraz kawałki pistacji. Te lody trzeba wysłuchać, obejrzeć, powąchać, spróbować i wyobrazić sobie.

Lody „Muzyka” narodziły się podczas targów Sigep 2016. Ktoś puścił mi piosenkę Jovanottiego „Musica, musica”. W końcówce Manu Dibango daje solowy pokaz na saksofonie. Zaadaptowałem ją dobrze do kuchennego show podczas targów w wersji małych lodów na patyku oraz w wanience. Lody są połączeniem śmietankowo-jajecznego kremu muzyka, sorbetu muzyka oraz sosu muzyka. Te dwa ostatnie wykonałem z moreli oraz marakui. Dibango pochodzi z Afryki, a ona mi się skojarzyła z czerwonym piaskiem, dlatego lodom nadałem taki kolor.


Cykl "Kolarskie historie Piotra Ejsmonta" od lat stanowił nieodłączny element portalu Pro-Cycling.org. Zakurzone przez upływ lat historie z kolarskiej przeszłości przywoływał Piotr Ejsmont, którego na gościnne występy kontynuujemy po fuzji portali.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając błędny fragment tekstu i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: