Giro d'Italia 2019. Wielki Giulio Ciccone

Jan Hirt

Giulio Ciccone (Trek-Segafredo) w wielkim stylu wygrał morderczy etap 16. Giro d'Italia i umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji górskiej.

24-latek po całodniowej akcji, świetnej wspinaczce na Passo del Mortirolo oraz dramacie w deszczowym finale pokonał na ostatnich metrach Jana Hirta (Astana).

To zwycięstwo to najszczęśliwszy moment mojej kariery. Poza triumfem, przecięcie górskiej premii na Mortirolo na pierwszej pozycji to wspomnienie, które zostanie w moje pamięci na zawsze. To taka ważna i historyczna wspinaczka!

– powiedział na konferencji prasowej.

Ciccone na trasie Giro pojawił się jako pomocnik Bauke Mollemy, w zespole Trek-Segafredo mając jednak pewną swobodę. W ucieczkach znajdował się od drugiego etapu, skrzętnie gromadząc punkty w rywalizacji o niebieską koszulkę.

Włoch, który w 2016 przeszedł na zawodowstwo i w debiucie w Giro wygrał etap, w kolejnych latach pokazywał się na wyścigach etapowych. W czołówce kończył Settimana Coppi e Bartali, Tour of Utah czy Tour du Haut Var, aktywnie jeżdżąc na górskich trasach. Przed rokiem wygrał Giro dell'Appenino, a w maju walczył o tytuł najlepszego górala Corsa Rosa, w finale przegrywając tę rywalizację z Chrisem Froomem.

Na trasie tego Giro chciałem przede wszystkim wygrać etap. Koszulka najlepszego górala była trochę na drugim planie, ale teraz mam już tak dużą przewagę, że postaram się połączyć jej utrzymanie z pomocą naszemu liderowi, Buce Mollemie. Giro jeszcze się nie skończyło

– zadeklarował.

W tym roku prowadzenia Ciccone nie byli w stanie zakwestionować kolarze walczący w klasyfikacji generalnej. 24-latek do 16. etapu przystąpił z ponad 100-punktową przewagą nad Richardem Carapazem, mając w głowie kolejne górskie premie. Te podbijał dziś w ramach 21-osobowej ucieczki na alpejskim etapie i na szczycie Passo del Mortirolo do swojego dorobku dopisał kolejne punkty. Przy bardzo niskiej temperaturze i deszczowej pogodzie Włoch od masażysty otrzymać miał kurtkę przeciwdeszczową i bidon. Prosta niby czynność na stromiźnie przerodziła się w szarpaninę z odzieniem, w które niepotrzebnie zaplątany był bidon. Zniecierpliwiony Ciccone wyrzucił wszystko na pobocze i zjazd rozpoczął tylko z włożoną pod koszulkę gazetą, którą udało mu się złapać.

Włoch na prowadzącej przez zamglony, zaciemniony i mokry zjazd drodze wymarzł na tyle, że na finałowym podjeździe do Ponte Legno trząsł się z zimna. Kurtkę otrzymał dopiero kilka kilometrów przed metą, ale bardziej niż z zimnem i zmęczeniem walczył z frustracją. Ciccone wyścig prowadził Z Janem Hirtem, acz ten na polecenie zespołu początkowo na zmiany wyjść nie chciał. Ciccone reagował nerwowo, krzycząc raz do radia, raz na Hirta, a raz na jego dyrektora sportowego. Czechowi dyrekcja Astany pozwoliła na rozpoczęcie współpracy 6 kilometrów przed metą, gdy okazało się, że grupka Miguela Angela Lopeza jest zbyt daleko.

Wysoki góral kazachskiej ekipy na ostatnich kilometrach zdawał się być w lepszej dyspozycji niż szczękający zębami Ciccone. Włoch nie po to jednak zabrał się w zwycięską akcję i na ostatnich metrach nie dał się wykiwać. Prowadził sprint i pewnie ograł Czecha, na mecie zapisując drugi w karierze triumf na trasie swojego narodowego touru.

Czekałem na to zwycięstwo dwa lata. Na mecie krzyczałem z radości, poczułem się wolny od frustracji, które towarzyszyły mi od czasu mojego ostatniego zwycięstwa. No i dlatego, że ten etap miał wszystko, podjazdy, deszcz, zimo... i nerwy w finale. Dwójkowy sprint to zawsze sporo stresu. Byłem zdenerwowany kiedy Hirt nie pracował, a ja nie znałem różnic czasowych. Ale skończyło się świetnie

– tłumaczył na mecie.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając błędny fragment tekstu i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: