Różowe historie Piotra Ejsmonta: etap 13. W drodze do raju

Tym razem Piotr Ejsmont przywołuje historię związaną z Giro z 1985 roku, którego bohaterami byli Francesco Moser i Bernard Hinault. W dalszej części poznacie tajemnicę ciasteczek brutti ma buoni.

Rower: W drodze do raju

W 1985 roku Giro było areną zmagań dwóch gigantów: Francesco Mosera oraz Bernarda Hinaulta. Po poprzednim cudownym zwycięstwie Mosera nad Fignonem, Francuzi spodziewali się ze strony organizatorów oraz fanatycznych kibiców Mosera wszystkiego najgorszego.

Planem Mosera było zdobywanie bonifikat na metach oraz dobra czasówka. Z pomocą przyszli mu Torriani, patron wyścigu, który ułożył trasę pod możliwości "szeryfa". Hinault chciał go wykończyć w górach, ale one ładnie wyglądały tylko na mapie wyścigu. Potem okazywało się, że mety były na zjazdach, albo daleko za górami – tak, by Moser zawsze mógł wrócić do czołówki i na kresce przegonić Hinaulta.

Przykładem najwyższego braku zaufania ze strony Francuzów było ich zachowanie podczas urodzin Wladimiro Panizzy. Na etapie do Domodossoli peleton zatrzymał się w rodzinnej miejscowości Panizzy, Gallarte. Mirko obchodził swoje 40. urodziny, więc sąsiedzi zaprezentowali mu na drodze tort z 40 świeczkami, którym solenizant częstował resztę kolarzy. Nie była to jednak sielanka.

– Podczas postoju kontrolowałem razem z moimi kolegami z bliska innych kolarzy – opowiadał Hinault. – Spytacie się dlaczego? Załóżmy, że jeden z moich rywali chciałby tę sytuację wykorzystać, żeby uciec samotnie do mety. Czułem w powietrzu jakiś podstęp.

Hinault już wtedy był liderem Giro. Prolog wygrał jeszcze Moser. Bernard był szósty, a chwila była historyczna, bo "Borsuk" pojechał na rowerze wyposażonym po raz pierwszy w pedały z automatycznym zaciskiem marki Look.

Czwarty etap kończył się w Dolomitach na przełęczy Passo Gardena. Tam poległ najpierw Saronni, a potem Moser. Wspomagany przez Langa Visentini został liderem, ale ta rola przerastała jego nerwy. Hinault i pomagający mu Lemond codziennie grali mu na nerwach, pozorując ataki. Czasówka z Capua do Maddaloni liczyła 38 kilometry. Hinault wygrał ją, dokładając Moserowi 53 sekundy, a Visentiniemu 1:42.

– Publiczność nie zachowywała się wobec mnie zbyt sportowo – narzekał Bernard. – Polewano mnie wodą, rzucano we mnie gazetami. W pewnym momencie rozpostarto tuż przede mną wielki plakat z Moserem. Publika, która mnie źle traktuje, motywuje mnie jeszcze bardziej.

Hinault został liderem. Etap z podjazdem na Gran Sasso (Wielki Kamień) nie kończył się na samym szczycie, ale w jego połowie. Hinault wyśmiał Torrianiego: – Mówiono nam tyle rzeczy o tej górze: że jest bardzo sztywna, że jedna z najtrudniejszych w wyścigu. A to był tylko mały kamyk, wzgórek dla dzieci. Torriani jest dziwnym, dobrym człowiekiem.

– Torriani kiwa nas tymi fałszywymi górami – dodał góral Mario Beccia.

Torriani wiedział co robi, bo ten wielce górski etap wygrał Moser. Visentiniego zmogło zapalenie oskrzeli i nie długo potem wycofał się. Moser liczył jeszcze na to, że przez ostatnie góry przejedzie tak, że jego starta do lidera nie będzie większa od jednej minuty, którą chciał odrobić w ostatniej czasówce.

Dziewiętnasty etap miał prowadzić przez przełęcz Wielkiego Świętego Bernarda, ale w rzeczywistości podjazd skończył się na 6 kilometrów przed szczytem, tuż przed tunelem pod nim. Potem był zjazd do Saint Vincent, gdzie finiszował 50-osobowy peleton i gdzie oczywiście wygrał Moser, zarabiając kolejne 20 sekund bonifikaty.

Przedostatni etap prowadził do stacji narciarskiej we Valontey, położonej w masywie Gran Pardiso. Teren ten jest parkiem narodowym, a najwyższy szczyt o nazwie Gran Paradiso mierzy 4061 m n.p.m. Po południowej stronie tego masywu znajduje się Ceresole Reale. W 1985 roku droga do raju mierzyła tylko 58 kilometrów. Na początku było nawet ostro, a potem?

– Dla mnie i dla Grega Lemonda w zupełności wystarczyła jazda na 13, najwyżej 19 ząbkach – skwitował wspinaczkę Hinault. – Z Gregiem ustaliśmy sposób, żeby izolować Mosera. Greg atakował jak szalony, a ja siedziałem na kółku Mosera, żeby znowu nie zdobył na mecie bonifikaty. Ale Moser dzisiaj był wielki. Wytrzymał wszystkie ataki.

Kiedy obaj wielcy rywale trzymali się w szachu, uciekł debiutant w zawodowym peletonie, 23-letni Amerykanin Andrew Hamspten, i wygrał etap. Jechał w wyścigu w zespole 7 Eleven, prowadzonym przez Jimmiego Ochowicza. Amerykanie byli postrachem peletonu. Nie mieli umiejętności jazdy w peletonie, byli sprawcami kraks, aż doczekali się ze strony Hinaulta przezwiska, że są nierozumnymi bandytami, walczącymi zaciekle nawet o 50. miejsce na finiszu. Co ciekawe, wspinaczkowe umiejętności Hampstena zdecydowały, że Guimard i Tapie kupili go do pomocy Borsukowi w „La Vie Claire” na następny sezon.

O wyniku Giro miała zdecydować czasówka z Lido Camaiore do Lukki na dystansie 48 kilometrów. Na tę okazję do kolumny wyścigu dołączył profesor Conconi (prekursor EPO). Miał pomagać Moserowi. Tapie odgrażał się, że będzie latał nad kolumną swoim prywatnym samolotem, żeby śledzić helikopter RAI, który rok wcześniej miał pomagać Włochowi. Moser wystartował ze stratą w klasyfikacji 1:15. Wygrał etap, ale tylko z przewagą 7 sekund nad Francuzem. Giro należało do Hinaulta, zaś Lang ukończył wyścig na 56. miejscu.

– Chciałem wygrać, żeby pokazać Włochom, że to będzie wyścig francuski i żeby pomścić Fignona – skwitował wygraną w wyścigu Hinault.

Przysmak (autorstwa Joanny Ejsmont): Lody u babci Klary oraz ciasteczka brzydkie, ale dobre

W północnej części Turynu, na via Stradella 187, od prawie dwóch lat mieści się wyśmienita lodziarnia o nazwie Casa Clara. Prowadzi ją nasza rodaczka, przebywająca już jakiś czas we Włoszech, Silvia Wdowiak. Nazwa lokalu pochodzi od jej babi Klary, wielkiej specjalistki domowej produkcji lodowych lizaków oraz parzenia kawy. Silvia pobrała nauki u najlepszych mistrzów rzemiosła lodziarskiego i jest dowodem na to, że coraz więcej Polaków potrafi robić lody na najwyższym poziomie jakości, często dorównującym, a nawet przekraczającym pułap włoski. Lody pistacjowe, orzechowe lub owoce lasu oraz wiele innych deserów zyskują uznanie klienteli. Do tego jest jeszcze jedna wartość dodana – sympatyczna obsługa.

Brutti ma buoni, czyli po polsku brzydkie ale dobre, to bezkształtne ciasteczka złożone tylko z trzech-czterech składników. Niektórzy uważają, że zostały wymyślone przez mieszkańców Piemontu, by mogli używać swojego lokalnego skarbu, jakim są orzechy laskowe, licznie w tym regionie uprawiane. Inni twierdzą, że ich rejonem pochodzenia jest Emilia i miejscowość Prato, gdzie znane są jako bruttiboni albo Mandorlati di San Clemente. Ciasteczka z tego regionu składają się bowiem głównie migdałów lub migdałów z orzechami laskowymi. Jeszcze inna wersja mówi, że oryginalne ciasteczka Brutti ma buoni pochodzą z Gavirate w prowincji Varese i powstały w 1878 roku w cukierni Constantino Venianiego.

W podstawowym, piemonckim przepisie znajdują się tylko prażone orzechy laskowe (600 g), cukier (100 g) i białka jajek (50 g). Białka ubija się z cukrem na sztywno. Do ubitej piany dodaje się prażone, grubo posiekane orzechy. W miedzianym garnku gotuje się całość na małym ogniu, ciągle mieszając, ż do momentu, gdy masa będzie oddzielać się od brzegów i zmieni kolor z bladożółtego na kolor orzechowy. Masę wykłada się na blachę pokrytą papierem do pieczenia, układając nieregularne porcje. Ciasteczka piecze się w temperaturze 160°C przez około 10 minut. Ciasteczka powinny się wysuszyć ale pozostać miękkie w środku.


Cykl "Kolarskie historie Piotra Ejsmonta" od lat stanowił nieodłączny element portalu Pro-Cycling.org. Zakurzone przez upływ lat historie z kolarskiej przeszłości przywoływał Piotr Ejsmont, którego na gościnne występy kontynuujemy po fuzji portali.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: