Giro d'Italia 2019. Duch młodości na dwóch kółkach, Richard Carapaz liderem

Ruszył po etapowe zwycięstwo, ruszył by do wysiłku zmusić rywali. Na ostatnim kilometrze w garści miał nie tylko etapową wiktorię, ale i koszulkę lidera. Richard Carapaz swoje marzenia wciela w życie na trasie Giro d'Italia.

Jego ataki są płynne, niemal niezauważalne. Jak na tak wielki wysiłek, Carapaz zdaje się płynąć na górskich przełęczach, moc łącząc z wyczuciem momentu, umiejętność rzadka w przypadku kolarza tak młodego. Zwinność młodziana z Ekwadoru przed rokiem była przystawką do walki o maglia rosa, dziś jego młodzieńcza fantazja nakręca tę batalię.

Sam nie mogę w to jeszcze uwierzyć. To sen, ale pracowałem na jego realizację bardzo długo i ciężko. Teraz te wysiłki przynoszą rezultaty

– mówił na mecie w Courmayeur, gdzie zameldował się blisko dwie minuty przed najlepszymi kolarzami wyścigu.

Carapaz po 14. etapie Giro d'Italia objął prowadzenie w klasyfikacji generalnej i ma obecnie 7 sekund przewagi nad Primozem Roglicem, 1:47 nad Vincenzo Nibalim oraz 2:10 nad Rafałem Majką.

Z twarzy Ekwadorczyka trudno wyczytać jakiekolwiek emocje. Kolarz Movistaru w świetle kamer jest przeciwieństwem wygadanego Mikela Landy. Przed rokiem Giro zakończył na 4. miejscu, jako kolarz walczący o koszulkę najlepszego młodzieżowca z Miguelem Angelem Lopezem. W tym roku do Włoch przyjechał z Landą w roli lidera, ale już po kilku dniach stało się jasne, że Eusebio Unzue ma dwóch liderów.

Carapaz zręcznie nawigował na pierwszych etapach, ze zmniejszonej kraksą grupki wygrywając etap czwarty. Straty Landy w pierwszych dniach oraz lepszy występ Carapaza na czasówce wykreowały interesującą dynamikę wewnątrz zespołu. 25-latek górskie etapy wprawdzie zaczął na lepszej pozycji w klasyfikacji generalnej, ale wobec większej liczby kolarzy, którzy musieli odrabiać straty, Landa nie stał na przegranej pozycji.

Bask po aktywnej jeździe wczoraj wrócił do gry, ale dziś to Ekwadorczyk rzucił wyższy bieg. Na krótkim i najeżonym wspinaczkami etapie w Dolinie Aosty Carapaz i Landa panowali nad sytuacją i odpowiadali na przyspieszenia Vincenzo Nibalego, który grupę rozrywał na 25-kilometrowym podjeździe na Colle San Carlo. Na trzy kilometry przed szczytem wspinacz z Ameryki Łacińskiej wyprowadził atak. 25-latek za jednym zamachem nadrabiał nad Roglicem, Nibalim, przeżywającym trudności Ilnurem Zakarinem i odczepionym Bauke Mollemą, a równocześnie zadanie ułatwiał Mikelowi Landzie, który spokojnie kręcił w grupce goniącej.

Mieliśmy plan, dobrze zaplanowana przez ekipę strategię. Wiedzieliśmy, że Mikel i ja czujemy się bardzo dobrze, wiedzieliśmy, że San Carlo to podjazd mi odpowiadający, a z dwoma silnymi kartami łatwiej jest rozgrywać takie etapy. Mikel w finale nie czuł się jednak tak dobrze. Trzy kilometry przed szczytem wyczułem okazję i ruszyłem tak mocno jak mogłem. To wystarczyło by wpędzić rywali w kłopoty

– tłumaczył na mecie.

Carapaz 3 kilometry przed metą miał już ponad minutę nad grupką Nibalego i Roglica i na metę pędził ile sił w nogach, w głowie mając tylko maglia rosa.

Zdaliśmy sobie sprawę, że przejęcie koszulki jest możliwe, pod warunkiem, że dobrze pokonam zjazd. Jestem bardzo szczęśliwy, ta koszulka to moje marzenie od czasu, gdy zacząłem interesować się kolarstwem... od czasu, gdy w wieku 15 lat oglądałem ten wyścig na telefonie komórkowym.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: