Giro d'Italia 2019. Toma Dumoulina wyścig na wzgórze św. Łukasza

Tom Dumoulin jako pierwszy rozpoczął Giro d'Italia, w głowie nie mając wielkich taktycznych założeń, ale prostą ambicją ponownego wygrania Corsa Rosa.

Kolarz Team Sunweb, zwycięzca Giro z 2017 roku i drugi kolarz jej ubiegłorocznej edycji, przed startem zdawał się wyluzowany, na konferencji prasowej pozostawał sobą, co w kontraście stanęło do bardzo poważnego Nibalego i niemal zbyt pewnego siebie Yatesa, którzy z prasą rozmawiali dzień wcześniej.

Mam poczucie, że jestem w dobrej formie, czuję się dobrze. Nie robię wielkich planów, przyjechałem tu wycisnąć z siebie wszystko, zostawić serce na tej trasie

– powiedział przed pierwszym etapem, podczas spotkania z mediami.

Dumoulin do Giro przygotowywał się na trasie UAE Tour oraz Tirreno-Adriatico, kończąc je odpowiednio na 6. i 4. miejscu. Program startowy uzupełnił wyścigami Mediolan-San Remo i Liege-Bastogne-Liege, a w Bolonii stanął na starcie z 16 dniami startowymi za pasem.

Mój program startowy był taki sam jak w poprzednich latach. To jest o tyle niebezpieczne, że zaczynasz swoje odczucia odnosić do tego, jak czułeś się w tym punkcie rok temu, dzień po dniu. Próbuję tego nie robić, zwłaszcza, że potem pojadę chyba w Tourze. Stąd ograniczony plan startów wiosną. Działało to w ostatnich dwóch sezonach, mam nadzieję, że tak będzie i w tym roku

– tłumaczył.

Na niezbyt sensowne pytanie o etapy, na które czeka, Dumoulin szybko odparł "czasówki". Gdy salwa śmiechu przebrzmiała, wskazał jeszcze jeden odcinek.

Etap z Gavią i Mortirolo, to mi się podoba. Będzie rzeźnia. Nie sądzę że będzie mi się to podobało w dniu jego rozegrania i pewnie nie po zakończeniu, ale to fajny etap

– ocenił.

fot. LaPresse - D'Alberto / Ferrari / Paolone / Alpozzi

Pierwsi chcą być pierwszymi

Zapowiadane na sobotę opady deszczu uruchomiły alarmy w głowach dyrektorów sportowych obecnych w Bolonii. Większość zawodników mających ambicje walki w klasyfikacji generalnej zdecydowało się ruszyć dość wcześnie, a wyjątkiem był tylko Simon Yates, którego dyrektorzy najwidoczniej czytali inne prognozy pogody i nie mieli nic przeciwko startowi o 19:45.

Dumoulin z rampy ruszył o 16:50, jako pierwszy kolarz, co oznaczało, że nie miał żadnych punktów orientacyjnych oprócz wewnętrznych krzyków swojego ciała. Holender przy letniej pogodzie jako pierwszy sunął po nierównej i miejscami popękanej szosie prowadzącej w kierunku wzgórza św. Łukasza.

Stroma wspinaczka prowadziła wzdłuż wiodącej pod arkadowym sklepieniem drogi krzyżowej, wybudowanej na przełomie siedemnastego i osiemnastego wieku. Powstały w rezultacie korytarz, złożony z 666 łuków, przed deszczem na przestrzeni wieków chronił uczestniczących w procesjach wiernych, a w ostatni weekend natomiast dał schronienie przed słońcem i dobry punkt widokowy tysiącom kibiców, którzy ochoczo zagrzewali kolarzy do walki.

Podjazd, znany kolarzom dobrze z finału Giro dell'Emilia, liczy tylko 2100 metrów, a jego średnie nachylenie ociera się o 10%. O ile te dane znalazły się w centrum uwagi, najbardziej technicznym kawałkiem trasy był sam wjazd na drogę do sanktuarium. Kolarze zamiast prostego przejazdu pod usytuowaną u stóp wzgórza kaplicą, dojeżdżali do stromizny z innej strony miasta, przez co, by rozpocząć wspinaczkę, musieli pokonać niezwykle wąski i ostry zakręt. To zmuszało do niemal zupełnego wyhamowania przed przywołaniem wszystkich sił potrzebnych do rozkręcenia właściwego rytmu na pnącej się od razu do góry szosie.

Dumoulin na rowerze czasowym utrzymywał swoją pozycję, ani razu nie podnosząc się z siodełka.

Droga krzyżowa

Bazylika św. Łukasz mieści się na szczycie wzgórza, ale wokół niej nie ma wiele miejsca na organizację sportowego wydarzenia. Niewielki parking za metą służył jako miejsce złapania oddechu dla zmęczonych zawodników, jako miejsce kontroli antydopingowej, a w zaimprowizowanych namiotach znajdowała się przestrzeń dla telewizji i dziennikarzy którym chciało się wyjść na szczyt. Droga na szczyt, dla tych, którzy nie zdecydowali się na przejazd vanami o poranku, prowadziła bowiem tylko szlakiem pielgrzymów.

Dumoulin po przecięciu linii mety wpadł na parking i przez chwilę kręcił się między samochodami, próbując złapać oddech. Na pytania odpowiadał chwilę potem przed kamerami, acz nie mógł powiedzieć wiele, gdyż jego rywale nie osiągnęli jeszcze mety.

Sięgnąłem krańców swoich możliwości, myślę, że dyktowałem dobre tempo. Nie wiem, co mi to da. Oszczędzałem się na płaskim, na pewno. Nie wiedziałem co prawda jak bardzo powinienem

– wydyszał.

To zmieniło się dość szybko. Vincenzo Nibali nie zamierzał Holendrowi oddać ani piędzi swojej ziemi i na mecie pojawił się z czasem lepszym o 5 sekund od lidera Sunwebu. Dumoulin, już po ochłonięciu, uwiesił się na metalowej siatce, stanowiącej szkielet przedziału prasy, zapytał o wyniki i wraz z niewielką grupką dziennikarzy oglądał część występu Roglica. Jego zmęczona twarz krzywiła się w grymasie, trudno powiedzieć czy bólu czy niedowierzania, acz Holender przyzwyczaił już do niemal nadmiernego strojenia min tuż po zakończeniu ekstremalnych wysiłków.

Wyniku Słoweńca nie zobaczył, a po założeniu cieplejszych ubrań skierował się na boczna drogę i rozpoczął powrót do miasta, do hotelu.

Jestem zadowolony z tego występu, poszło jak poszło. Po 8 kilometrach Giro Roglic jest lepszy od wszystkich

– komentował później spokojnie.

Dumoulin pierwszy etap ukończył na piątym miejscu, do zwycięskiego Roglica zapisując 28 sekund straty, a także 5 sekund do Nibalego oraz 9 sekund do Yatesa. Piątą pozycję utrzymuje po trzech odcinkach i czeka na etap dziewiąty, drugą indywidualną czasówkę.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: