Różowe historie Piotra Ejsmonta: etap 1. Cuda Bolonii

Tradycyjnie już przy okazji włoskiego Giro d'Italia Piotr Ejsmont przywołuje najpiękniejsze z kolarskich historii. Tym razem jednak postanowił jednak wykroczyć poza czysto sportowe ramy i balansuje pomiędzy rowerem, a przysmakami.

Rower: Fiorenzo Magni

W 1956 roku Giro miało dwóch wielkich bohaterów: zwycięzcę Charly'ego Gaula oraz drugiego na mecie Fiorenzo Magniego. Magni był zdecydowany kończyć wielką karierę, podczas której wygrał Giro trzy razy. Było to jego pożegnanie z wyścigiem. Przed startem nie miał wielkich ambicji, tym bardziej, że w styczniu przebył operację ścięgien.

Na 10. etapie z Grosetto do Livorno panował spokój, jednak na zjeździe z Volterry był kawałek szutrowej drogi. Przednie koło roweru Magniego wpadło w poślizg i kolarz ciężko upadł na lewe ramię. Z wielkim bólem dojechał do mety. Przewieziono go do szpitala w Livorno, gdzie zdjęcie rentgenowskie wykazało złamanie obojczyka. Magni poprosił lekarza, żeby wstrzymał się z założeniem gipsu. Nazajutrz miał być dzień odpoczynku w wyścigu, a potem raczej łatwa czasówka do Lucca. Gdyby dalej było źle, Magni przyrzekł, że wtedy wycofa się z wyścigu.

Podczas dnia odpoczynku wybrał się na przejażdżkę z Alfredo Martinim. Bolącą rękę obwiązał sobie szaliczkiem w wielkie grochy. Na czasówkę mechanik Faliero Masi przestawił dla większej wygody rączkę lewego hamulca. Czasówka liczyła 54,4 kilometra i wygrał ją Pasquale Fornara, zostając nowym liderem. Magni miał jedenasty czas. W klasyfikacji generalnej plasował się pod koniec drugiej dziesiątki, ze startą ponad 5 minut do lidera.

Kolejny etap do Bolonii był dla Magniego męczarnią. Na trasie były dwa pokaźne podjazdy pod Oppio i Porrettę. Kiedy usiłował mocniej oprzeć się na kierownicy, widział wszystkie gwiazdy przed oczami. To nie wróżyło dobrze na wspinaczkę pod bazylikę Madonna di San Luca. Tutaj na dystansie 2450 metrów, na podjeździe o nachyleniu od 12 do 18%, miała się rozegrać górska czasówka. Dystans krótki, ale jak wjechać na górę, nie mogąc dobrze trzymać kierownicy? Masi oraz Ernesto Colnago znaleźli rozwiązanie. Wyjęli środek z opony szytki. Jeden koniec przytwierdzili do kierownicy, drugi kazali trzymać kolarzowi w zębach. W ten dziwny sposób Magni potrafił po ponad 8 minutach zaciskania w zębach opony wjechać na górę. Najszybsi byli rasowi górale. Wygrał z czasem 6:56 Gaul, wyprzedzając o 3 sekundy Bahamontesa.

Najgorsze wydarzyło się dzień później na trasie z Modeny do Rapallo. Na 70. kilometrze była dziura w drodze. Magni za późno ją zauważył, nie mógł podbić do góry roweru. Wywrócił się, upadając na złamany obojczyk. Stracił przytomność. Odciągnięto go na bok i kiedy odzyskał przytomność, posadzono na przydrożnym murku. Lekarz wyścigu usiłował go wsadzić do ambulansu. Magni poczuł się jednak na tyle dobrze, że zamiast do samochodu wsiadł na rower i pojechał dalej. Peleton wiedząc o jego wypadku, zwolnił tempo jazdy i pechowiec zdołał do niego wrócić.

Magni wiedział, że to jest jego ostatnie Giro, więc chciał go ukończyć na rowerze, a nie na noszach. To było wielkie wyzwanie, bo wyścig wkraczał w Alpy. Na 17. etapie był podjazd pod Stelvio, a potem zjazd do Merano. Mechanicy znowu przyszli mu z pomocą. Ponieważ prawą rękę miał sprawną, to przełożyli mu przedni hamulec na prawą stronę kierownicy. Jak zjeżdżał za szybko, to dodatkowo pomagał sobie butami, szlifując podeszwy. Magni był mistrzem zjazdów. Na Stelvio miał do Gaula i Bahamontesa ponad 3 minuty straty. Na zjeździe dogonił ich, a na mecie przegrał finisz o pierwsze miejsce tylko z Cleto Maule. W klasyfikacji był daleko, na 11. miejscu, ponad 7 minut za liderem. W telewizji mówiono o nim "Fiorenzo Wspaniały".

Jeszcze większych cudów dokonał nazajutrz na etapie kończącym się na Monte Bondonne. Z Niemiec napłynęło lodowate powietrze. Zrobiło się zimno. Wiał wiatr, padał najpierw deszcz, potem śnieg. Było to najtrudniejszy etap w historii Giro. Przemarźnięci kolarze wycofywali się jeden za drugim. Dla Gaula była to wymarzona pogoda. Wygrał etap i cały wyścig. Magni był trzeci na etapie, a drugi w końcowej klasyfikacji.

Po wyścigu wreszcie dopadli go lekarze i zapakowali w gips na 20 dni. Miał podwójne złamanie kości. Po tym czasie szybko sam sobie zdjął tę zbroję i wznowił treningi, bo chciał jeszcze po raz ostatni wziąć udział w mistrzostwach świata. Na koniec sezonu, tak jak sobie to zaplanował, powiesił rower na haku i został sprzedawcą samochodów Lancia i motorowerów Guzzi w Monzie. Bardzo szybko został szefem wszystkich koncesjonariuszy Lancii we Włoszech. W 1980 roku podobną funkcję pełnił przez lata w General Motors, sprzedając Ople.

Przysmaki: Giacomo Schiavon i Gino Fabbri

Kiedy Magni z oponą w zębach wjeżdżał pod bazylikę San Luca, Giacomo Schiavona nie było jeszcze na świecie. W 2019 roku powiedział mi, że będzie stał przy trasie Giro. Giacomo posiada od lat jedną z najlepszych lodziarni w Bolonii. Nazywa się ona La Sorbetteria i mieści się na via Castiglione w Bolonii, jakieś 500 metrów od linii startu pierwszego etapu. Giacomo zasługuje na uwagę z kilku względów. Jest prawdziwym rzemieślnikiem lodziarskim i sporządza lody ze składników pierwotnych. Potrafi wytłumaczyć klientowi, dlaczego używa każdego ze składników. Pracuje na pionowej maszynie do lodów, z której lody wybiera się za pomocą długiej łopaty. Giacomo jest wiarygodny. Kiedyś powiedział mi:

Jestem teraz na pokazie na targach. Jest późny wieczór. Przed moim zakładem stoi kolejka i cierpliwie czeka na lody pistacjowe. Ja sprzedaję lody świeże, dopiero co zrobione, więc trzeba poczekać, aż mój lodziarz je sporządzi. Nie mogę wyjąć lodów pistacjowych z jakiejś szafy mroźniczej, sporządzone nawet dzień wcześniej, bo stracę wiarygodność.

Giacomo poznałem klika lat temu. Robi fantastyczne lody. Są świeże, więc pachną. Ma wielką wiedzę fachową i potrafi ją przekazywać. Wąska elita rzemieślniczych lodziarzy z Polski szkoliła się właśnie u niego.

W Bolonii mieszka także wielki autorytet świata cukierniczego - Gino Fabbri. Jego cukiernia mieści się na via Cadriano i przez specjalistów uznawana jest za jedną z najlepszych we Włoszech. Gino nie używa margaryny, tylko masło. Produkuje się tu rogaliki i bułki na kwasie piekarskim i maśle, pączki z kremem zabaione, tort jabłkowy, keksy ze smacznymi, rzemieślniczymi owocami kandyzowanymi, małe ciasteczka ryżowe, sucharki cantuccini i wiele innych specjałów. Atrakcją jest możliwość podglądania bezpośrednio ich produkcji, bo Gino, tak jak Giacomo, chce być wiarygodny w oczach klientów. Gino jest powszechnie poważaną osobą w świecie cukierniczym i od lat pełni funkcję prezydenta Stowarzyszenia Włoskich Mistrzów Cukierniczych (AMPI).

Cykl "Kolarskie historie Piotra Ejsmonta" od lat stanowił nieodłączny element portalu Pro-Cycling.org. Zakurzone przez upływ lat historie z kolarskiej przeszłości przywoływał Piotr Ejsmont, którego na gościnne występy kontynuujemy po fuzji portali.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: