Eddie B – szlifierz diamentów

Znane i mniej znane migawki z kariery Edwarda Borysewicza, jednego z najważniejszych kolarskich trenerów w historii.

W Düsseldorfie lało jak z cebra, ale nie powstrzymało to tysięcy fanów kolarstwa przed zebraniem się przy trasie etapu otwierającego kolejną edycję Tour de France. Ubrani w plastikowe pelerynki, schowani pod parasolami myśleli o przyszłości. Kto wygra prolog, kto wygra Tour, kto założy żółtą koszulkę. Zostawiłem ich, pogrążonych w myślach o tym, co będzie i ruszyłem ku niekończącemu się labiryntowi kabli i zaparkowanych z kunsztem ciężarówek. Gdzieś w strefie dla stacji telewizyjnych miałem nadzieję dowiedzieć się czegoś o przeszłości.

W końcu go odnalazłem. Przez lata praktycznie wykluczonego ze sportu za otwarte kwestionowanie uczciwości tego, który teraz sam jest banitą. Greg LeMond rozmawiał z przyjacielem przed drzwiami jednego z kamperów. Chciałem czymś się zająć, by zabić czas czekania, ale pozostawało mi tylko podziwianie ciasno zaparkowanych ciężarówek i obserwowanie czy jakiś fałszywy ruch nie rozepnie któregoś z grubych przewodów i nie zniszczy widowiska dla tysięcy przed telewizorami. Gdy tylko z ust LeMonda pada „trzymaj się!”, ruszam w jego kierunku. Czy ma czas na krótką rozmowę? Nie, nie kolejną o Hinault i roku 1986, nie interesuje mnie ostatnia czasówka z roku 1989. Możemy zamiast tego porozmawiać o Edwardzie Borysewiczu? „Oczywiście, że możemy! Był świetnym trenerem!” – pada odpowiedź uśmiechniętego Amerykanina.

Droga ku kolarstwu

Edward Borysewicz kolarskiemu światu, poza Polską, znany szerzej jako „Eddie B”, urodził się zaledwie kilka miesięcy przed inwazją niemieckich i radzieckich armii na Polskę. „Byłem dzieckiem wojny. To były straszne czasy, ale jakimś cudem przeżyłem” – wspomina kilka dekad później. Po wojnie, w komunistycznej Polsce, młody Edward, jako syn byłego właściciela ziemskiego, automatycznie stał się „wrogiem ludu”. „Byłem drugim najlepszym uczniem w podstawówce, ale nie mogłem iść do liceum, bo sekretarz partii powiedział, że synowie właścicieli ziemskich i wrogowie socjalizmu, będą pracownikami, a synowie robotników dyrektorami” – mówi obojętnie, ale w głosie da się wyczuć ślady zawodu. Z wielką pomocą nauczyciela fizyki Edward został skierowany do szkoły zawodowej, która odpowiadała jego zainteresowaniom. Kolejnych kilka lat spędził na nauce leśnictwa, a gdy ta szkoła została zamknięta, zajął się studiowaniem produkcji nasion. „Dostałem przydział do pracy jako techniczny w fabryce. Interesowało mnie kolarstwo, ale zwyczajnie nie znałem nikogo związanego z tym sportem, nie wiedziałem od czego zacząć… No i nie miałem roweru, więc odkładałem pieniądze, żeby jakiś sobie kupić”.

W tym samym czasie w całym kraju organizowano tak zwane biegi narodowe. Edward, jako wytrawny biegacz, zapewnił sobie już wcześniej miejsce w lokalnym klubie lekkoatletycznym. Jeden z klubowych trenerów, na własne nieszczęście, znalazł dla Edwarda rower. „Musiałem mu obiecać, że dalej będę biegał, ale zamiast tego wygrałem mistrzostwa juniorów w jeździe na czas. Trener był wtedy na stadionie, a ja czułem się strasznie zawstydzony, kiedy podszedł mi pogratulować. Powiedział mi wtedy, że będę dobry w każdym sporcie, ale na bieżni byłbym najlepszy” – opowiadał.

W 1956 roku zniesione przydziały do pracy i Borysewicz mógł się skupić wyłącznie na kolarstwie. Wciąż bez klubu ani jakiejkolwiek wiedzy na temat sportu i treningu, jeździł na rowerze wokół rodzinnego miasta, zawsze onieśmielony przed dołączeniem do peletoniku lokalnych kolarzy, bo jakżeby mógł? Czekając aż stopnieje śnieg, zobaczył zawodników lokalnego klubu kolarskiego mijających jego dom w Łodzi. Podział na lokalnych herosów kolarstwa i Borysewicza trwał, dopóki młody kolarz nie wyprzedził ich wszystkich na finiszu pod górę. „Miałem 17 lat, a kolarstwo było niesamowicie popularne. Wszyscy słuchali reportaży z Wyścigu Pokoju, każdy żył tym wyścigiem, ale nikt nie wiedział, jak zacząć. Spotkałem tę grupę kolarzy przez przypadek. Widziałem ich trenera na szczycie wzniesienia sprawdzającego jak dają sobie radę z finiszami pod górę. Udało mi się ich wyprzedzić kilka razy, więc zapytał mnie do jakiego klubu należę, a ja mu na to, że do żadnego!” – wspominał z nieskrywanym rozbawieniem Borysewicz.

Po dołączeniu do klubu Borysewicz stał się szybko jednym z najlepszych młodych kolarzy w Polsce, otrzymując wymarzoną przepustkę do kadry narodowej. Przydziały do pracy może i były przeszłością, ale obowiązkowa służba wojskowa miała jeszcze spędzać sen z powiek młodych przez dekady. Po raz kolejny życiorys ojca zadecydował o życiu syna. Zamiast dołączyć do plutonu sportowego, jak większość członków kadry narodowej w jakiejkolwiek dyscyplinie, Borysewicz dołączył do oddziału, w którym jako jedyny miał wykształcenie wykraczające poza szkołę podstawową.

Edward Borysewicz.
fot. Archiwum prywatne / Edward Borysewicz

Po odbyciu służby wojskowej 6 miesięcy zabrał mu powrót do kadry. Wszystko szło gładko. Znalazł się w grupie 16 zawodników branych pod uwagę do startu w Wyścigu Pokoju, kiedy po raz pierwszy w życiu musiał udać się na dokładne badanie lekarskie. Niewielkie zwłóknienie tkanki łącznej, błędnie wzięte za zmiany gruźlicze, zrujnowały jego kolarską karierę. Miesiące ciężkiej terapii upłynęły pod znakiem podawania co raz to większych dawek leków, siejących spustoszenie w delikatnym organizmie młodego sportowca. Lekarze w końcu wrócili do zmysłów i wypuścili Borysewicza ze szpitala, niechętnie przyznając się do błędu. 15 kilogramów cięższy wywalczył sobie powrót do reprezentacji. „Wróciłem do ścigania, ale to nie było już to samo. Wcześniej nikt nie mógł mnie urwać po 100 kilometrach, teraz łapały mnie kurcze. Byłem w kadrze z Wątorem i Łasakiem [legendarnymi trenerami polskiej kadry], mogłem wygrywać wyścigi, ale góry były już dla mnie przeszłością. Zdałem sobie sprawę, że nie będę już kolarzem. Wcześniej marzyłem o zdobyciu mistrzostwa świata, ale gdy tylko stało się to niemożliwe, postanowiłem, że będę trenował mistrzów świata. Poszedłem więc na uniwersytet” – głos Borysewicza jest pewny jak zawsze, ale ciężko przeoczyć nutę smutku.

Dla zawsze ciekawego świata Borysewicza Akademia Wychowania Fizycznego w Warszawie była spełnieniem marzeń. Anatomia, biomechanika, fizjologia i pedagogika były pośród jego ulubionych przedmiotów. Pomimo tego, że większość czasu zajmowały mu obowiązkowe kursy i godziny spędzone na rowerze, do późna przesiadywał w bibliotece studiując wszystko, co tylko mogło mu pomóc zostać lepszym trenerem. „Uniwersytet dodał mi wiele pewności siebie i poszerzył horyzonty. Zakochałem się w kolarstwie i byłem szalony w swojej nauce.”

Z uniwersyteckim dyplomem w garści Borysewicz wrócił do rodzinnej Łodzi i dołączył do lokalnego klubu. Jego pierwszym zdaniem było zbudowanie nowej drużyny juniorów. To w tym czasie poznał pierwszego z, jak sam ich określa, największych talentów – Mieczysława Nowickiego.

Polski diament

Młody Nowicki spotkał grupkę kolarzy klubu „Społem”, jadących na start wyścigu i postanowił wskoczyć im na koło. „To zupełnie normalne, że kiedy gdzieś na drodze, jakiś amator próbuje wskoczyć grupce doświadczonych kolarzy na koło, robią wszystko, by go odczepić. Tak samo było i tym razem, z tym, że nie mogli się mnie pozbyć” – wspominał po latach. Jednym z zawodników w peletoniku był Borysewicz. Postanowił mieć oko na młodego kolarza.

Kilka tygodniu później Nowicki zapisał się na Mały Wyścig Pokoju, zawody stworzone z myślą o wyłapywaniu największych talentów i przygotowaniu ich do startu w prawdziwym wyścigu. Po tym, jak Nowicki ukończył zawody na drugim miejscu, podszedł do niego Borysewicz i zaoferował miejsce w swojej sekcji juniorskiej w Łodzi. Urodzony i mieszkający w Piątku Nowicki stawił się wkrótce na trening. „Przyjechałem tam w sportowych butach i krótkich spodenkach. Borysewicz szybko zamówił dla mnie prawdziwy strój kolarski i tak to się zaczęło”.

Borysewicz dał mu dokładne instrukcje ćwiczeń i rozpisany plan treningowy. Zaprosił go również na klubowe treningi. Nowicki pamięta te czasy bardzo dokładnie: „z mojego miasta do Łodzi miałem jakieś 35 kilometrów. Żeby dołączyć do reszty klubu na trening miałem dwie możliwości: dojechać tam autobusem albo rowerem. Problem polegał na tym, że kierowcy autobusów niechętnie zabierali na pokład rowery. Więc jeździłem rowerem, 35 kilometrów przed treningiem i drugie tyle po.” Rozbawiony dodaje jeszcze: „Może to był klucz?”.

Pocztówka upamiętniająca sukces Mieczysława Nowickiego podczas Igrzysk Olimpijskich w Montrealu.

50 lat później Nowicki „dziękuje Bogu” za swoje spotkanie z Borysewiczem. „On wskazał mi drogę, dobrą drogę. Był moim liderem i nauczycielem. Wierzę, że dzięki niemu, ktoś taki, jak ja, z małego miasta gdzieś w Polsce, mógł zdobyć medale na igrzyskach olimpijskich czy mistrzostwach świata. Dzięki jego pracy mogliśmy wyjechać za granicę w czasach komunizmu i pojechać ścigać się do Włoch czy Francji”. W swojej karierze Nowicki zdobył brązowy medal na Igrzyskach w Montrealu i wywalczył całą kolekcję medali w jeździe na czas podczas innych zawodów rangi mistrzowskiej. Nic z tego nie byłoby możliwe bez wsparcia Borysewicza podczas początków kariery Nowickiego jako kolarza. „On ustawił mi w życiu cele i zrobił wszystko, by pomóc mi je osiągnąć. Odwiedzał moją szkołę i rozmawiał z nauczycielami, organizował i płacił za korepetycje dla mnie, żebym nie miał opóźnień w nauce. Więcej nie było mnie w szkole niż byłem. On był nauczycielem, który pokazał mi co robić. Był niesamowicie skoncentrowany i zdeterminowany, żeby osiągnąć sukces”.

W tym samym czasie Borysewiczowi, jako młodej, utalentowanej i wykształconej osobie, zaoferowano pozycję trenera kadry narodowej mężczyzn. Uprzejmie odrzucił ofertę, która była marzeniem każdego innego trenera w Polsce, uznając ją za przedwczesną. Zamiast na pracy na szczycie, skoncentrował się na pracy z młodzieżą. Nowicki piął się w górę przez kolejne kategorie, ale nigdy nie zapomniał o swoim mentorze. Nawet gdy był pod opieką ekspertów z kadry narodowej lubił konsultować się z Borysewiczem.

Pocztówka upamiętniająca sukces polskiej drużyny na Igrzyskach Olimpijskich w Montrealu.

Amerykański Sen

Nowicki przygotowywał się do Igrzysk Olimpijskich w Montrealu, kiedy Polski Związek Kolarski po raz kolejny postanowił skusić Borysewicza do objęcia stanowiska trenera kadry narodowej. Zmęczony kolarstwem i w trakcie drugiego rozwodu, Borysewicz odmówił po raz kolejny. Jedynym czego pragnął był odpoczynek od kolarstwa i zobaczenie Ameryki. Wyruszył w podróż, której wielkim finałem miały być Igrzyska Olimpijskie w Montrealu. Los, po raz kolejny, miał dla niego zupełnie inne plany. Podczas wizyty u przyjaciół w Nowym Jorku zatrzymał się w sklepie z rowerami, którego właścicielem był Mike Fraysse, wiceprzewodniczący Amerykańskiej Federacji Kolarskiej. Po krótkiej rozmowie Polak został zaproszony na klubową przejażdżkę w następną niedzielę.

„Poleciałem tam, bo chciałem zobaczyć, jak wygląda Ameryka. Wszyscy wtedy myśleliśmy, że w USA wszystko jest najlepsze. Kiedy pojechałem na ten trening, byłem w szoku. Pojawiło się chyba ze 100 osób, z brzuszkami, wąsami i dziećmi. Wcześniej martwiłem się, że wyjdę na słabeusza, więc do bidonu wlałem sobie podwójną kawę z cukrem. Nie jeździłem na rowerze od 5 lat. Po tym jak ich wszystkich ograłem, nie mogli uwierzyć, że oni robili 500 mil w tydzień, a ja 0” – śmieje się Borysewicz po latach, po czym dodaje: „Jeździcie, ale nie trenujecie – to im powiedziałem”. Spotkali się znowu w kolejnym tygodniu. Tym razem w salce wykładowej, gdzie z pomocą tłumacza, Borysewicz tłumaczył Amerykanom podstawy kolarstwa. Tydzień później Fraysse przyszedł wraz innym członkami Amerykańskiej Federacji Kolarskiej, żeby zaproponować mu pozycję trenera amerykańskiej drużyny. „Chcieli, żeby przygotował zawodników na mistrzostwa świata juniorów, które miały się odbyć w USA”. Tym razem, Borysewicz przyjął ofertę. Nigdy nie dotarł na Igrzyska Olimpijskie w Montrealu.

Nieoszlifowany diament

Atrament na jego kontrakcie jeszcze dobrze nie wysechł, kiedy Borysewicz zaczął szukać nowego narybku do swojej drużyny. „Przeglądałem wyniki w „VeloNews” w poszukiwaniu utalentowanych juniorów, którzy byli na tyle młodzi, żeby nadal ścigać się w tej kategorii w kolejnym roku. Wybrałem 16 i wysłałem im zaproszenia. Pośród nich byli [Mark] Gorski, [Jeff] Bradley, [Andy] Hampsten i [Greg] LeMond” – wspomina z nieskrywaną dumą.

Jeff Bradley i Eddie B.
fot. Archiwum prywatne / Greg LeMond

Tego deszczowego dnia w Niemczech Greg LeMond przypomina sobie o swoim pierwszym spotkaniu z Edwardem Borysewiczem albo z Eddiem B, jak od teraz będzie nazywany w swoim nowym domu. „Eddie był naszym pierwszym prawdziwym trenerem. Był pierwszym, który opierał trening na fizjologii, a nie tylko na przejeżdżaniu masy kilometrów. Eddie zdecydował się również skupić na młodszych zawodnikach, wierząc, że to co zawodnik przepracuje na tym etapie rozwoju, w wieku 15-20 lat, jest najważniejsze w karierze kolarza. Skupiał się nie tylko na fizycznych aspektach treningu, ale również na taktyce w kolarstwie szosowym. Żeby nauczyć nas umiejętności technicznych używał drużynowej jazdy na czas, co dla mnie było najlepszą formą treningu, zarówno od strony fizycznej jak i technicznej. Myślę, że to nadal pozostaje prawdą” – opowiadał Amerykanin.

Tak samo jak w Polsce uważał Nowickiego za diament wymagający oszlifowania, tak samo w Ameryce postrzegał LeMonda. Po latach powie mi: „miał 16 lat, kiedy przyszedł na trening, miał niesamowitą wytrzymałość fizyczną, pomimo tego, że miał tylko jedną nerkę. Był diamentem, ale diamenty czasem pękają podczas szlifowania. Wszystko jest w rękach mistrza, rzemieślnika. LeMond słuchał, on chłonął wszystko, co się do niego mówiło. Był bardzo entuzjastycznie nastawiony i musiałem go hamować, żeby tyle nie jeździł. Byłem pewny, że będzie wygrywał nie dzięki swojej technice czy talentowi, ale samej wytrzymałości.”

Amerykańska drużyna juniorów pozuje wraz z Edwardem Borysewiczem.
fot. Archiwum prywatne / Edward Borysewicz

Pomimo wielkiej estymy dla LeMonda, Borysewicz twierdzi, że musiał go nauczyć nawet poprawnej pozycji na rowerze. Amerykanin był jednak pojętnym uczniem i chwytał wszystko w lot. Wiele lat później LeMond z uśmiechem odmówił potwierdzenia tych rewelacji. „G*wno prawda, ale on uwielbia to powtarzać! Nazywał mnie nieoszlifowanym diamentem. Często konfrontowałem go podczas treningów, kazał nam trenować mniej, a ja chciałem więcej. Ostatecznie, muszę mu przyznać rację – mniej znaczy więcej. Z Eddiem trenowaliśmy więcej na objętość, wysoką intensywność, ale nigdy nie robiłem jego programów, tak jak zalecał. Trenowałem jakieś 50% więcej niż to, co mi kazał, ale z perspektywy lat, muszę przyznać, że Eddie miał więcej racji, niż ja.” Kilka sekund później LeMond daje popis swojego twardego polskiego akcentu i naśladując Borysewicza mówi po angielsku: „Greg, jesteś jak nieoszlifowany diament. Jesteś bardzo dobry, ale trzeba cię oszlifować”. Kontynuuje rzucając kilka zwrotów po polsku, których publikacja nie wydaje się stosowna.

W końcu nadeszły mistrzostwa świata juniorów 1978, które zorganizowano w Waszyngtonie. We wcześniejszych edycjach Amerykanie kończyli wyścigi na szarym końcu, ale Borysewicz wierzył, że pod jego przewodnictwem uda im się wskoczyć do pierwszej szóstki jazdy drużynowej. Z kompletem strojów nie przekraczającą 10 i jednym zapasowych kół, było to duże wyzwanie. Przyjaciele z Polski myśleli, że kompletnie oszalał, gdy mówił głośno o celach swojej drużyny. Na linii mety Amerykanie byli trzeci w stawce, a Polacy na dziesiątym miejscu. „Skupialiśmy się na drużynowej czasówce i myślę, że Eddie zrobił to, ponieważ szanse na medal w tej dyscyplinie były największe, w porównaniu z pokładaniem wszystkiego na szczęśliwym trafie jednego zawodnika podczas wyścigu ze startu wspólnego. Zawsze kładł wielki nacisk na drużynowe czasówki, które uważał za podstawę treningu kolarskiego. Moją największą siłą, nawet jako zawodowca, były drużynówki. Myślę, że to podstawa, nawet dzisiaj. Gdybym był trenerem, skupiłbym się na jeździe drużynowej na czas. Jest tam sprint, rozprowadzenie, wszystko. Był wspaniałym trenerem” – wspominał LeMond.

Amerykańscy juniorzy jadą po brązowy medal.
fot. Archiwum Prywatne / Greg LeMond

Trzykrotny zwycięzca „Wielkiej Pętli” uważa, że największym talentem Eddiego była umiejętność sprawienia, że ludzie zaczynali wierzyć w siebie. „Był świetny, stworzył podwaliny amerykańskiego kolarstwa. Sprawił, że ci kolarze z Ameryki zaczęli w siebie wierzyć, że uwierzyli, że mogą wyjechać do Europy i ścigać się z Europejczykami. Przez wiele lat wierzyliśmy w Stanach, że dobrzy są zawodowcy, Rosjanie, Niemcy ze Wschodu, a my byliśmy gdzieś na końcu. Kolarze byli onieśmieleni... ja może nie byłem, ale wielu tak. Dał nam wiele pewności, żeby jechać do Europy” – tłumaczył Amerykanin.

Eddie B zorganizował LeMondowi wyjazd do Europy w 1987 roku. W rozkładzie znalazły się starty w Belgii, Francji, Szwajcarii i Polsce. Amerykanin z uczuciem wspomina ten wyjazd i wyścigi, z których większość wygrał, ale wyjazd do Polski zapamiętał również z innych powodów.

Jeszcze w USA Borysewicz dał mu małą wymiętą karteczkę, z zanotowanym adresem jakiegoś miejsca w Polsce. Gdy LeMond wylądował w Warszawie, przeżył niemiłe zaskoczenie: „Nikt na mnie nie czekał! Mam 17 lat, 80 dolarów w kieszeni, żadnego telefonu, żadnej karty kredytowej, miałem tylko bilet powrotny i to wszystko. Miałem długie włosy, żółty podkoszulek i czekałem. 3 godziny i wciąż nikt się nie pojawił, więc podszedłem do taksówkarza i powiedziałem mu, że muszę jechać do Łodzi. Chciał 75 dolarów, a że miałem tylko 80, więc powiedziałem mu, że nie i mogę mu zapłacić 25. Zawiózł mnie do Łodzi i znaleźliśmy adres z karteczki od Eddiego. W drzwiach stoi pani Bek i nie ma zielonego pojęcia kim jestem. Mówię, że jestem Greg LeMond, pokazuję jej palcami na siebie. W końcu mówię „Eddie B”, a ona nadal nic, tylko patrzy na mnie i zastanawia się, kim u licha jestem. W końcu mówię Borysewicz i wtedy sprawy nabrały rozpędu” – śmieje się LeMond. Pani Bek zadzwoniła do męża, a ten do swojego przyjaciela Edwarda, który na śmierć zapomniał, że LeMond miał do nich przyjechać! Z Bekami, słynnym klanem polskich torowców, LeMond spędził tydzień. Nie tylko trenując za samochodem w okolicach Łodzi, ale także poznając smak życia za żelazną kurtyną.

Greg Le Mond i Eddie B po latach.
fot. Archiwum prywatne / Edward Borysewicz

„Dorastałem w Reno, w Nevadzie, wszędzie kasyna, sklepy czynne 24 godziny na dobę, wszędzie możesz dojść na piechotę i wszystko jest zawsze otwarte. W Polsce Bekowie bardzo dobrze się mną zaopiekowali. Poszedłem raz na zakupy z panią Bek: a tu godzina, żeby dostać chleb, godzina, żeby dostać mięso, godzina, żeby kupić coś innego, wszędzie musisz czekać w kolejce. Jako 17-letni dzieciak, to ukształtowało mój pogląd na świat. To otworzyło mi drzwi na świat. Czułem się taki obyty, gdy wróciłem do Stanów – Szwajcaria, Belgia, Francja, Polska. Niezbyt wiele dzieciaków wtedy zwiedzało świat. To były najlepsze lata mojej kariery, zdecydowanie lepsze niż zawodowstwo” – mówił po latach.

W wieku 18 lat, w 1980 roku, LeMond został wybrany do amerykańskiej kadry na Igrzyska Olimpijskie w Moskwie. Jednak z powodu bojkotu imprezy przez kraje zachodnie, nigdy nie wystartował w wyścigu olimpijskim. Eddie B zachęcał go do startu na kolejnych igrzyskach w Los Angeles, ale LeMond odmówił. „Igrzyska? Nie… Ja chciałem startować w Tour de France. Niemniej jednak Borysewicz i [Cyrille] Guimard byli tymi, którzy ukształtowali moją karierę” – przyznał w Düsseldorfie. Co było potem, wszyscy doskonale wiemy.

Epilog

Pełną sukcesów karierę Borysewicza w amerykańskiej federacji zakończyła definitywnie publikacja magazynu "Rolling Stone" w 1985. Dziennikarzom udało się zdobyć dowody potwierdzające stosowanie transfuzji krwi przez amerykańską drużynę kolarską, która w Los Angeles świętowała najlepsze igrzyska olimpijskie od 1912. Wyciek tych rewelacji do prasy rozpętał prawdziwą medialną burzę. Dla społeczeństwa tym bardziej gorszącą, że zwyczajowo, jako stosujących niedozwolone środki przedstawiano zawodników z Bloku Wschodniego.

Skandal był kulminacją trwającej już jakiś czas walki o władzę i wpływy w Amerykańskiej Federacji Kolarskiej. Kolarstwo w Ameryce stawało się co raz bardziej popularne, a czasy kiedy Eddie B prowadził drużynę w spartańskich warunkach już dawno minęły. O dominującą pozycję walczyli z Borysewiczem Ed Burke, który to oficjalnie zaproponował stosowanie transfuzji krwi przez amerykańską drużynę, Jim Ochowicz prowadzący wówczas jeszcze na wpół amatorską drużynę 7-Eleven, oraz jego żona Sheila Young Ochowicz, która pracowała w związku.

Co warte odnotowania, według ówczesnych przepisów antydopingowych, transfuzja krwi nie była zakazana, jej stosowanie za to, w teorii, wykluczać miały przepisy medyczne Amerykańskiego Komitetu Olimpijskiego. Według ujawnionych przez media informacji i późniejszych wyznań członków zespołu, jedna trzecia kolarskiej kadry olimpijskiej zdecydowała się na skorzystanie z opcji dopingu krwi. Borysewicz, który wraz z Burkiem i doktorem Hermanem Falsettim nadzorować miał przygotowania, podtrzymywał i podtrzymuje, że wszystko odbywało się w ramach obowiązujących przepisów i na podstawie rzetelnej informacji medycznej.

List Eda Burke'a rozesłany do czołowych decydentów Amerykańskiej Federacji Kolarskiej proponujący dyskusję nad zastosowaniem transfuzji krwi w celu poprawy wyników podczas Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles.
fot. Archiwum prywatne / Edward Borysewicz

Po latach spędzonych w sporcie amatorskim, igrzyskach w Los Angeles i prowadzeniu Grega Le Monda, Borysewicz postanowił spróbować swoich sił w sporcie zawodowym. Pod koniec lat 80. w prowadzonej przez niego ekipie znalazł się młodziutki Lance Armstrong, ale był to już schyłek długiej kariery trenerskiej. W latach 90. doradzał jeszcze drużynom zawodowym i trenował mastersów. Dziś mieszka niedaleko San Diego w słonecznej Kalifornii. Pozostaje bliskim przyjacielem Mieczysława Nowickiego, a LeMond ciągle ma w Polsce przyjaciół.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

4 Comments

  1. Stanisław Walasek

    26 marca 2019, 19:12 o 19:12

    Miałem przyjemność poznać Go na ubiegłorocznym Wyścigu Hubala , na który zaproszony został przez swojego przyjaciela Mariana Formę . E. Borysewicz był Mistrzem Polski w jeździe drużynowej na czas jadąc w 1962 r. zespole SPÓJNIA ŁÓDŹ wraz z Kudrą , Latochą i Ścibiorkiem i w roku 1964 SPOŁEM ŁÓDŹ wraz z Kudrą Latochą i Bińczykiem.

  2. Ciacho is

    26 marca 2019, 22:38 o 22:38

    Bardzo fajny artykuł, oby więcej takich

  3. Wito

    29 marca 2019, 23:45 o 23:45

    Bardzo zasłużony dla polskiego i światowego kolarstwa człowiek! Posiada unikatową dziś, a szczególnie w kolarstwie cechę, a mianowicie - bezinteresowność i szczerą chęć pomocy.
    Zmienił życie i pomógł dziesiątkom osób związanych z kolarstwem! Wspaniała postać!
    Dużo zdrowia - Edward !!!

  4. Tornado

    3 kwietnia 2019, 22:32 o 22:32

    Wspaniały artykuł o jednym z największych gigantów kolarstwa. Eddy B stworzył amerykańskie kolarstwo, co w żadnym razie nie jest przesadą. Swoją drogą świetny materiał na film.
    Dużo zdrowia dla bohatera artykułu.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this:

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: