"To był mój najcięższy wyścig"

fot. SWiRS Mazovia Team, fot. Ola Andrzejewska

Przy okazji 61. edycji Wyścigu Dookoła Mazowsza, od kilku już lat, organizowana jest impreza towarzysząca dla amatorów. W tym roku składała się z trzech etapów: Czasówki w środę, etapu w czwartek i finału w sobotę. W sobotę właśnie postanowiłam się nań wybrać.

Jak Boga kocham, to był mój najcięższy wyścig. Nie dwa razy dłuższy i o 3300 m wyższy Tatra Road Race, nie Klasyk Ziemi Łódzkiej w Aleksandrowie Łódzkim, gdzie kurcze nie pozwoliły mi zafiniszować na 400 metrów przed metą. Może wyścig punktowy podczas Torowych Mistrzostw Polski Masters był porównywalny, ale… nie, chyba jednak ten był najcięższy.

To miał być taki wyścig “zamiast”. Zamiast jutrzejszego ŻTC, w kobiecym peletonie, to w sobotę, w Teresinie, 63 km. Treningowo.

Może trochę o samym wyścigu zanim będzie o cierpieniu, to znaczy jechaniu. Mazovia-Team - pierwsze słyszałam i gdyby nie Grzegorz Krejner, to w ogóle bym nań nie trafiła. Organizują to te same osoby, które organizują wyścig Dookoła Mazowsza, Kolarskie Czwartki i wyścigi Legii. Tu trochę jakby czas się zatrzymał. Niby wszystko jak na zwykłych zawodach ale jakoś tak inaczej, kameralnie. Spiker mówi, a nie krzyczy. W biurze zawodów nie ma kolejki, wszyscy uśmiechnięci. Zamiast chipów, numer i fotofinisz i aż czarno od policji i straży pożarnej. Podoba mi się.

Peleton nie jest zbyt liczny, ale zacny. W tym jeszcze jedna kobieta i ja. Ruszamy i od razu jest mocno. Do przejechania są 3 pętle po 21 km, w sumie 63 kilometry. Chyba zero wzniesień. Z nieba leje się żar, ale wiatr trochę chłodzi. Niedługo po starcie udaje mi się wyprzedzić drugą zawodniczkę i załapać na koniec pierwszej grupy. Wolałabym być gdzieś w środku, ale trudno. Może się utrzymam. Nie wiem z jaką prędkością jedziemy, bo na wyścigach zawsze ustawiam licznik tylko na tętno, dystans i czas. Te parametry pomagają mi wiedzieć kiedy się ugotuję; skończy się wyścig i że, należy coś zjeść.

Gdy po raz pierwszy zerkam na tętno, pulsometr pokazuje 96%. “No to ładnie” myślę sobie, ale jadę dalej. Wypatruję w peletonie największego zawodnika. Mój plan zakłada, że usiądę mu na kole i tak dojadę do mety. Tylko, że on jest w środku grupy, kilka rowerów przede mną a ja dyndam gdzieś na tyłach za młodymi, chudymi wschodzącymi gwiazdami. Taki od wiatru mnie nie uchroni.
Ale jadę.

Pierwsze pół rundy jest bardzo mocne. Tętno nie schodzi mi poniżej 170 uderzeń i zastanawiam się ile jeszcze tak pociągnę. Jest dużo zakrętów, a zakręty są najgorsze. To znaczy są fajne, ale najłatwiej odpaść z grupy. A zostać samemu na takim wyścigu to już w zasadzie koniec. Zaginam się i gonię. Udaje mi się nie odpaść, a nawet przesunąć trochę do przodu. Na końcu pierwszego okrążenia dumnie przejeżdżam przez metę razem z grupą. Jeszcze dwa.

Na drugim okrążeniu trochę się uspokoiło. Ucieczka poszła jak się okazało dawno temu i teraz jechaliśmy już wolniej, albo ja się lepiej ustawiłam. W każdym razie tętno mi spadło. Może dlatego, że nareszcie udało mi się usiąść największemu na kole.

Wyścig był bardzo ciekawy. Dobra jazda w peletonie i poza ciągłymi przyspieszeniami nie było żadnych niebezpiecznych akcji. Na trasie stało wielu kibiców, asfalt był równy, a zakręty dopełniały całość. Może i trzeba było co chwilę podganiać, ale było fajnie. A ja wciąż trzymałam się w grupie. Nareszcie i druga runda dobiegła końca i znów dumnie przejechałam przez start razem z pozostałymi. W pewnym miejscu były trzy zakręty po sobie. Wszystkie po 90 stopni. Mocne spowolnienie i ogień. Wolno i znów ogień. Na trzeciej i ostatniej rundzie po pierwszym zakręcie zostałam trochę z tyłu i mocno goniłam. Zwolnili, więc znów byłam na kole, ale wtedy był drugi zakręt więc znów mocno. Na trzecim mnie urwali.

Moment, kiedy strzelasz z peletonu jest niezapomniany. Najpierw pół metra, potem metr. Wciąż nie wierzysz w to co się dzieje, więc jedziesz najmocniej jak możesz, bo przecież gonisz, ale już się zrobił odstęp na dwie długości roweru. Nagle ten dystans zwiększa się natychmiast i tylko patrzysz jak peleton odjeżdża.

Do mety zostało mi jeszcze 13 km. To dużo. Na tyle dużo, że można zostać dościgniętym przez drugą grupę, a w niej jedyną pozostałą rywalkę. Klikam w swój licznik i ustawiam widok z prędkością. Byle nie zejść poniżej 30 km/h. Składam się na kierownicy i widzę tylko przednie koło i asfalt. Na szczęście ruch na drodze jest mały więc do przodu patrzę tylko co jakiś czas. Nie pamiętam nawet kiedy peleton zniknął mi z oczu. Wieje mi prosto w twarz i pojawiają się pierwsze kurcze. Jadę. Myślę tylko o tym, żeby mnie nie doszła druga grupa. Droga skręca i wiatr jest bardziej korzystny, nawet robi się trochę w dół. Jest mi bardzo ciężko. Co chwilę zmieniam pozycję. Ręce na klamkach, w dolnym chwycie, łokcie na kierownicy, dolny chwyt i znów klamki. Przerzutki w górę, nie, jednak w dół. Nie, jednak tak jak było było najlepiej. Patrzę do tyłu czy nie jadą. Jeszcze 10 kilometrów. Strasznie powoli znikają. Stoją kibice, wszyscy krzyczą, machają. Macham i ja podnosząc tylko dłoń znad kierownicy. Słyszę wuwuzelę. Takiego dopingu jeszcze nie miałam.

Droga się lekko wznosi. Jeszcze 2 tygodnie temu ścigałam się w Tatrach gdzie małe nachylenie miało 8%. Tu mogło mieć co najwyżej 0,2. Ale ja to czuję. Prędkość mi spada, a ja znów nerwowo zerkam za siebie. Widzę światła. Czyżby to był jakiś samochód serwisowy? Nic to, głowa w dół, jadę dalej. Mija mnie białe Renault. To nie serwisowy. Zaraz, czy grupetto w wyścigu mastersów w ogóle miewa samochód serwisowy? Zastanowię się nad tym innym razem. Jeszcze 6 km do mety. Jak to jeszcze 6? Ktoś poprzestawiał te tabliczki? Niedługo mam jechać czasówkę. Nie 13 a 20 km na solo. To tak to jest? To tak będzie bolało?

Już nie wiem co się dzieje dookoła. Patrzę tylko w asfalt. Zaczynam czuć kurcze i bolą mnie nogi. Ciężko oddycham. Tętno sugeruje, że zaraz mnie odetnie, ale tam gdzieś gonią mnie pozostali kolarze. Wreszcie mijam tabliczki 3 km, 1 km, ostatni zakręt i już widzę metę. Udało się! Dojechałam sama i nie udało się im mnie dojść!

I wtedy słyszę słowa spikera: “I mamy koniec wyścigu”...

Liczby:
Dystans: 63 km.
Przewyższenia: 20 m
Średnia prędkość: 39,9 km/h
Maksymalna prędkość: 58 km/h
Średnie tętno: 97% (172)
Maksymalne tętno: 102% (180)

Wniosek: Warto trenować, warto jeździć coraz mocniej, warto się nie bać i warto czasem wpaść na wyścig organizowany przez Legię bo zarówno na MTB jak i na szosie robią bardzo ciekawe imprezy.

Dorota Rajska, Klub Kolarstwa Torowego “Wiraż”

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: