Tour of California 2018. Toms Skujiņš w swoim żywiole

Toms Skujins

O akcji, która nie mogła się udać, o powrocie do zdrowia, o obieraniu sobie właściwych celów. O tym jak Toms Skujiņš wygrał w Kalifornii.

To nie mogło się udać. Atak na 30 kilometrów przed metą etapu najeżonego podjazdami, ale z końcówką, na którą łakomie patrzyli silni sprinterzy, w tym Peter Sagan. 55 sekund przewagi nad peletonem, dwóch młokosów do pomocy. Nie, to nie mogło się udać.

Przedostatni podjazd. 100 metrów przewagi. Koniec akcji, do gry wejdą ci, którzy zachowali więcej sił. Jednak nie, Sean Bennett pewnie nigdy w życiu nie wykręcał taki watów. Zjazd, 20 sekund przewagi. Ostatni podjazd. Kilometr sto, stromo. Teraz to już nie ma opcji, zaraz ich złapią. Rusza Tolhoek, zaraz pewnie kolejni... ale w grupie wciąż siedzą Sagan i Ewan. Kolejne ataki, ale wszystko na pół gwizdka. Zawody w oglądaniu się na Sagana. Zaraz zabraknie kilometrów, to już tor wyścigowy. Bennett bez tchu, Skujiņš przez tumany piasku jak daleko nogi poniosą. Euforia.

Toms Skujiņš celował w etapową wygraną na trasie Amgen Tour of California, ale to, co zrobił na trzecim odcinku amerykańskiego wyścigu przeszło chyba nawet jego najśmielsze oczekiwania.

Łotysz lubi Stany Zjednoczone. Tam dostał kolarską szansę w drużynie Hincapie Sportswear, a potem kolejno w Cannondale i Trek-Segafredo. To na drogach Kalifornii odnosił największe sukcesy - w 2015 roku po samotnym rajdzie zdołał utrzeć nosa sprinterom i wygrać trzeci etap. Sukces powtórzył rok później, też po ataku na kilkadziesiąt kilometrów przed metą. Przed rokiem szarżował na 2. etapie, ale upadek na zjeździe skończył się wstrząśnieniem mózgu i złamanym obojczykiem.

26-latek pod koniec sezonu miał kłopoty ze znalezieniem ekipy, ale w końcu wylądował w Trek-Segafredo. W czerwonej koszulce wygrał już na otwarcie sezonu, najlepszy okazując się w Trofeo Andratx na Majorce. Wczorajszym występem potwierdził, że znów może robić to, co lubi najbardziej.

Przyjechałem tu wcześniej, mieszkałem w Big Bear u Phila Gaimona, możecie go kojarzyć. No, ten od ciastek. Opłaciło się. Powiedział, że jak wygram etap, to zasługi weźmie na siebie i chyba mu pozwolę

- śmiał się na mecie 26-latek, który regularnie trenuje na wysokości przed startami na Zachodnim Wybrzeżu.

Skujiņš, który jako orlik pokazał potencjał w wyścigach etapowych, a nawet na brukach, w zawodowym peletonie w barwach Cannondale próbował wszystkiego, przez większość czasu pracując na kolegów z ekipy. Swoich szans szukał w ucieczkach, do perfekcji doprowadzając ataki na szosach Kalifornii, a przed rokiem świetnie wyczuwając moment na trasie Settimana Coppi e Bartali.

Wczoraj pokazał, że kraksa i trudniejsze chwile nie pozbawiły go wyczucia.

O zwycięstwie zacząłem marzyć tylko na ostatnich 300 metrach. Powaga. Do tego momentu spodziewałem się szarży z tyłu, myślałem, że mnie miną na finiszu. No ale to był bardzo trudny dzień, tempo było wysokie, wiał silny wiatr, a do tego na początku dnia poszła mocna ucieczka, co w finale grało na moją korzyść

- tłumaczył rozentuzjazmowany Łotysz na konferencji prasowej.

Kiedy prawie złapaliśmy ucieczkę, tempo na górskiej premii siadło. Logan Owen zaatakował, ja akurat pilnowałem sytuacji, pojechałem za nim. Dorwaliśmy tych z ucieczki, na zjeździe złapaliśmy jakoś 50 sekund. Przed kolejnym podjazdem nie mieliśmy dużej przewagi, ale pościg był dość szczupły, więc ruszyłem sam, cała naprzód aż dojechali do mnie [Sean] Bennett i [Alex] Howes. Bennett zaatakował, zerwał Howesa, ale ja nie mogłem uwierzyć, że grupa jest wciąż tak daleko

- relacjonował.

Skujiņš ma świadomość, że nie jest i nie będzie seryjnym zwycięzcą, wybiera więc cele znajdujące się w zasięgu jego możliwości, a o swoich podróżach, wyścigach, odczuciach i spotkaniach chętnie opowiada - kiedyś na blogu, teraz przez Twittera, a także w mediach - w zespołach pełniąc rolę kolarza zaangażowanego w kontakt z fanami i medialną otoczką. Naturalność i poczucie humoru, a także płynność językowa sprawiają, że 26-latek zbudował sobie sam pozycję w kolarskim światku.

Do swoich kolarskich początków w USA nawiązał także w analizie końcówki.

Na torze wiedziałem, że wszystko zależy od tego, kto będzie pierwszy na szczycie tego wzniesienia. Znam ten obiekt z czasów ścigania w zespole Hincapie. Chciałem być pierwszy na szczycie, Bennett akurat trochę osłabł, więc zagiąłem się i na zjeździe miałem przewagę. Wystarczyło, żeby cieszyć się ostatnimi 300 metrami. To nie było najłatwiejsze wykończenie ucieczki, ale znajomość terenu mi pomogła. Ścigałem się na tych drogach, wiedziałem, jak to rozegrać. Nie czułem się świetnie, dopiero gdy zobaczyłem, że Bennettowi brakuje sił, uwierzyłem, że mogę wygrać

- dodał.

Toms Skujiņš: z Carnikavej do Cannondale-Drapac

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: