Bradley Wiggins: "nie oszukiwałem, nigdy"

Bradley Wiggins

Bradley Wiggins broni się przed zarzutami o wykorzystywanie przepisanej mu legalnie kuracji kortykosteroidami w celach polepszenia swoich występów sportowych.

Triumfator Tour de France i multimedalista olimpijski w specjalnej rozmowie z "BBC Sport" odpowiadał na pytania o konkluzje raportu Komisji Cyfryzacji, Kultury, Mediów i Sportu, która w opublikowanym wczoraj raporcie stwierdziła, że zespół Sky "stosował środki medyczne, zgodnie z przepisami WADA, by poprawiać występy zawodników, a nie by ich leczyć".

Raport, który powstał na podstawie przesłuchań i rozmów z anonimowymi i ujawnionymi źródłami, sugerował, że grupa Sky w marszu po zwycięstwo w Tour de France 2012 przekroczyła etyczne granice, które sama sobie nałożyła i potencjalnie nagięła przepisy antydopingowe. Parlamentarzyści powołali się także na niezidentyfikowane publicznie źródło, które twierdzi, że Wiggins i jego koledzy z ekipy do największego wyścigu świata przygotowywali się stosując triamcynolon w celu zrzuceniu wagi.

Wiggins w wywiadzie z Danem Roanem z "BBC Sport" pytany był o zastrzyki triamcynolonu, na które wyłączenia dla celów terapeutycznych dostał w latach 2011-13. Sprawa na jaw wyszła po ujawnieniu dokumentów medycznych przez hakerów z grupy Fancy Bears, a upublicznione potwierdzenia pokazały, że lider zespołu Sky otrzymał autoryzację na trzy zastrzyki - odpowiednio przed startami w Tour de France (2011 i 2012) oraz Giro d'Italia (2013).

Wiggins w wywiadzie udzielonym gazecie "The Guardian" w październiku 2016 roku tłumaczył, że kurację tę przepisali mu specjaliści, u których szukał porady na zwalczenie lub złagodzenie objawów alergii i ataków astmatycznych, których doświadczać miał w szczycie sezonu od 2003 roku. Wersję tę podtrzymał w rozmowie z brytyjskim nadawcą.

To było lekarstwo przepisane w tamtym czasie. Takie były przepisy w tamtym czasie, miałem pozwolenie na zażywanie tego środka. Nie przekroczyliśmy granic etycznych, nigdy nie zrobiłem tego w karierze. Moja choroba jest udokumentowana od 2003 roku, kiedy ją zdiagnozowano. To było lekarstwo, które przepisano mi w tej sytuacji, pod okiem specjalisty i w obrębie zasad obowiązujących w tym czasie. Poszedłem do specjalisty spoza ekipy by zobaczyć jakie są opcje zapobiegania tym objawom, by moc rywalizować na najwyższym poziomie w szczycie sezonu

- mówił wczoraj na antenie "BBC".

Czy brytyjski torowiec, który przeszedł na szosę i za cel postawił sobie Tour de France, wygrałby "Wielką Pętlę" bez stosowania leku?

Gdybym miał atak astmy? Nie, pewnie nie... nie

- odpowiedział 37-latek.

Brytyjczyk podtrzymał, że środek miał zapewnić mu możliwość rywalizacji na swoim normalnym poziomie i rozwiązać problem alergii i kłopotów z oddychaniem.

Nie był to środek wspomagający. Ja miałem ataki astmy, objawy alergii, to był lek przeciwzapalny, który brałem przeciwko tym symptomom by móc rywalizować na swoim normalnym poziomie z rywalami. To nie był środek, którego nadużywaliśmy by zyskać przewagę. Nigdy nie wziąłem tego w trakcie wyścigu bez autoryzacji. Dopóki nie miałem papierka z autoryzacją, nie przyjmowałem. Poza wyścigami - miałem zastrzyk po Giro d'Italia 2013, kiedy uszkodziłem kolano. Potem nie można startować dwa tygodnie, ja nie ścigałem się dwa miesiące, aż do Tour de Pologne

- wspominał, zaprzeczając jakoby na przestrzeni swoich najlepszych sezonów otrzymał 9 zastrzyków.

To jest złośliwe, to jest bezpośrednia próba oczerniania mnie

- ocenił, odnosząc się do sugestii komisji, która sugerowała, że Wiggins wraz z kolegami z zespołu Sky w cyklu przygotowań do Tour de France stosował kortykosteroidy celem zrzucenia wagi, a na przestrzeni czterech sezonów przyjąć miał więcej zastrzyków niż pozwalały TUE.

Triamcynolon to bardzo silny lek przeciwzapalny. Nie jest środkiem całkowicie zabronionym - jego stosowanie w pewnych formach dopuszczają regulacje Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) - poza startami oraz w ich trakcie, ale tu po wyrobieniu TUE. Do jego stosowania, celem redukcji tkanki tłuszczowej i zmniejszenia fatygi w pierwszym tygodniu Grand Touru, przyznali się m.in. David Millar i Jorg Jaksche. Brytyjczyk i Niemiec od czasu wybuchu afery wokół zespołu Sky opisywali działanie środka jako polepszające wyniki sportowe.

Wiggins jeszcze w trakcie zawodowej kariery na temat dopingu wypowiadał się bardzo zdecydowanie i zapewniał, że nie oszukuje, bo nie chce kiedyś, jak Lance Armstrong czy Michael Boogerd, musieć spojrzeć w oczy swoim dzieciom i tłumaczyć się z łamania przepisów. W rozmowie z "BBC" skupił się na tym, jaki wpływ zarzuty o oszustwo mają na jego bliskich.

Nie oszukiwałem, nigdy. Nie nadużywałem TUE. Nigdy w trakcie kariery. To najgorsza rzecz, o jaką można zostać oskarżonym. I bardzo trudno udowodnić swoją niewinność. Nie operujemy w ramach systemu prawnego. Miałbym większe prawa gdybym kogoś zabił. Przez ostatnie 18 miesięcy miałem zakneblowane usta, bo trwało śledztwo i nie mogłem nic publicznie mówić. Potem czekałem na raport parlamentarnej komisji. Zarzuty nie zostały mi przedstawione, dowiedziałem się z gazet o co jestem oskarżany. Cała sprawa "paczki Wigginsa", to jakiś bajzel.

Sprawa paczki to kwestia podniesiona w 2016 roku przez brytyjski "Daily Mail", który ujawnił, że w czerwcu 2011 roku pracownik British Cycling i Team Sky - Simon Cope - przewiózł z Manchesteru do francuskiego kurortu La Toussuire tajemniczą paczuszkę. Jej zawartość miał znać doktor Richard Freeman, który podać ją miał Bradleyowi Wigginsowi po ostatnim etapie Criterium du Dauphine. Szefostwo zespołu Sky długo nie potrafiło odpowiedzieć na pytania zainteresowanych sprawą dziennikarzy, a Brailsford miał nawet próbować wpływać na jednego z reporterów, zanim przed parlamentarną komisją tłumaczył, że w kopercie był tylko lek wykrztuśny fluimucil.

Tłumaczenia nie zadowoliły parlamentarzystów, gdyż Team Sky ani British Cycling nie potrafiły przedstawić żadnych dokumentów poświadczających swoją wersję, natomiast fluimucil to lek, który łatwo można było dostać we Francji lub pobliskiej Szwajcarii. Przy okazji na jaw wyszły rażące braki w dokumentacji medycznej zespołu.

Na pytanie o to, co było w osławionej paczce, Wiggins zareagował emocjonalnie.

Bóg jeden wie! Pytaj mnie, a ja ciebie, nie wiem. Ja jechałem Dauphine. Byłem liderem. Wygrałem. Pierwszy raz o paczce usłyszałem w październiku 2016 roku, kiedy zapytali mnie o to dziennikarze "Daily Mail". Nie zajmuję się logistyką, byłem na wyścigu, wykonywałem pracę, za którą mi płacą

- tłumaczył.

Zarzut co do paczki był taki, że po jej dostarczeniu miałem dostać jakiś zastrzyk w autobusie. Tak? W obecności 12 ludzi i żaden z nich, dziwnym trafem, nic o tym mnie wie? To byłoby złamanie zasad! Nie było żadnego zastrzyku. Tego samego dnia pojechaliśmy na obóz wysokogórski, dostałem fluimucil przez nebulizator.

Wiggins już wcześniej wyraził swoją dezaprobatę dla anonimowych źródeł i tzw. whistleblowerów, od informacji których rozpoczęło się najpierw dziennikarskie śledztwo, a później dochodzenie Brytyjskiej Agencji Antydopingowej (UKAD) i parlamentarnej komisji.

Komisja opierała się na zeznaniach człowieka, który pracować miał w sztabie medycznym Sky, ale którego tożsamość nie została ujawniona. Drugim źródłem miała być nieujawniona z imienia i nazwiska osoba, "dobrze poinformowane i szanowane" źródło.

Cała sprawa zaczęła się od anonimowego źródła, które powiedziało, że ja dostałem zastrzyk. Gazety miały używanie, zaczęło się dochodzenie. W tym punkcie ja nie mogę nic mówić, bo toczy się śledztwo. Te oskarżenia są bez podstaw. Pokażcie nowe dowody, jeśli takie są. Bo takich nie ma. Ciekawe, że to nigdy nie pojawiło się wcześniej, nie pojawiło się podczas oficjalnego dochodzenia UKAD-u. Gdyby w toku tego dochodzenia pojawiły się dowody, moglibyśmy zostać ukarani. UKAD nie znalazł nic, skąd się to wzięło?

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: