Stalking pod górę

Bam-bam i nie ma gościa. Norweska policja jest nieubłagana. Kto biegł za zawodnikami w trakcie czasówki mistrzostw świata, ten 1) albo został bez ceregieli zatrzymany, 2) albo bez jeszcze większych ceregieli wyekspediowany w tłum kibiców w myśl zasady: nie będziesz nam tu chłopcze przeszkadzał. Brawo.

Ktoś powie: chwila, chwila, przecież na podjazdach fani od setek tysięcy kolarskich lat biegną, krzyczą i machają flagami, mniej lub bardziej dopingując szosowców. To już tradycja, niepisane prawo, przywilej. Tak było, jest i tak ma pozostać. Kolarze walczą z górą, my popychamy, choć większość pedałujących sobie tego nie życzy, lub właśnie tuptamy za nimi bądź obok nich. Rodzina zobaczy nas w telewizji – jest fajnie, jest zabawa. Co z tego, że kolarzy podobne zachowanie wkurza. Przynajmniej tych, którzy w ogóle zauważą jednego czy drugiego jegomościa. Kręcą w „tunelu”, skoncentrowani na tym, by jak najszybciej doczłapać się do szczytu. Krajobrazy – nieważne, kibice – nieważni.

Jak bardzo publiczność może zakłócać przebieg rywalizacji, mogliśmy zobaczyć podczas ubiegłorocznego Touru. Krzysiu truchtał, zamiast kręcić na swojej Dogmie, bo motocykl nie mógł przebić się przez tabuny „kibiców” tamujących drogę. Motor musiał się zatrzymać, a za nim kilku położyło się jak w dominie. Ile to też razy widzieliśmy osobników uprawiających w pełnym rynsztunku jogging za takim chociażby „Księgowym”. I ile to razy mieliśmy nadzieję, żeby osobnicy ci czasem nie spowodowali poważnego w konsekwencjach upadku.

Bo z fanami-maratończykami jest tak samo jak z fanami-zrobię-sobie-zdjęcie-z-peletonem. Liczy się tylko ich egoistyczne nastawienie i zaspokojenie własnych ambicji. Nie można już grzecznie stać na poboczu i klaskać, gdy przejeżdżają kolarzy z rozsypującej się kolumny. Nie wystarczy już skandować „alez, alez”. Nie wystarczy patrzeć, trzeba być w samym centrum zdarzeń. Blisko, na wyciągnięcie ręki. A potem wszystkim się chwalić, jakim to jest się kozakiem. Względnie kozą.

Na Vuelcie Belkov został zrzucony z roweru. Rosjanin przeleciał przez barierki. Jakoś wstał i pojechał dalej. Okazało się, że napastnikiem była osoba upośledzona umysłowo. Ok, zdarza się. Gdzie była jednak obsługa, gdzie byli policjanci, ochrona? Wydawałoby się, że na podjazdach z łatwością można rozstawić funkcjonariuszy, którzy mieliby kibiców pod kontrolą i szybko reagowaliby. Ale to złudzenie, marzenie ściętej głowy. Nie wiadomo, ilu ich by nie było, i tak będzie ich za mało. Zawsze znajdzie się dziura, z której skorzysta jakiś nachalny agresor. Barierki też nie pomogą, bo je można przeskoczyć.

W ostatnich latach mocno dyskutuje się na temat bezpieczeństwa w peletonie. Trochę zrobiono w tej kwestii, chociaż „Panzerwagen” uważa, że nie zrobiono tak naprawdę nic. I Niemiec ma sporo racji, jeśli przypomnimy sobie policjanta na Vuelcie, który wypycha „kibica-biegacza” pod zbliżający się motocykl.  Zachowanie fana: mierne. Zachowanie funkcjonariusza: karygodne. Należy takich sprinterów ściągać, ale ściągać umiejętnie i bez narażania zdrowia oraz życia kogokolwiek. Samego napastnika, kolarza czy innych widzów. Reprezentant guardia civil w gruncie rzeczy postąpił słusznie, w praktyce jednak skandalicznie. Dlaczego? Powodów będzie z pewnością z kilka, lecz jeden odgrywa najważniejszą rolę: nie był przeszkolony. Takich szkoleń w ogóle nie, bądź odbywają się rzadko. Do wyścigów deleguje się policjantów, wojsko, a u nas i straż pożarną, którzy nie mają bladego pojęcia, jak się zachować. Co im wolno, a czego nie wolno. W takich sytuacjach pozostawieni są sami sobie. W takich sytuacjach liczy się wyłącznie zdrowy rozsądek. A z nim różnie bywa.

Nie wiadomo, czy służby z Bergen przeszły podobny trening. Raczej nie. Ale wiedziały, jak się odnaleźć i jakie kroki podjąć. Widzą typa i stanowczo typa blokują. Bez większego ryzyka dla otoczenia. W taki właśnie sposób należy podchodzić do idiotycznych „obyczajów” co niektórych. Jednak nie oszukujmy się: jeśli ci niektórzy nie pójdą po rozum do głowy, to będziemy – my, czyli ochrona wyścigów –  jedynie minimalizować straty. Kilku się złowi, kilku się przeciśnie. Tym złapanym jednak należy wlepić  grube mandaty. Taka finansowa prewencja, takie finansowe odstraszanie, które same w sobie jest bolesne, ale być może stanowi jedyne rozwiązanie w czasach społecznego zobojętnienia.

Jeśli znalazłeś w artykule błąd lub literówkę prosimy, daj nam o tym znać zaznaczając ten tekst i używając skrótu klawiszy Ctrl+Enter.

Zgłoszenie błędu w treści

Następujący tekst zostanie wysłany do naszych redaktorów: