Vuelta a Espana. Ostatnie naboje Alberto Contadora

Alberto Contador

Alberto Contador kończy karierę na Vuelta a Espana. Kończy pokazowo, walcząc o podium, ze wszystkich sił walcząc o etap i podium w Madrycie.

Bez względu na końcowy wynik tegorocznego Vuelta a Espana, atak na Los Machucos przejdzie do kolarskiej historii wraz z rajdem na Fuente De, pościgiem na Mortirolo czy gonitwą na Aramon Formigal, jako jedna z wizytówek stylu Alberto Contadora.

Jadący ostatni w karierze wyścig "El Pistolero" na piekielnie stromych zboczach kantabryjskiej ścianki sprawiał wrażenie wyzwolonego, za nic mającego wszystkie problemy współczesnego peletonu i osobiste niepowodzenia. Cały czas w korbach, elegancko bujający ramionami, z grymasem twarzy, na której białe zęby jasno odcinają się od opalonej oliwkowej skóry.

Hiszpan na szczycie zameldował się blisko pół minuty po zwycięskim uciekinierze Stefanie Deniflu (Aqua Blue Sport), a z przewagą 36 sekund nad Vincenzo Nibalim (Bahrain-Merida) i 1:18 nad Chrisem Froomem (Team Sky).

Miałem nogę, to był jeden z najlepszych dni w tym wyścigu. Pogoda była idealna, a to zawsze odgrywa rolę. Szkoda, że nie udało mi się wygrać etapu dla fanów i dla kolegów z ekipy, ale przed nami jeszcze trzy trudne etapy, więc zobaczymy co w tej sprawie da się zrobić

- mówił na mecie.

Contador ruszył 5,5 kilometra przed metą, nie oglądając się na nikogo. Koła nie złapali najgroźniejsi rywale, a atakujący wcześniej Miguel Angel Lopez szybko dostał rachunek za prąd. Młody Kolumbijczyk, który wygrał już dwa etapy na stromych ściankach, tym razem otrzymał lekcję od lidera Trek-Segafredo, który przy niesamowitym wysiłku na wąskiej drodze zdawał się doskonale wiedzieć co i kiedy zrobić.

Chciałem spróbować i moje nogi wreszcie zaczęły kręcić jak należy. Byłem jednością z rowerem. Wiedziałem, że Miguel Angel Lopez będzie atakował i chciałem za nim ruszyć. Zrobiła się mała przerwa, a na jego kole czułem się komfortowo. Kiedy zobaczyłem, że brakuje mu mocy na zakrętach, nie zastanawiałem się i ruszyłem. Dziś wystarczyło

- dodał.

Hiszpan w ostatnim wyścigu w karierze miał słabsze momenty, ale po drugim dniu przerwy wykrzesał z siebie siły, by na odcinku jazdy na czas odrobić nieco do dystansującej go wcześniej młodzieży i wskoczyć na 5. miejsce. Dzisiejsza szarża dała mu kolejne zyski - do trzeciego w klasyfikacji generalnej Wilco Keldermana (Team Sunweb) traci 1:20, a nad szóstym Lopezem ma niecałą minutę przewagi.

Podium jest blisko, a zarazem daleko. Biorąc pod uwagę różnice przed startem, zyskałem sporo. Ale w tym wyścigu wciąż dużo może się wydarzyć, na każdym etapie wyścig może stanąć na głowie. Będę jechał rozumem, sercem i nogami

- uśmiechnął się.

Contador dziś walczył będzie na krótkim, acz stromym podjeździe do monastyru w Santo Toribio de Liébana, a przedostatniego dnia wyścigu zatańczy w górach - na zboczach Alto de l'Angliru, które jako pierwszy zmęczył podczas owianego mgłą etapu w 2008 roku, tym razem po raz ostatni w swojej karierze.

6 Comments

  1. Tomasz Nowicki

    Tomasz Nowicki

    7 września 2017, 08:46 o 08:46

    @Contador_Fans @TrekSegafredo najlepszy kolarz kiedykolwiek🔝 @albertocontador

  2. Led

    7 września 2017, 09:31 o 09:31

    Oczywiście, że był jednością rowerem. Najwspanialszy wraz z Pantanim. Gdy wstaje na rowerze i atakuje, jest jak imponujący żaglowiec na pełnym morzu podczas huraganu. Odszedł Cancelara teraz Alberto... co to będzie?

  3. szary ja

    7 września 2017, 14:21 o 14:21

    Nic - kompletnie nic. Słońce nie zgaśnie, ziemia nie pokryje się wieczną zmarzliną. Na rowerach będą jeździli - i wygrywali wyścigi - inni kolarze. Nie ma co drzeć szat anie w depresję popadać.Wiersz można napisać albo obraz namalować.Może się komuś spodoba - jak ktoś akurat lubi marynistykę.

    • Led

      8 września 2017, 08:39 o 08:39

      Skoro tak... Nie ma nic gorszego jak beznamiętny kibic, chyba że rajcuje go robotyka w stylu Foroma.

      • szary ja

        8 września 2017, 10:03 o 10:03

        Nie ma nic smutniejszego od wiernych fanów popełniających seppuku po odejściu idola. Na szczęście ci fani tylko tak gadają, straszą, a potem sobie znajdują swoich nowych, najlepszych, najwspanialszych w świecie...
        A namiętnych kibiców widzę jak z flagami biegną za swoim idolem przeszkadzając każdemu innemu, albo - co gorsza - biegną przed kamerą, depcząc po drodze leżących kolarzy. I ulewa mi się na sam widok.

        • Led

          8 września 2017, 13:20 o 13:20

          Wierni fani nie popełniają seppuku.
          Troche żyją przeszłością, więc jak ktoś mówi Messi oni mówią Maradona, jak ktoś mówi Bolt oni mówią Lewis, jak toś mówi Lebron James, oni mówią Jordan itd. Oczywiście, że będą nowi wygrani wielkich tourów i klasyków, ale przynajmniej ja zawsze będę ich porównywał do Alberto i Spartakusa, bo tak po prostu jest. Mojemu ojcu mówiłem Maradona jest najlepszy, a on zawsze obstawał przy Di Stefano. Teraz go rozumiem.
          Ale masz racje, to smutne (a jak się wydaje w twoim mniemaniu żałosne) widzieć rozgoryczonych fanów gdy Alberto przegrywa z Frommem, żyją przeszłością czyli czymś czego już nie ma. Ale naprawdę nie ma?

%d bloggers like this: