Stephen Roche i irlandzki annus mirabilis

W tym roku mija okrągłe 30 lat od kiedy Stephen Roche zdobył potrójną koronę kolarstwa.

Gdzieś w połowie lat 80. ubiegłego stulecia pewne były tylko podatki, śmierć i fakt, że Eddy Merckx przewodzi każdej możliwej klasyfikacji w kolarstwie. Jedne zestawienia były zabawne, inne całkiem ciekawe, ale jedno wyróżniało się ponad wszystko: wygranie w jednym sezonie Giro d’Italia, Tour de France i zdobycie mistrzostwa świata. W ciągu kilkudziesięciu lat historii naszego sportu jedynie „Kanibal” połączył mityczny i niemal nieosiągalny dublet z tęczową koszulką.

Pochodzącego z Dublina Stephena Roche'a trudno porównywać do Eddy’ego Merckxa. Belg wyglądał jak znudzony życiem seryjny morderca, a Irlandczyk jak jeden z najłagodniejszych cherubinów. Merckx wygrywał wszystko i ciągle, Roche wygrywał krótkie wyścigi etapowe, pokazywał się w wielkich tourach, ale często przegrywał jak amator, albo zmagał się z kontuzjami.

Jednak to Roche, a nie kto inny dorównał w tej jednej klasyfikacji samemu Merckxowi. Jego sukces zrodził się z niechęci, polityki, zdrady, ale i wielkiej determinacji i wiary w brak jakichkolwiek barier.

Korona Pierwsza – Giro d’Italia

W przedwyścigowych przewidywaniach eksperci i dyrektorzy sportowi wśród kandydatów do zdobycia różowej koszulki Giro d’Italia wymieniali najróżniejszych zawodników. Od bohaterów włoskich tifosi Moreno Argentina, Giuseppe Saronniego przez obrońcę tytułu Roberto Visentiniego a kończąc na wielkiej nadziei Francuzów Jean-Francois Bernardzie. Zawodnikiem, którego najczęściej typowano na triumfatora Giro d’Italia w roku pańskim 1987 był jednak Irlandczyk Stephen Roche, drużynowy kolega Visentiniego. W długiej i barwnej historii kolarstwa nie raz i nie dwa zdarzało się, że o zwycięstwo w wyścigu rywalizowało dwóch drużynowych kolegów.

Tak narodziła się legenda Coppiego i Bartalego, Nino Defilippisa i Franco Balmamiona przyprawiali o ból głowy drużynę Carpano, a tylko rok wcześniej w lipcu największą na świecie operę mydlaną widzom zgotowali Bernard Hinault i Greg LeMond. Dyrektor sportowy drużyny Carrera, Davide Boifava, wydawał się w ogóle nie brać pod uwagę, że podobne atrakcje mogą stać się udziałem jego własnej drużyny.

Boifava z jednej strony bardziej wspierał kruchego Visentiniego, w którego wielki talent wierzył nieprzerwanie od lat i to pomimo jego spektakularnych kolapsów. Z drugiej strony chciał, żeby o tym, kto będzie liderem Carrery zadecydowały włoskie szosy. Ta druga opcja była kompromisem pomiędzy szefostwem drużyny a Rochem. Boifava naciskał, żeby liderem na Giro był Włoch, a Irlandczyk jego najlepszym pomocnikiem. Podczas lipcowego Tour de France role miały się odwrócić. Roche jednak nie dawał wiary ani dyrektorowi sportowemu, ani drużynowemu koledze.

Jego stosunki zarówno z szefostwem drużyny, jak i Visentinim nie były najlepsze. Po świetnych pierwszych sezonach w zawodowym peletonie Roche został zawodnikiem włoskiej Carrery i co miesiąc odbierał czek na olbrzymią wówczas sumę pieniędzy. Jednak wraz z podpisaniem kontraktu, zamiast piąć się po szczeblach kariery i przynosić drużynie kolejne zwycięstwa, gwiazda Roche’a zaczęła blaknąć, a wizyty na podiach zastąpiły wizyty na stole operacyjnym. Uszkodzone kolano pozbawiło go wielu ważnych trofeów, ale i zmusiło do długich okresów bez wyścigów. Szefostwo Carrery i koledzy z drużyny byli na tyle rozczarowani jego postawą, że Irlandczyk musiał odbyć upokarzającą rozmowę na temat obniżki swojej pensji. Przyjaźnie usposobiony kolarz zdołał w negocjacjach ugrać kompromis: decyzja na temat jego wynagrodzenia miała zapaść po zakończeniu nadchodzącego Giro d’Italia.

Relacje Roche z Visentinim były… standardowe. Ciężko wymienić kolarzy, którzy mieli z Włochem naprawdę dobre stosunki. Jedynym, który nigdy nie przestawał w niego wierzyć i roztaczał nad nim ojcowską ochronę był Boifava. Nawet jego drużynowi koledzy mieli zazwyczaj dobre powody, by traktować go w najlepszym razie z rezerwą. Dla Roberto kolarstwo było jak hobby, a jako dziecko bardzo bogatych rodziców, mógł tak naprawdę robić, co mu się żywnie podobało. Dziwnym zbiegiem okoliczności, obok wystawnych przyjęć, wizerunku playboya i drogich samochodów pojawił się niesamowicie trudny sport wymagający jedynie poświęceń, a dający w zamian niewiele radości.

Psychika Visentiniego nie zawsze wytrzymywała starcia z twardymi kolegami z peletonu i jeszcze cięższymi warunkami na rowerze. Gdy w 1984 Torriani robiąc wszystko, by Giro wygrał Francesco Moser w ostatniej chwili usunął z trasy podjazd pod Stelvio, walczący o zwycięstwo Visentini obrażony z hukiem opuścił wyścig. Rok później ścigając się z Hinault nie wytrzymał presji „Borsuka” i po psychicznej zapaści i stracie wielu minut na szosie ponownie wycofał się z wyścigu. Rok później ku zaskoczeniu wszystkich, włączając to samego Boifavę, dojechał do mety wyścigu i wygrał włoski Wielki Tour. Gdy zespół świętował zwycięstwo na tradycyjnym przyjęciu, on wolał pojechać do rodzinnej Bresci świętować ze swoimi kibicami. Może to i lepiej, bo podczas drużynowej czasówki nie czekał na nikogo, upokarzając swoich kolegów, a całą drużynę pozbawiając zwycięstwa.

Na starcie wyścigu drużyna Carrera stanęła podzielona politycznymi gierkami. We włoskim składzie Roche mógł liczyć jedynie na Eddy’ego Schepersa i swojego wieloletniego mechanika Patricka Valcke. Pozostali oficjalnie mieli podporządkować się strategii Boifavy o jeździe na najsilniejszego na trasie, ale Irlandczyk niespecjalnie dawał wiarę w zapewnienia Włochów.

Otwierający wyścig prolog padł łupem Visentiniego, który na jeden dzień założył koszulkę lidera, by kolejnego dnia oddać ją Erikowi Breukinkowi. Następną krótką czasówkę wygrał Roche, a triumf Carrery w drużynowej walce z czasem pozwolił mu nałożyć wymarzoną maglia rosa. Sprawa liderowania w drużynie ciągle pozostawała otwarta. Wyścig dopiero co się zaczął, Visentini ciągle był blisko w klasyfikacji generalnej, a najtrudniejsze etapy, które miały zadecydować o wyścigu były jeszcze wiele kilometrów przed kolarzami.

Trójka obcokrajowców we włoskiej drużynie postanowiła rozegrać własną partię szachów. Podczas 6. etapu z metą na Terminillo do ataku ruszył, jeżdżący w barwach Fagor, Jean Claude Bagot, a zaraz za nim pognał Schepers. Zgodnie z arkanami kolarskiej taktyki Belg z Carrery powinien jechać na kole Francuza nie dając zmian, a na koniec zaatakować po zwycięstwo. Schepers miał inny plan. Zgodził się pracować i nadawać silne tempo pod górę, a potem oddać etap, jeśli Bagot na kolejnych etapach będzie pracował na rzecz Roche’a. Na szczycie Francuz odniósł bezproblemowe zwycięstwo, a Boifava kipiał ze złości, co Belg skwitował lakonicznym komentarzem, że „jechał dla Carrery”.

Aż do etapu 13., jazdy indywidualnej na czas do San Marino, wyścig przebiegał bez większych emocji. Znany ze słabej psychiki Visentini postanowił wtedy zasiąść po drugiej stronie stołu i samemu wywrzeć nieznośną presję. Zamiast w ramach rekonesansu przejechać trasę czasówki na rowerze wybrał wygodny fotel pasażera w aucie podążającym za Irlandczykiem. W drodze do hotelu nie przestawał żartować i wypytywać Roche’a o przełożenia i wrażenia z trasy. Irlandczyk nie wytrzymał presji i przegrał z Włochem o ponad 2 minuty, tracąc na jego rzecz różowy trykot.

Wycieńczonego psychicznie i fizycznie Roche’a do porządku przywołali jego wspólnicy w diabolicznym planie wygrania Giro. Oddany Belg zasugerował, żeby na nieco trudniejszym etapie do Sappady za dwa dni przypuścić niespodziewany atak.

W niedzielę 6 czerwca zgodnie z umową do ataku ruszył Bagot, a za nim z peletonu odjechało kilku innych zawodników. W śród nich Roche, kompletnie zignorowany przez Carrerę i Visentiniego. Przed jednym ze zjazdów zaatakował zajmujący odległą pozycję Ennio Salvador z Gis. Irlandczyk postanowił nie czekać i ruszył w ślad za nim, jadąc na złamanie karku. W peletonie zapanowała konsternacja, a podczas szaleńczych zjazdów wielu kolarzy lądowało na poboczu, nie wyłączając lidera wyścigu.

W dolinie przed ostatnim podjazdem Roche nadawał silne tempo razem z Salvadorem i Bagotem, a w międzyczasie ucinał sobie raczej nieprzyjemne pogawędki z jadącym za nim w samochodzie Boifavą. Dyrektor sportowy próbował wszystkiego, by przekonać Roche'a o rezygnacji ze swojego szalonego planu. Za każdym razem, gdy z tyłu goniła go wyłącznie Carrera, Irlandczyk odmawiał. Kolejni liderzy przeskakiwali do grupki Roche’a gdy z tyłu Visentini płacił wysoką cenę za wysiłek podczas czasówki. Na szczycie Sappady Roche ponownie założył różową koszulkę, a Visentini przeciął linię mety z 6-minutową stratą.

We Włoszech zawrzało! Zdenerwowany nie był jedynie Visentini, ale złością kipieli również kibice, a przed kolarzami były jeszcze najcięższe górskie etapy, przejeżdżane w szpalerze fanów. Roche wspominał o pluciu i oblewaniu winem, podobno sam Visentini próbował wywrócić go na rowerze. Irlandczyk przetrwał tę fizyczną i mentalna burzę do mety całego wyścigu dojeżdżając w glorii chwały. Visentini ze złamanym nadgarstkiem wycofał się przed końcem wyścigu. Jak gdyby nigdy nic się nie stało, Włosi szybko zapomnieli o zdradzie obcokrajowca i otoczyli go afektem, jak gdyby był ich rodakiem. Irlandczyk idąc przykładem Visentiniego nie został na powyścigowym przyjęciu i pomknął samochodem do Paryża.

Korona Druga – Tour de France

Po zmianach w dyrekcji wyścigu, Tour de France w 1987 roku miał być jednym z najbardziej górzystych wyścigów od wojny. Podobnie jak na majowym Giro, tak i na Tourze w przedwyścigowych dywagacjach brakowało zdecydowanego faworyta. Bernard Hinault tak jak postanowił lata wcześniej zdecydował się zakończyć karierę, a zwycięzca sprzed roku, Greg LeMond, walczył o życie po tym jak na polowaniu w jego ciele znalazło się kilkadziesiąt kulek śrutu. Francuzi czekali na przebłysk geniuszu u Jean-Francoisa Bernarda, namaszczanego na następcę Hinault. Przyjaciel LeMonda, Andy Hampsten, miał wreszcie powalczyć na własne konto. Świetnie prezentował się hiszpański specjalista od etapówek Pedro Delgado. Wszyscy z zaciekawieniem patrzyli też na Roche’a.

Wyścig rozpoczynający się w Berlinie Zachodnim, gdzie Piasecki założył żółtą koszulkę lidera, zmierzał ku Francji, a jedynymi atrakcjami były przepychanki pomiędzy Europejczykami a Kolumbijczykami, których ci pierwsi uznawali za winnych wszelkich kraks. Pierwsze poważne ściganie przyszło dopiero na 13. etapie, pierwszym górskim i pierwszym w słynących ze słabych dróg Pirenejach.

Lejący się z nieba żar był tak ogromny, że topił się nie tylko asfalt ale i rozgrzewany podczas hamowania klej spajający szytki z obręczami. Wielu kolarzy musiało się zmagać nie tylko z morderczymi podjazdami, ale i z niebezpieczeństwami na zjazdach. Po niemal dwóch tygodniach ścigania w czołówce klasyfikacji generalnej pozostali wreszcie tylko pretendenci do chwały w Paryżu. Stephen Roche ze stratą 3 minut do liderującego Charly’ego Motteta zajmował 3. miejsce.

Kolejne pirenejskie etapy nie przyniosły zmian w klasyfikacji generalnej, a kibice zaznali nieco emocji dopiero podczas etapu jazdy na czas prowadzącego na legendarny Mont Ventoux w Prowansji. Bernard pojechał wówczas etap życia i deklasując wszystkich rywali objął prowadzenie w wyścigu. Najlepsi kolarze „Wielkiej Pętli” tracili do niego ponad minutę, jeśli nie więcej. Jednak radość następcy Hinault nie trwała zbyt długo, a przeciwnicy, włączając w to pewnego Irlandczyka, szykowali dla niego coś specjalnego.

Już na pierwszym wzniesieniu kolejnego etapu Bernard musiał się zatrzymać i zmienić rower, gdy w pobliżu ciężko było wypatrzeć wóz techniczny jego drużyny. Peleton nie zamierzał okazywać litości, a Mottet i Roche wprowadzili w życie opracowany wcześniej plan pozbawienia go maillot jaune. Objuczeni dodatkowymi porcjami jedzenia zignorowali strefę bufetu i wbrew wielu niepisanym regułom ruszyli do przodu w szaleńczym ataku. Pochodzący z tego regionu Mottet rozplanował wszystko perfekcyjnie tak, że atak nastąpił w najlepszym momencie, gdy peleton przeciskał się przez wąski mostek. Gdy z przodu do mety pędzili już Mottet, Roche i Delgado wraz ze swoimi drużynami, Bernard utknął na wąskiej przeprawie.

Nadzieja Francuzów nigdy nie zdołała dojść do uciekinierów, ani nigdy nie wróciła do formy prezentowanej na Ventoux. Pod koniec etapu Roche i Delgado pozbyli się jeszcze architekta całego przedsięwzięcia, brutalnie zrywając z koła Motteta. W grze o najbardziej upragnioną kolarską koszulkę pozostawali już tylko Irlandczyk i Hiszpan. Roche założył maillot jaune.

Walka tej dwójki na królewskim etapie prowadzącym do stacji narciarskiej w Alpe d’Huez rozgrzewała publiczność do tego stopnia, że hiszpański parlament na czas trwania transmisji zawiesił obrady. Po przejechaniu wszystkich mitycznych zakrętów prowadzących na szczyt Delgado zrzucił z piedestału Irlandczyka, ale niewielka przewaga nie pozwalała spać spokojnie. Kolejny etap miał przejść do kolarskiej mitologii.

Kolarze na trasie do szczytu La Plagne musieli pokonać jeszcze szczyty Galibier i Madeleine – tak jakby jedna premia górska „poza kategorią” nie wystarczyła. Roche wiedział, że musi jechać ostrożnie. Był świetnym kolarzem od wyścigów etapowych, ale nie można było go nazwać wybitnym góralem. W przeciwieństwie do Delgado, który był stworzony by przełęcze pokonywać w ekspresowym tempie. Osamotniony Roche zaatakował po przekroczeniu Galibier i Madeleine pokonał w towarzystwie innych kolarzy z wcześniejszej ucieczki. Gdy Irlandczyk walczył o przetrwanie, Delgado spokojnie odrabiał straty i minął go na podjeździe do La Plagne. Zestresowany Roche postanowił utrzymywać stratę do Hiszpana w okolicach 1 minuty – dawałoby mu to nadzieję na odrobienie czasu i odzyskanie prowadzenie po czasówce.

Obaj jechali w szpalerze ludzi, który utrudniał ocenienie realnej przewagi. Pomimo, że Roche pozostawał w bliskiej odległości do Delgado, myślał, że traci co raz więcej czasu. Na 4 kilometry przed metą przypuścił szaleńczy atak i dając z siebie wszystko niemal złapał Hiszpana na mecie. Nie mógł za to złapać tchu i zataczając się spadł z roweru. Zdjęcia wycieńczonego Roche’a z maską tlenową obiegły świat. Otoczony przez dziennikarzy i medyków porozumiewał się ze światem za pomocą mrugnięć powiekami. Po kilku chwilach wybełkotał wreszcie: „mais pas de femme tout de suite”.

Ku zaskoczeniu wszystkich na kolejnym, górskim etapie do Morzine Roche wydarł kolejne 18 sekund z przewagi Hiszpana i do przedostatniego etapu, jazdy na czas, startował jedynie 21 sekund za Delgado. Na mecie w Dijon Irlandczyk cieszył się z odzyskanej koszulki, którą następnego dnia musiał jedynie bezpiecznie dowieźć do Paryża. Delgado pogratulował mu zwycięstwa podczas wspólnego wywiadu, a na zdziwienie reportera odpowiedział: „na zdobycie koszulki miałem 4500 kilometrów i nie dałem rady tego zrobić!”. Jakby niewzruszony powtórzeniem osiągnięcia największych tuzów sportu, Roche stwierdził, że przejazd w żółtej koszulce przez Pola Elizejskie niczym nie różni się od tego, gdy przejeżdżał ten etap ze stratą kilku minut do zwycięzcy.

Korona Trzecia – mistrzostwa świata

Po zwycięstwie w Tour de France premier Irlandii prosto z Paryża zabrał pierwszego irlandzkiego zwycięzcę "Wielkiej Pętli" na paradę po centrum Dublina. Następnego dnia Roche ścigał się już na kryterium w Holandii, a potem na następnym i następnym. Bez żadnej presji tak jak zawsze przygotowywał się do startu w mistrzostwach świata w austriackim Villach. Nie dość, że ten sezon tak czy inaczej miał już rozliczony, to wszyscy wiedzieli, że trasa mistrzostw jest stworzona dla innego Irlandczyka: Seana Kelly’ego.

Po latach wydaje się, że tym co stanowiło o sukcesie reprezentacji Irlandii w Austrii, były nie poprzedzające czempionat wyścigi na kontynencie, a seria wyścigów Kellog’s na Wyspach. Kelly, Roche, Kimmage i Early ścigając się przeciwko lokalnym zawodnikom, zbudowali silne więzi przyjaźni. Na co dzień ścigając się w 4 różnych drużynach, w Villach naprawdę jechali w jednym zespole, nie tylko ze względu na kolor koszulek.

W ulewnym deszczu drużyna w zielonych koszulkach miała jechać na Kelly’ego, który przeżywając jeden z gorszych sezonów w karierze, marzył by zakończyć go pozytywnym akcentem. Gdy Kimmage i Early wykonali swoją pracę, tempo na wzniesieniach zaczął nadawać Roche. Zimno, deszcz i zawrotna prędkość pod górę zrobiły swoje, a peleton stopniał do kilkunastu kolarzy. Irlandczycy na zmianę kasowali wszelkie ataki, ale po jednym skoku nikt nie zareagował na pogoń Roche’a. Teraz jeden Irlandczyk jechał wraz z 4 kolarzami, a od drugiego 8 zawodników oczekiwało pogoni. Tak czy inaczej obojgu powoli odjeżdżał medal: Kelly nie mógł gonić, a Roche nie miał szans w sprincie z pozostałymi zawodnikami. Zwycięzca Giro i Tour wspominał słowa Boifavy: „żeby wygrać, musisz być gotowy przegrać”. I ruszył. Chwila zawahania ze strony towarzyszy i powstała przerwa, która utrzymała się do linii mety.

Po wszystkim

Nie trudno się domyślić, że po takim sezonie ani Roche ani Carrera nie chcieli przedłużać współpracy. Irlandczyk przeniósł się więc do hiszpańskiej drużyny Fagor, w której więcej osób mówiło chyba po angielsku niż po hiszpańsku. Kolejne lata kariery wyglądały raczej jakby los pozwolił Roche'owi zabłysnąć tak naprawdę tylko raz. Odnawiająca się ciągle kontuzja kolana nie pozwalała mu się zbyt wiele ścigać, a i rywali byli jakby mocniejsi. Tak jak przez poprzednie lata, nadal nie mógł dogadać się ze swoimi kolejnymi drużynami.

Jednak największy cios przyszedł od osoby, z którą dzielił radość po zdobyciu tytułu mistrza świata. Paul Kimmage w swojej autobiografii "Rough Ride" oskarżył go stosowanie niedozwolonego wspomagania. Kilka lat później jeszcze większe i dokładniejsze rewelacje wyjawiło włoskie śledztwo przeciwko  Francesco Conconiemu. Według włoskich śledczych Roche, jak i pozostali zawodnicy drużyny Carrera, mieli przyjmować EPO.

If you have found a spelling error, please, notify us by selecting that text and pressing Ctrl+Enter.

3 Comments

  1. Pingback: Loverove 31.05.2017 | XOUTED - Blog Kolarski by Marek Tyniec

  2. Patryk Ćwiertnia

    31 maja 2017, 08:52 o 08:52

    te czasy się już nie wrócą! i dobrze!

  3. Jerzy Sz

    6 czerwca 2017, 05:49 o 05:49

    Oj tak.

Spelling error report

The following text will be sent to our editors: