Tom Boonen – pożegnanie legendy

Tom Boonen zakończy swoją karierę, gdy na brukowanych drogach Północnej Francji opadnie kurz po 115. edycji Paryż-Roubaix. Przyjrzyjmy się zatem jakiego Tytana Szos przyszło nam pożegnać.

Debiut

Odkąd deszcz po raz ostatni sprawił, że wszyscy uczestnicy Paryż-Roubaix jechali w tej samej błotnej drużynie, minęło 15 długich lat. Dla wielu sam udział w „Piekle Północy” jest zabawą z pogranicza sado-masochizmu, dla innych największym przekleństwem, dla nielicznych wyścigiem, do którego przygotowują się przez 364 dni w roku. Jednak na Paryż-Roubaix w deszczu czekają naprawdę chyba tylko kibice, zawsze gotowi dorzucić gladiatorom kolarstwa jeszcze nieco cierpień.

Wyścig sprzed 15 lat stanowi też początek epoki, która zakończy się podczas tegorocznej edycji „Piekła Północy”. To wówczas po raz pierwszy na starcie zmagań zawodowców stanął mało znany wówczas Belg: Tom Boonen. Kojarzyć go mogli jedynie koneserzy juniorskiego ścigania. Patrick Lefevere i Wilfried Peeters z galaktycznego Mapei doskonale wiedzieli, kim jest i co potrafi, a mimo to pozwolili by sprzed nosa zgarnęła im go amerykańska drużyna US Postal. Wysoki Belg, o złotych włosach i ciepłym uśmiechu, w juniorskim ściganiu zadziwiał swoją mocą i techniką, ale młodzieżowe „Piekło Północy” przegrał z Jarosławem Popowiczem.

Gdy w swoim czwartym miesiącu na zawodowstwie, jako 21-latek, ruszał do walki z deszczem, wiatrem i niewybaczającymi brukami, miał uczyć się i pomagać liderowi „Pocztowców” – ogarniętemu manią Roubaix, George’owi Hincapiemu.

Przejechałem ten wyścig parę razy jako amator, wiedziałem, że gdy powieje, to istnieją spore szanse na jazdę na rantach i wachlarze. Uważałem więc i zabrałem się do pierwszej grupy

- wspominał po latach.

W pierwszej grupie znalazły się same asy, z Hincapiem i Museeuwem na czele. Jednak gdy lider amerykańskiego zespołu słabł, Belg po śliskim bruku przelatywał, jak po najgładszym asfalcie.

Talent młodego zawodnika mógł być olbrzymi, ale nie mógł się równać z bezwzględnością i doświadczeniem „Lwa Flandrii”. Gdy Johan Museeuw ruszył do samotnego ataku po swoje trzecie zwycięstwo w Paryż-Roubaix, młody Boonen w pogoni zmagać musiał się z zupełnie niespodziewanymi przeciwnościami losu.

Miałem 21 lat i nikt nie wiedział kim jestem. Nikt. Nawet belgijscy kibice przy trasie myśleli, że jestem Amerykaninem. Wylewali na mnie piwo, bo z przodu jechał Museeuw, a ja go goniłem. Taki byłem wtedy sławny

– mówił po latach o swoim pierwszym Roubaix, dodając zaraz:

To był jeden z moich najlepszych dni na rowerze. Świetnie się bawiłem!

Gdy tylko Museeuw opuścił znad głowy kostkę bruku, legendarne trofeum dla zwycięzców „Piekła Północy”, powiedział Boonenowi, że ten będzie nowym królem klasyków. Przy takich słowach, błogosławieństwa papieża znaczą tyle, co nic. Gdy gwiazda belgijskiego kolarstwa udzielała kolejnych wywiadów, pławiąc się w uwielbieniu mediów i kibiców ze swojej ojczyzny, jego młody rodak w podróż do domu udał się ze swoimi rodzicami.

Powrót do Belgii

Boonena wypatrzył i ściągnął do amerykańskiego zespołu Dirk Demol, który sam na trasie do Roubaix triumfował w 1988 roku, gdy młody Tom miał ledwie 8 lat i w głowie wszystko, tylko nie kolarstwo. U „Pocztowców” Boonen mógł się spokojnie rozwijać i trenować, bez presji, jaka ciążyłaby na nim w jakimkolwiek zespole w Belgii albo Holandii. Jednak z biegiem lat amerykański zespół co raz bardziej skupiał się na Tour de France i wspieraniu swojej największej gwiazdy, Lance’a Armstronga.

W tym samym czasie szefujący największemu belgijskiemu zespołowi i stojący za sukcesami Museeuwa Lefevere, postanowił działać i odzyskać Boonena. Nawet pomimo niepisanego paktu o niepodbieraniu zawodników z drużyn Demola i Bruyneela. Boonen musiał jedynie zapłacić odstępne… na które nie było go stać. Lefevere, wiedział, że z takim talentem stracić nie może i założył pieniądze, uszczuplając o nie kolejne kontrakty swojego zawodnika.

Pod okiem specjalistów od klasyków Boonen doskonalił swój fach pracując na Museeuwa i wygrywając mniejsze wyścigi. Gdy tylko „Lew z Flandrii” odszedł na zasłużoną emeryturę, jego następca nie czekał długo, by zasiąść na tronie. W swoim najlepszym sezonie w karierze 2005 wygrał najpierw E3, potem Flandrię, by genialną wiosnę przypieczętować swoim pierwszym triumfem w Roubaix. Mógłby zawiesić rower na kołku już w kwietniu, ale latem przyszły kolejne zwycięstwa etapowe na Tour de France, a cały wyścig skończyłby się pewnie zdobyciem zielonej koszulki, gdyby nie pechowa kraksa. Czy jest lepszy sposób by powetować niepowodzenia z lipca, niż tęczowa koszulka we wrześniu? Boonen wiele razy przyznawał, że to był jego „annus mirabilis”.

Starcie Tytanów

Ronde w 2006 roku miało być ostatnim, w którym Boonen robił co i kiedy chciał by wygrać. Tydzień po swoim drugim zwycięstwie, na francuskich brukach musiał uznać wyższość Fabiana Cancellary. Kolejne 10 lat przeszło do historii sportu jako jedna z najpiękniejszych rywalizacji. Jej apogeum miało miejsce w 2010 roku na Wyścigu Dookoła Flandrii. Obaj zawodnicy jadący w koszulkach mistrzów swoich krajów odjechali wszystkim, by ostateczną potyczkę stoczyć w cieniu kościółka na legendarnym Kappelmuurze. To tam Cancellara przypuścił swój kontrowersyjny atak, który ostatecznie dał mu zwycięstwo.

Dotychczas otoczony aurą niesamowitości Tom Boonen po raz pierwszy zachwiał się na postumencie najlepszego specjalisty od bruków. Zwycięstwo Cancellary nie było przypadkowe i w bezpośrednim pojedynku na brukowanym podjeździe w sercu swojej ojczyzny Belg pozostał bezradny. Ciężko powiedzieć, że kiedykolwiek wcześniej Belg doznał innej porażki tego kalibru.

W historii kolarstwa znajdziemy wiele takich rywalizacji: Armstrong walczący z Ulrichem, Coppi z Bartalim, Anquetil z Poulidorem, Merckx z De Vlaeminckiem. Wszystkie, poza ostatnią, dotyczyły jednak wielkich tourów. Nawet zmagania pomiędzy „Kanibalem” a „Cyganem” były raczej podgrzewaną przez media i wyobraźnię publiczności rywalizacją, a nie prawdziwą walką ramię w ramię. Starcia Szwajcara z Belgiem rozpaliły natomiast wyobraźnię tłumów tylko i wyłącznie z powodów sportowych i twardej walki na brukach. Dyskusje o tym, który z nich był lepszym specjalistą od bruków trwają nadal i budzą równie wielkie emocje jak zaraz po pamiętnym ataku na Muurze. Jedno jest pewne: prawdziwymi zwycięzcami w tym pojedynku byli kibice.

Gwiazdor

W wieku zaledwie 25 lat z ulubieńca belgijskich kibiców stał się bożyszczem tłumów. Z jedynie utalentowanego kolarza stał się celem paparazzich i artykułów w prasie brukowej. Kolejne lata są historią: genialne sezony przeplatał z takimi, o których lepiej zapomnieć. Jednak żadna wiosna od 15 lat nie mogła się obyć bez wiadomości o Tomie Boonenie. W mediach na przemian pojawiały się pytania „czy zdąży wrócić?” albo „czy pobije kolejny rekord?”.

fot. Tom Boonen/Instagram

Status kogoś więcej niż super-gwiazdy nie pozostał bez wpływu na prywatne życie Boonena. W raz z pierwszymi nieudanymi kampaniami w klasykach pojawiła się miażdżąca krytyka. Media, które chwilę temu same kreowały jego gwiazdorski status, teraz bezwzględnie sugerowały, że kolarz powinien wrócić do ascetycznego życia prawdziwego Flamanda. Belg miał jednak inne zdanie i surową Flandrię porzucił na rzecz słonecznego Monaco. W blichtrze i przepychu oddawał się swojej innej pasji - drogim i szybkim samochodom. Jego kraksy i ekscesy w kolejnych super autach rodem z motoryzacyjnego show Top Gear obiegały media równie szybko, jak jego niesamowite zwycięstwa.

Tak samo jak na rowerze był królem bruków, tak po godzinach pracy przeistaczał się w króla dyskotek, a do listy jego grzechów szybko dołączyła jeszcze kokaina, na której przyłapany został aż trzy razy pomiędzy 2007 a 2009 rokiem. W tym samym czasie spotykał się z 16-letnią córka promotora wyścigów… Jakby problemów było jeszcze mało, to belgijskie media i fiskus szybko wykryły, że młody Belg lubił również ukrywać swoje bajeczne dochody i nie płacić należnych królowi podatków.

Najlepszy sprinter świata

Patrząc z perspektywy jedynie ostatnich kilku lat może wydawać się nieco zaskakujące, że gdy Tom Boonen wchodził na salony zawodowego kolarstwa, był przede wszystkim świetnym sprinterem radzącym sobie na bergach i brukach. Co więcej, u szczytu swojej formy był prawdopodobnie najlepszym sprinterem na świecie. Co prawda na finiszach panowało raczej bezkrólewie i rywalami Belga byli kolarze pokroju Thora Hushovdta, Stuarta O’Grady’ego, Robbiego McEwena czy Alana Davisa, a fala nowych szybkich zawodników miała dopiero nadejść. Wygrane sprinty w klasykach, tygodniówkach i Wielkich Tourach, z finiszem i zieloną koszulką na Polach Elizejskich włącznie, jedynie potwierdzają poziom jaki Boonen prezentował, gdy przyszło do wystawiania korb na największą próbę w sprincie ku mecie.

Jednak w pewnym momencie Belg kompletnie stracił zainteresowanie w partycypowaniu w karkołomnych końcówkach. Trudno powiedzieć, kiedy to się stało, ale momentem przełomowym wydaje się potężna kraksa peletonu na Scheldeprijs w 2009 roku. Od tamtej pory „Tornado Tom” rzadko uczestniczy w masowych sprintach. Chociaż nie można zapominać o finiszu podczas ostatnich mistrzostw świata, gdzie po finiszu z Saganem i Cavendishem wywalczył brązowy medal. Z drugiej strony porażka z Haymanem na welodromie w Roubaix, po nieco szkolnym błędzie, tylko potwierdza, że sprinty Boonena nie są już takie, jak z początków jego kariery.

O ile jego transformacja ze sprintera w specjalistę wyłącznie od Klasyków Północy jest powszechnie znana i akceptowana, to niemal zawsze pomijany jest epizod, w którym Boonen postanowił zostać królem czasówek. Ku zaskoczeniu wszystkich, w 2009 roku, Belg oznajmił, ze zamierza skupić się na czasówkach i również w nich odnosić zwycięstwa. Czy do tej decyzji skłonił go depczący mu po piętach Cancellara, sam będący wyśmienitym czasowcem, czy po prostu nuda pomiędzy jedną brukowana kampanią, a kolejną, pewnie nigdy się nie dowiemy.

"Tornado Tom"

Z jednej strony w Belgii cieszył się statusem gwiazdy, z drugiej, poprzez swój styl życia bliższy raczej gwieździe Formuły 1, nie mógł liczyć na przydomek „Lwa z Flandrii”. Jego dostatnie i pełne przepychu życie na Lazurowym Wybrzeżu nie licowało z filozofią prawdziwego Flamanda i prostym, twardym życiem w Zachodniej Belgii. Ba, według nacjonalistycznego podziału Królestwa przez ojca Wyścigu Dookoła Flandrii, Karela Van Wijnendaele, miejscowość Mol, z której pochodzi Belg nie znalazła się we… Flandrii.

Zamiast upragnionego przez wszystkich belgijskich kolarzy odniesienia do narodowego symbolu, Boonenowi przypadł przydomek „Tornado Tom”.

Nie wybrałem swojego przezwiska, nawet nie wiem, kiedy to się stało. Jednego dnia pojechaliśmy na trening i ktoś to krzyknął, następnego dnia było już na moim rowerze i tak zostało.

Mistrz powrotów

Przez te wszystkie lata Tom Boonen był mistrzem powrotów. Być może to, a nie mieszanka zwierzęcej siły i gracji uczyniły z niego prawdziwego ulubieńca tłumów? Belg wygrywał na welodromie w Roubaix gdy jego jelita miały nieco inne plany, dziękując opatrzności, że zdjęcia na mecie robi się „en face”, a nie od, noszącego ślady tej walki, tyłu. Jeździł ze stylem i wygrywał, gdy galaktyczna niegdyś drużyna Lefevere’a zmieniła się w drugoligowego przeciętniaka. Pokazywał klasę, gdy po kilku sezonach walki z problemami na i poza rowerem powracał wygrywając największe wyścigi.

Jego nemesis, Fabian Cancellara, powiedział ostatnio, że „Boonen wiele przeszedł, ale nigdy się nie poddał, zawsze był obecny”. Po latach perypetii w słonecznym Monaco Boonen wrócił do trybu spokojnego chłopaka z sąsiedztwa. Ponownie związał się ze swoją wieloletnią partnerką Lore, został ojcem bliźniaczek, a powrót w okolice rodzinnego Mol podbił o kilka punktów jego uwielbienie we Flandrii.

fot. Tom Boonen/Instagram

Gdy lekarze, po jego upadku, w którym poważnie rozbił głowę, mówili, że rehabilitacja zajmie mu pół roku, on w dniu, kiedy powinna się zakończyć zostawił w tyle niemal cały peleton i walczył o rekordowe piąte zwycięstwo w Paryż-Roubaix. Być może kariera Boonena była po prostu alegorią żywota zwykłego śmiertelnika? Niczym grecki bóg, pomimo nadludzkich możliwości, zmagać się musiał z takimi samymi bolączkami i pokusami jak my wszyscy. Wiele razy błądził i upadał, ale zawsze powracał.

Miły facet

Przy otaczającym go nimbie boskości pozostał chłopakiem z sąsiedztwa, którego po wyścigu do domu zabierają rodzice. Zamiast odgradzać się od fanów on zawsze do nich wychodził – nie tylko w Belgii, ale wszędzie, gdzie się ścigał. Zawsze uśmiechnięty i cierpliwy, poza fenomenalną jazdą na rowerze, dawał fanom odrobinę radości i przed wyścigiem.

fot. ASO/E.Garnier

Czy w peletonie jest ktoś, kto nie darzy Toma Boonena sympatią? Jeśli jest, to musi się nieźle kamuflować. Gdy Matthew Hayman w zeszłym roku wydarł mu piąte zwycięstwo w Roubaix Boonen był pierwszym, który jeszcze na owalu toru pospieszył mu z serdecznymi gratulacjami. Rok i dwa lata temu z radością przybijał piątkę Peterowi Saganowi po jego zwycięskich finiszach na mistrzostwach świata. Słowak odwdzięczył mu się, mówiąc, że bardzo by się cieszył, gdyby to Boonen wygrał Roubaix w tym roku. Sam Belg wydawał się nieco onieśmielony tym, jak wielu kolarzy żegnało się z nim podczas kolejnych „ostatnich” wyścigów w tym roku.

Pożegnalne przedstawienie

O przejściu„Tornado Toma” na emeryturę mówiło się w kolarskim świecie od kilku lat i każdy z nas wiedział, że prędzej czy później to nastąpi. Jego pożegnalne tourne z wypiekami na twarzy śledzi cały kolarski świat. Jego kraksy podczas pierwszych wyścigów sezonu stanowiły w Belgii wiadomość dnia. Pomimo że Belg unika jakichkolwiek medialnych zobowiązań aż do mety Paryż-Roubaix, niczym cienie podążają za nim dziennikarze belgijskich mediów – część z nich nie zajmuje się nikim i niczym innym, jak tylko Tomem Boonenem.

Jego przyjaciel i znany w krajach Beneluksu artysta Van Echelpoel przerobił jeden ze swoich hitów, na piosenkę o Tomie Boonenie. Jednocześnie publicznie obiecał, że jeżeli Tom wygra swoje piąte „Piekło”, będzie mógł wybrać rodzaj i miejsce dla najnowszego tatuażu na ciele artysty. W kolarskich mediach nie brakuje pożegnalnych tekstów i analiz.

Swoją gwiazdę żegnają Quick-Step, z którym związany był przez niemal całą swoją karierę, a także Specialized, producent rowerów, na których odniósł część swoich zwycięstw. Organizatorzy ostatniego wyścigu na belgijskiej ziemi w karierze Boona, Scheldeprijs, usytuowali start w rodzinnej miejscowości Boonena, a trasa przebiegała przez wiele punktów związanych z jego życiem. Oczywiście na rynku w Mol, jak gdyby wcale nie był to środowy poranek, pojawiły się prawdziwe tłumy kibiców.

Takim symbolem stał się właśnie Tom Boonen. Człowiek, który powiedział, że „czasem nie potrzeba planu, a wystarczą wielkie jaja”. Gdy zaczynał karierę, Erik Dekker stwierdził, że cieszy się, że powoli kończy karierę, bo z zawodnikiem takim jak Boonen, klasyki staną się strasznie nudne. Na szczęście ponura przepowiednia nigdy się nie spełniła, a kariera Belga, jak najlepszy thriller, dostarczyła nam wielu emocji. Czy także i ostatni występ Boonena na welodromie w Roubaix zakończy się w blasku nie tylko słońca, ale i chwały?

  1. Pauli Ciechanowska

    6 kwietnia 2017, 06:27 o 06:27

    Niech już nastanie ta sobota bo nie czekałam jeszcze na żaden wyścig tak, jak na tegoroczne Roubaix 🙂 🙂 🙂

    • Kasia Kępa

      Kasia Kępa

      6 kwietnia 2017, 08:57 o 08:57

      ale w niedziele tez ogladaj, bo PR wtedy leci na zywo 😀

    • Pauli Ciechanowska

      Pauli Ciechanowska

      6 kwietnia 2017, 11:13 o 11:13

      Od soboty bliżej do niedzieli niż od dziś 😉

  2. Andrzej Jakubaszek

    6 kwietnia 2017, 06:50 o 06:50

    Będzie się działo...

  3. Pingback: Loverove 06.04.2017 | XOUTED - Blog Kolarski by Marek Tyniec

  4. hqvkamil (@hqvkamil)

    6 kwietnia 2017, 12:32 o 12:32

    Siedem godzin prawdziwego kolarstwa. 🙂

  5. Kasia Kępa

    6 kwietnia 2017, 10:42 o 10:42

    alez super tekst! 🙂 🙂

  6. SaganFan

    6 kwietnia 2017, 14:47 o 14:47

    Szkoda że deszczu nie będzie, może jak Boonen odejdzie to w przyszłym roku kto wie.
    Artykuł świetny.

  7. Sebastian Wojciechowski

    6 kwietnia 2017, 20:36 o 20:36

    w każdym belgijskim radiu od tygodnia 'Tom Bonnen' można usłyszeć co jakieś 20 minut 😛 chyba każdy czeka na 'Piekło Północy'....

  8. Jerzy Sz

    8 kwietnia 2017, 11:16 o 11:16

    Świecki to super!